zdrowie

Futerkowe wieści #2/2016 (3)

Posted on Updated on

Czyżby blog stawał się blogiem kocim?

Takie pytanie zaświtało mi w przestrzeni moich myśli. Chcę napisać, że nie, że nie jest to tylko blog o kotach, bo nie jest, a może jest. W ogóle to mam problem bo:

http://www.darmor.wordpress.com

www.czytodajnia.wordpress.com

i po prostu nie mam pojęcia jak zreorganizować swoje aktywności. Pewnie nie zorganizuję, a po prostu zacznę systematyczniej coś w nich pisać, umieszczać itd. To jedyny klucz do rozwoju obu tych projektów. Pomysł zepnięcia ich w jedną stronę to niepotrzebne przenosiny. Zasady pisania wpisów z punktu widzenia pozycjonowania są jasne i chyba nie warto. To nie są blogi o nie wiadomo jakich statystykach by to robić, a może właśnie jednak scalić… No bo ten blog ma szansę na oglądalność, ma swój potencjał i jakąś już historię. Dlatego coś jednak ulegnie zmianie. Promowanie treści przez google powoduje, że wstawianie krótkich wiadomości mija się prawie z celem, a więc umieszczenia w ramach jednego bloga wpisu i jedynie na drugim krótkiej wiadomości chyba to nie tak jak powinienem robić. Zatem czytodajnia.wordpress.com będzie miejscem, gdzie będą publikowane wyłącznie utwory. Procesy myślowe przebiegają różnie.

Ale dziś znów jednak o kotach w domu, moim, naszym domu. Czas przedstawić aktualnych kocich aktorów.

Maciejka

Maciejka, rodzona siostra, a nawet może i bliźniaczka Maćka. Może już ma z rok życia za sobą. Najpierw bardzo wycofana i taka nieśmiała. No bo ja bym Ciebie bucknęła albo miznęła o nogę ale nie, nie, nie, jeszcze nie, sama nie wiem i w ogóle. Specjalistka kradzieży jedzenia. Póki co trudno ją obsłużyć z czyszczeniem noska, czy obcięciem pazurków 😦

kot maciej

Opiekun stada, gadający non stop przy człowieku, miziak rewelacyjny, pogodny i zadowolony z życia ale… łobuz nad łobuzy, choć kochany. Niezliczona liczba szklanek, kubków, czajniczków, doniczek, chyba 2, jednego naczynia żaroodpornego do piekarnika oraz 2 garnki, 2 miseczki na wodę…

2016_koty_011

Bezik jest takim obywatelem Rzymu, w przeciwieństwie do Maćka z plemion barbarzyńców. Widać jego spokój nawet w jedzeniu, kiedy to delektuje się każdym chrupkiem lub kęsem mokrego, chyba rozważając możliwości eksperymentowania z przyprawami. Bardzo miły, nienarzucający się, spokojne futerko. Pierwszy kot u nas, który doprasza się bycia kotem naręcznym. Trochę w tym kierunku mobinguje, ale co tam 😉

kot apsik

Najstarszy nasz rezydent na kociej emeryturze. Prawdziwy smakosz i wielbiciel spokoju. Zwany Apskiem, vel Pudzianek, vel Pan Krówka, vel Kruszynka co wyśmienicie oddaje jego charakter. Po latach tułaczki ma dom i prawie spokój. Nie trawi Maćka, lubi Bezika 🙂

Julia promieniuje pomysłami.Julia oraz Kacper to nasze czarne rodzeństwo, które nie przepada za sobą, ale oboje nie cierpią pozostałych, co powoduje, że mieszkają w oddzielnej części domu.

Generalnie nie jest aż tak śmiesznie jak na to wygląda. Zgranie tego wszystkiego, znaczy UDRK (Układ Dom Rodzina Koty) nie jest taki prosty. Liczba kotów w naszym domu osiągnęła maksimum naszej tolerancji dla futerek. Nigdy nie było tak, że chcieliśmy tyle, ale tak wyszło. Pomijam koszty pokarmów, regularnych i tych niezaplanowanych wizyt u naszych wetek.

Dodatkowo są różne behawioralne problemy, w tym nietolerowanie się wzajemne kocicurów i swoiste wynikające z tego podziały geopolityczne.

Nie wspominam o byciu kuwetowym i codziennych obchodach 5 kuwet rozstawionych w różnych miejscach naszego domu.

Z jednej strony fantastyczna możliwość obserwowania kocich zachowań, umizgów oraz kociego mobingu. To są ciekawe aspekty, ale już nie jeden raz mamy dosyć. Nie chodzi nawet o kwestie super porządku. Nigdy nie byłem zwolennikiem sterylnego porządku i raczej nie będę ale nie lubię sytuacji skrajnie przeciwnej, a nawet nie wyobrażam sobie tego. W zasadzie wszystkie futerka dostarczają nam co jakiś czas argumentów na nie posiadanie kota, ale potem zrobią te swoje oczy, przymiziają się i udają, że sprawy nie było.

Przy czym stres u kota wyraża się różnie, ale często trzeba sprzątać choć kuweta w akceptowanym miejscu nie ruszona, znaczy powierzchnia żwirku niemal jak w ogrodzie zen, nie wzruszona, prawie tafla.

Nie wszyscy domownicy ostatecznie akceptują taki stan rzeczy co również nieco komplikuje UDRK, a w konsekwencji czasem stany nieco niemiłe. Wiadomo, futerek się nie pozbędę, jakbym mógł nawet tak pomyśleć… mógłbym 😛 ale nie zrobię tego. Jedynie kwestie zdrowotne i konieczność nie bycia kotów ze względów medycznych mogłoby spowodować decyzję o przymusowym przesiedleniu, ale póki co nie ma wyraźnych zwiastunów takiej sytuacji.

Z czego wynika nietolerowanie się czarnych i reszty?

Przede wszystkim z faktu, iż czarne Julia i Kacperek zostały uratowane z kociego kataru i jednocześnie nie miały możliwości życia w kocim stadku. Pozostałe żyły w kocich stadkach i wykształciły sobie jakieś tam społecznościowe cechy. Julia i Kacper nie miały takiej możliwości i są totalnymi indywidualistami. Podejrzewam, że nawet najlepiej by im było gdyby były totalnie singlami w swoich domach. Niestety są razem i w ogóle.

Kacperek w strefie pracy twórczej.
Kacperek w strefie pracy twórczej.

Kacperek taki jakiś niedorajda z pechem wpisanym w papierach. To akurat kot wychodzący, choć rzadko, ale… ropień na szczęce, na ogonie, na boku, zwichnięty ogon itd. Jest nieco dziwny, ani miziasty ani wredny, ale często niemiły.

To cała nasza menażeria i o niej od czasu do czasu coś tu napiszę. Trzeba uruchamiać kolejne projekty, w tym i na nowo rozruszać ten blog.

 

Reklamy

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Macierzyństwo, moje spojrzenie

Posted on

Niejako pozbawiony telewizji, a i w przestrzeni internetu nie zawsze podążam za prądami innych, zupełnie przypadkiem wpadłem na wpis pani Pauliny Młynarskiej, która w żenujący sposób, przy najmniej dla mnie, popłynęła w temacie kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Słusznie zauważyła, iż kampania skierowana jest do wąskiego grona kobiet. Jednak czy aby na pewno? Gdyby było takie wąskie nie miałoby statystycznie wpływu na przesuwający się statystycznie właśnie wiek zachodzenia w ciążę.

Nie wiem jakie intencje, przy najmniej częściowo miała pani Paulina Młynarska ale ja osobiście uważam, twierdzę, jestem przekonany i w ogóle, że że seks nie jest wyłącznie zabawą, a konsekwencje „wpadki” od tak można usunąć. Nie zamierzam dyskutować o dostępie do aborcji, bo to jest temat bardzo trudny, w którym za wszelką cenę niszczy się te najważniejsze osoby, kobiety. Dyskutuje się odkładając to co najważniejsze gdzieś na bok, zapominając o ludziach. To moje osobiste zdanie. Faktem jest, że są w wielu przypadkach wskazania medyczne dotyczące zdrowia kobiety przy nadziei powodujące iż usunięcie ciąży jest tym rozwiązaniem, które trzeba rozważać. Bez wątpienia jest to dramat dla matki, która dziecka pragnie. Niewątpliwie po aborcji nie ma tak, że nie ma problemów emocjonalnych, że to od takie proste i bezproblemowe. Faktem są komplikacje zdrowotne, że tak ujmę cielesne. Absolutnie nie akceptuję takiego podejścia do seksu i poczęcia życia, iż można je usunąć bo to wpadka, bo przecież miało być tylko tak fajnie. Jak już dwoje ludzi chce uprawiać seks, który jest piękny, może być piękny, jest niesamowity, ale to także podjęcie odpowiedzialności. Jeżeli seks jest jedynie radochą to jest to płycizna, emocjonalna mielizna. Jest akcja, jest reakcja. Każde nasze czyny i słowa mają konsekwencje i trzeba umieć je podejmować. Mogę tylko współczuć tym, dla których seks jest tak płytki emocjonalnie. Kwestia gwałtu to dla mnie obszar, gdzie to kobieta jest jako ofiara najważniejsza i wszelkie środki należy skierować na jej wsparcie. Nawet zdrowotnie może się okazać, że donoszenie i urodzenie będzie lepsze od aborcji, ale to powinna być przede wszystkim decyzja kobiety, ale decyzja podjęta rzetelnie. Dla mnie zdrowie to nie tylko ciało ale i umysł. Zdrowie psychiczne jest równie istotne, a zdrowie w ogóle należy rozpatrywać kompleksowo. To nie jest przecież tak, że każdy przypadek jest taki sam – za każdym razem są to indywidualne tragedie i historie i każda jest inna, jak każdy inny osobowościowo jest człowiek.

Macierzyństwo nie jest jak to określiła autorka, zapewne prowokacyjnie, psim obowiązkiem kobiety, suki jak to padło niejednokrotnie w treści. Jedne mają ku temu predyspozycje, inne nie. Wykwalifikowane profesjonalistki, obyte w świecie, podróżujące, podobnie jak profesjonaliści, obyci w świecie, podróżujący – nie oznacza, że mądre, mądrzy. Mądrość niestety nie idzie szczególnie często w parze z wiedzą, stąd też i rozróżnienie mądrości i wiedzy. Podobnie jak z faktem, iż nie zawsze większość ma racje. Problemem wieku jest to, że w pewnym momencie jest już zbyt późno na to by zrobić to i tamto, także by być Rodzicem. Osobiście uważam, że wolę być młodszym rodzicem, niż bardziej dziadkiem – ojcem dla swojego dziecka. Oczywiście doświadczenie życiowe powoduje, że niejako wydaje nam się, że jesteśmy z każdą minutą coraz lepsi, jak dobre wino. Jednak bycie Rodzicem to nie moment odkorkowania butelki, a nawet takie porównanie jest totalnie niepełne. Bycie Rodzicem to totalna rewolucja w życiu 🙂 i trzeba to przeżyć by móc zdecydowanie większą podstawę by o tym mówić, a mówić warto o tym 🙂

Odniesienie się pani Pauliny Młynarskiej do Pań w kasach w ogóle nie wiem jak należy potraktować, czy może jako pogardę dla nieudaczników życiowych? Może w ogóle co innego miała autorka na myśli. Dla mnie to takie pokazanie, że są zawody gorsze, złe, beznadziejne – a według mnie brak etosu pracy, szacunku dla pracy to jeden z głębokich problemów naszego kraju. A już totalnie mnie rozbawiło „… pod dyktando kościoła…” – bo to przykład nadinterpretacji i także niewiedzy. To, że kościół katolicki reprezentuje jakże bezkompromisową postawę w zakresie aborcji ma zarówno plusy jak i minusy. Pomijając jakże wiele problemów kościoła hierarchicznego trudno, choćby na logikę, zdrowy rozsądek, odmówić racji w potępianiu swobodnego dostępu do aborcji i tym samym sprowadzania seksu do wyłącznie chemicznej reakcji organizmu na fizyczne zbliżenie dwojga ludzi. Osoby wierzące, katolicy mają takie samo prawo do wyrażania swojej opinii jak i zwolennicy aborcji. Czy niejako automatycznie stają się źli? Zupełnie inną kwestią, absolutnie życiową, jest to, że życie to seria kompromisów i regulacje na poziomie społecznym wymagają kompromisów. Kwestia aborcji to kwestia bardzo trudna, nie dająca się rozwiązać, uregulować na ostro, to raczej pływanie w szerokim pasie granicznym. Niewątpliwie edukacja seksualna jest niezbędna, wiedza o budowie człowieka, znajomość elementarnych zasad rządzących naszymi ciałami, ale także cała masa pracy w warstwie emocjonalnej, a więc i etycznej to fundament dla młodych ludzi. Seks nie może być traktowana wyłącznie jako przyjemność, fizyczna zabawa bez konsekwencji. Pracuję z młodymi ludźmi i widzę głównie ludzi zarażonych „współczynnikiem doraźnej korzyści”, nie umiejących podjąć odpowiedzialności, udźwignąć konsekwencji własnych czynów i słów – to jest wręcz pandemia. Dojrzałość emocjonalna jest tu odległym lądem, którego większość z nich nie odkryła, ale już fizycznie mogą stać się Rodzicami. Edukacja seksualna pozbawiona pracy z uczuciami, aspektami etycznymi jest po prostu pozbawiona sensu.

Niewątpliwie pani Paulina Młynarska stanowi przykład osoby bardzo dobrze radzącej sobie z wyzwaniami życia i to bardzo dobrze, lecz nie oznacza to, że większość ma aż tak dobre predyspozycje. Autorka poruszyła także bardzo istotne kwestie, jak ściąganie alimentów, realnie dostępne tanie żłobki i przedszkola, a ja od siebie dodam, że powinny być darmowe, a nie tanie bo to wówczas jest realnym wsparciem Rodziców, a przede wszystkim pokrywające 100% zapotrzebowania. Nie łudźmy się ale przedszkole i szkoła to miejsca gdzie nie wychowuje się zamiast Rodziców, ale miejsca, przestrzenie gdzie kształtuje się i doskonali zachowania i postawy społecznego funkcjonowania. Autorka poruszyła także kwestie ściągalności alimentów – jakże istotną kwestię, która obecnie jest po prostu regulowana beznadziejnie.

Panie Paulina Młynarska twierdzi, że posiadanie potomstwa to w połowie kwestia męskiej połowy świata. Jednak czy tego chcemy czy nie dzieci dziedziczą więcej genów po matce niż po ojcu i owszem już wychowanie dziecka to w połowie obowiązek ojca i w połowie matki. Autorka stwierdziła dobitnie, cytuję „A pozostałe 98,5 procent kobiet w wieku rozrodczym, które za sprawą dyktowanej przez episkopat polityki nie mają dostępu do antykoncepcji…” – to ja chyba mam problemy ze wzrokiem w hipermarketach. Poza tym nie znam środków chemicznych, w tym leków, które nie mają skutków ubocznych. Nie środków medycznych, które nie wpływają negatywnie. Listy skutków ubocznych i działanie terapeutyczne to suma, która ma być ostatecznie dodatnia dla pacjenta, ale nie oznacza, że nie ma negatywnych następstw poza tymi pozytywnymi. Nie jestem specjalistą w kwestiach medycznych, ale im mniej czegokolwiek się bierze tym lepiej. Mam choróbsko autoimmunologiczne i leki zażywać muszę, a im mniejsze dawki tym lepiej. Episkopat nie dyktuje polityki. Nie przypominam sobie by ustawy i regulacje prawne pisali biskupi. To zdanie jest po prostu nieprawdziwe, a co najmniej niepełne. Wyrażanie opinii to jedno, a pisanie ustaw to drugie.

Równość między kobietą i mężczyzną to dla mnie przede wszystkim równość w prawie, wynagrodzeniach, prawie do rozwoju osobistego. Jestem mężczyzną i jestem jaki jestem, nie mogę tego co kobieta i na odwrót. Nie ma równości cielesnej, ani duchowej. Nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób mężczyzna przewyższa kobietę. Dlatego Rodzina jest Rodziną pełną kiedy jest i żona, matka i mąż, ojciec gdyż i dla siebie i dla dzieci stanowią komplementarność – zarówno w ujęciu życia codziennego jak i emocjonalnego, czy duchowego. Brak jednego tylko pierwiastka nie jest ostatecznie dramatem, ale nie jest też czymś pożądanym, czy pozytywnym, a rozpad małżeństwa da o sobie znać u dzieci, prędzej, czy później, czy tego chcemy, czy nie.

Chcemy połowy świata, połowy kasy, połowy pracy i połowy zmartwień związanych z posiadaniem potomstwa. Połowy.

Paulina Młynarska

Połowy absolutnej się nie da. Nie wiem jakbyśmy wszyscy chcieli, ale myślę, tak mi się wydaje, że więzi miłości matki i dziecka są znacznie silniejsze niż ojca i dziecka, przy najmniej na znacznym etapie. Nie wiem jak bardzo bym kochał, a kocham bardzo moje dziecko, a miłość jego matki jest i tak mocniejsza. Nie wątpliwie poza tym połowa obowiązków wychowania spada na oboje Rodziców, co dla mnie jest zupełnie naturalne.

Spodobał mi się ten tekst: https://parenting.pl/portal/najlepszy-wiek-zeby-zajsc-w-ciaze

Czas płynie nieubłaganie

Posted on Updated on

Pisanie jest jakże intrygujące i emocjonalne. Wyszedłem z tytułu tego wpisu, a popłynąłem treścią inaczej niż sądziłem, niż planowałem, a może nawet niż chciałem ale nadal jednak czuję, że tytuł i treść są ze sobą zgodne. Cieszę się, że nie mam telewizji, choć internet dostarcza wielu wieści ze świata, tego mniejszego i większego. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to już nie informacje lecz demiurgowanie wizji świata, wizji jaką mam mieć, a ja na przekór jej takiej nie mam. Może w zamian mam swoje marzenia co do własnego życia i świata, w którym bym chciał żyć. Może w ten sposób akceptuję, iż moje wizje są odmienne od rzeczywistości. Jednak czy wiem jaka jest rzeczywistość. Z racji tego kim jestem i co robię mam jedynie ograniczony osobisty dostęp do świata, tego najbliższego. Czym jest prawda? Ktoś powiedział, czy napisał, że prawda zależy od tego jak uczestnik, świadek danego wydarzenia je osobiście postrzegał. Zatem czy można świadomie ograniczać własne przekonania co do własnej prawdy i próbować je minimalizować, poprzez stwierdzenie, iż coś miało miejsce albo i nie, lecz bez rozwinięcia danej opowieści? Można próbować, ale uważam, że ja na pewno, a sądzę, że większość z nas ludzi nie jest w stanie ograniczyć się wyłącznie do suchych faktów. Zdolność abstrakcyjnego myślenia, uczucia powodują, że możemy mieć poczucie zbiorowego udziału w jakimś wydarzeniu, lecz i tak przeżywamy je osobiście, indywidualnie, pomimo zbiorowej świadomości i zachowań. Noc, sen wydają się granicą między wydarzeniami jednego dnia, a tymi, których świadkami lub uczestnikami dopiero będziemy w dniu następnym. Niestety noc to nie czas spokojności i braku wydarzeń. Każdej nocy gdzie indziej jest dzień i nie można przed tym uciec. Jakże niewiele mamy realnego wpływu na otaczający nas świat. Sami, samodzielnie w zasadzie nie możemy zrobić nic, no w każdym bądź razie bardzo mało, choć nierzadko odczuwamy jakbyśmy przenieśli całe pasma gór. Wspólnota, zaufanie i lojalność w każdą ze stron stanowią realną siłę wspierającą jednostki i dającą możliwość przyczyniania się do losów nas samych jak i i innych. Wspólnoty wiernych, oddziały wojskowe, drużyny harcerskie, stowarzyszenia od zarania czasów dają możliwość mnie, nam by móc się realizować. Jednak ostatecznie zawsze jednak jesteśmy indywidualistami bo wszystko przeżywamy osobiście. Nie piszę tu o zachowaniach, które kształują nasze postawy, lecz nawiązuje do przeżywania, odczuwania, postrzegania. To jak się zachowamy i tym samym będziemy kształtować własne postawy to już inne kwestie. Czy można utrzymywać dystans do siebie samego i do świata wokół nas. Można, można to wytrenować, lecz przede wszystkim zależy od tego czy jesteśmy „odpowiedzialni za”, czy „odpowiedzialni wobec”. Bycie „odpowiedzialnym za” jest wysoce toksyczne dla samego „odpowiedzialnego” oraz dla tych za których jest się odpowiedzialnym. Nie należy tu za to negatywnie oceniać odpowiedzialności Rodziców za swoje dzieci na pewnym etapie. Jednak nawet i tu w relacjach Rodzice – Dzieci „odpowiedzialność za” jest toksyczna.

Osoba odpowiedzialna za to taka, która: ratuje, chroni, wybawia, kontroluje, przejmuje uczucia, nie słucha. Czuje się zmęczona, niespokojna, przerażona, narażona. Zajmuje się szukaniem rozwiązań i odpowiedzi, a także okolicznościami. Stara się mieć racje po swojej stronie. Brnie w szczegóły. Zajmuje się tym jak osoba za którą przejmuje odpowiedzialność wypada przed innymi. Osoba odpowiedzialna za staje się manipulatorem i dąży do tego by ta druga osoba postępowała zgodnie z jej oczekiwaniami.

Upływ czasu

Osoba odpowiedzialna wobec to taka, która uznaje inność, okazuje empatię, dodaje odwagi, dzieli się, konfrontuje, zrównuje się, jest wrażliwa, słucha. Czuje się odprężona, świadoma, wolna, wartościowa. Zajmuje się relacją z drugą osobą, swoimi uczuciami. osoba ta wierzy, że jeżeli po prostu podzieli się sobą to druga osoba otrzyma od niej tyle ile jej potrzeba – jest pomocnikiem, przewodnikiem. Oczekuje, że druga osoba będzie odpowiedzialna za siebie i swoje postępowanie. Potrafi zaufać, nie kontrolować.

Bycie „odpowiedzialnym wobec” pozwala na samokształtowanie się osoby wobec której taką odpowiedzialność się wykazuje. Nie oznacza to, iż nie pomaga się, nie troszczy, lecz każdy, absolutnie każdy musi przeżyć swoje życie samodzielnie. To jest niezbywalne prawo każdego człowieka. To doświadczenie nas kształtuje, a nie to, że ktoś za nas coś…

Do czego zmierzam?

Ścieżka którą sam podążam to ścieżka do odpowiedzialności za własne czyny i słowa, do odpowiedzialności wobec innych, lecz absolutnie nie za nikogo. Nikt z nas za nikogo innego nie powinien rozwiązywać problemów. Wspierać tak, pomóc jak najbardziej, ale nie na siłę. Jaka jest konsekwencja kiedy tak się nie dzieje. Z mojego własnego podwórka pracy jako nauczyciela akademickiego – brak samodzielności studentów, bierna postawa, oczekiwanie aż prowadzący zajęcia za nich rozwiąże problemy, z którymi właśnie się mierzą. Jak napisałem sam nią podążam bo długie lata byłem „odpowiedzialny za”. Robiłem za innych, robiłem za syna, nie pozwalając na jego pełny rozwój. To przeszłość, lecz nie jest łatwo naprawić to co się samemu psuło. Trzeba jednak być odpowiedzialnym wobec moich najbliższych i nie tylko nich. To także odpowiedzialne odbieranie świata, czytanie między wierszami, które nam serwują każdego dnia różnego rodzaju media. Sami musimy rozważać co jest dobre, co jest złe. Ten kto wierzy może też rozmawiać ze swoim Bogiem. Wiara, wartości, szczególnie te ugruntowane, choć może czasem wydające się nie przystające niezmiernie pomagają w codziennych zmaganiach z rzeczywistością. Nie musimy akceptować wszystkiego wokół nas i podążać tak jak pociąga nas tłum wokół. Kiedy w końcu dzięki wsparciu uzmysłowiłem sobie, iż powiedzenie „nie” nie jest czymś niemożliwym. Najwyżej ktoś nas będzie mniej lubił lub wręcz się obrazi, lecz to będzie i tak problem tej właśnie osoby. Przykro, szkoda, lecz nie można dać się ani wykorzystywać ani samemu unikać właśnie odpowiedzialności. Czas płynie nieubłaganie i każdego kolejnej minuty możemy czegoś nowego się nauczyć, coś nowego przeżyć i nie zawsze będzie to miłe. Myślę, że mogę się cieszyć, że zmieniam się, lecz wymagało to jeszcze jednego… dystansu do samego siebie. W pozytywnej konsekwencji umiem przyznać się do błędu, podjąć odpowiedzialność, nie udawać, że coś wiem kiedy nie wiem. Nie jest idealnie, nie zawsze się udaje, lecz udaje. Ideał to coś nieosiągalnego i zmierzanie ku niemu to raczej własna ścieżka przezwyciężania własnych ograniczeń, niż w ogóle możliwy cel do zdobycia. Nigdy nikt z nas nie będzie idealny, nie ma szans i nie ma co się łudzić. Dzięki temu jednak unikamy nudy, rutyny codziennych zachowań.

PS. Być odpowiedzialnym wobec a być odpowiedzialnym za nie jest rozgraniczone ostrą wyraźną granicą. Gdyby tak było łatwo by było to rozpoznać. Ze względu na relacje, uczucia, miłość, rozpoznanie czy jest się w strefie buforowej, czy też naruszyło to czego się nie powinno nie jest łatwe i to właśnie wymaga pracy 🙂

Zima w Kampinosie

Posted on

Mieszkam w pobliżu, w zasadzie za miedzą, ulicą, lecz w każdym bądź razie blisko. Wczoraj pogoda jakże miło zaskoczyła, nie tylko mnie. Słońce, błękit nieba, lekki mróz cudownie oddziaływały na mnie i mnie cieszyły. Spacer był wręcz niezbędny. Zdecydowanie wolę pogodę właśnie taką. Lekki mróz preferuję zdecydowanie bardziej niż przysłowiowe +5 °C i chlapa. Zatem starałem się tyle ile mogłem chłonąć ten stan pogodowy. Przebieżka trwała nieco dłużej niż standardowo trwa bo sesje fotograficzne nieco spowolniły kroki. Wędrowaliśmy między po tzw. motylowej łące zupełnie nowym podestem dla turystów.

Wybory samorządowe

Posted on Updated on

jablko

Czasem czuję się jakby politycy żonglowali jabłkami z drzewa obietnic przedwyborczych.

To już za chwilę kiedy pójdę, rodzinnie pójdziemy zagłosować w wyborach samorządowych. Nie jest to przejaw zaślepienia jakąkolwiek opcją czy poglądami politycznymi jakiegoś ugrupowania. Osobiście uważam, że na wszelkie wybory należy chodzić to mój obowiązek jako mieszkańca naszej Polski, Polaka. Jednocześnie uważam obowiązującą w Polsce ordynację wyborczą za złą i niejasną. Dla mnie frekwencja wyborcza na poziomie poniżej 50%, nie legitymizuje jakiejkolwiek władzy, to farsa i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony uważam, że gdyby 90% było nieważnych przy frekwencji 95% to byłby to znacząco istotniejszy sygnał od wyborców, a tak jest jak jest.

Od lat dostrzegam taką dziwną zależność na poziomie samorządowym, iż nie tak mało kandydatów na radnych dzielnicy, czy gminy startuje z list partyjnych bo samodzielnie nie mają szans, albo tak uważają, albo dają się przekonać. Osobiście przedwyborcze obietnice, szczególnie w ujęciu poszczególnych partii są słowami i niczym więcej, a już na pewno nie mam do nich zaufania. Od 1989 roku twierdzę, że pełnienie przez polityków służby w kontekście Polski jest nieprawdziwym stwierdzeniem. Nie lubię wypowiadać się w tematach politycznych bo z jednej strony każdy ma prawo do własnego zdania, poglądów, postaw i zachowań, o ile z założenia swojego nie są krzywdzące innych. Wracając do meritum to mam zgryz wewnętrzny, gdyż znam niektórych kandydatów osobiście i jestem do ich działań, postaw i zachowań pozytywnie nastawiony, co najmniej. Jednak, ale, jest to ziarnko piasku w bucie. Niby iść się da ale uwiera coraz bardziej. Tym czymś wzbudzającym u mnie wątpliwości decyzyjne jest fakt, iż osoby te kandydują z list partyjnych, w dodatku partii, z którymi ja się nie utożsamiam. Co robić? Pytanie retoryczne, które rozstrzygnę do wyborów. Logika podpowiada mi, że powinienem na nich zagłosować. Znam ich, rozmawiam z nimi, wiem co myślą, a więc niejako mam większą nadzieję, że realnie przysłużą się miejscu, w którym mieszkam i żyję.

Inną kwestią są już dla mnie wybory prezydenta miasta, w zasadzie o tyle lepsze gdyż bezpośrednie, w przeciwieństwie do burmistrzów dzielnic. Dzięki temu mamy od kilku ładnych lat wędrówkę burmistrzów z jednej do drugiej dzielnicy, a więc piastują tę funkcje osoby, które nie są z danej dzielnicy. Według mnie to nie jest dobre rozwiązanie, a burmistrzów należy wybierać w wyborach bezpośrednich.

Mnie jako mieszkańca Wólki Węglowej w Warszawie, części Bielan drażni, delikatnie ujmując, to niesystem gospodarowania odpadami. Pamiętam jak w 2008 roku podejmowałem po wyborach pracę w naszym samorządzie lokalnym były przeprowadzane szerokie konsultacje w tym zakresie. Już wówczas można było powiedzieć, że problem był podnoszony, zgłaszano uwagi i… co z tego? Ano dopóki nie zmieniła się ustawa, pewna pani prezydent uparcie nie podejmowała tej kwestii ze skutkiem pozytywnym. Niby oczywiście rozbudowuje się infrastrukturę kanalizacyjną związaną z oczyszczalnią ścieków. Jednak kanalizowanie regionów Warszawy, które kanalizacji nie mają to już zagadnienia, których nawet superbohaterowie nie byliby w stanie doprowadzić do końca. Jedynym inwestorem w Warszawie w zakresie wodociągowym i kanalizacyjnym jest MPWiK. Nikt inny,  żaden inny podmiot, a co najwyżej można zostać podwykonawcą. Taką wiedzę mam po spotkaniach z przedstawicielami władz, MPWiK, miasta, mediów. Takie rozwiązanie systemowe nazwałbym patologicznym, gdyż zapewnia funkcjonowanie MPWiK bez względu na realne koszty inwestycji. Jeżeli tak jest, to tak być nie powinno.

Kanalizacja to jedno, a odpady bytowe, segregowalne, zielone? Kiedyś wiedziałem, iż śmieci bytowe odbierają ode mnie co drugą srodę, a segregowalne raz w miesiącu. Dziś obsługuje nas MPO i harmonogram odbiorów to jak efekt działania generatora liczb losowych. Trudno się w nim zorientować, a więc czasem się nie udaje, gdyż pojemniki mamy wystawiać przed posesję. Kiedyś Panowie brali je i odstawiali tam gdzie stoją u mnie na posesji i nigdy nie było z tym problemu. Ja to ja, mam syna, a co mają począć osoby starsze, mieszkające samotnie? Znów pytanie retoryczne. W każdym bądź razie niedaleko mnie jest sławna w kraju kompostowania śmieci. Wątpliwej jakości aromaterapia doprowadza ludzi do obłędu. Cuchnie, śmierdzi, trudno inaczej to określić. Znów, ja, moja rodzina to jeszcze, ale ludzie mieszkają zdecydowanie bliżej od nas. Oczywiście wiedzieli gdzie kupują dom, ale wówczas to coś, co jest górą śmieci, to coś co jest kompostownią miało być pozamykane. Jednak MPO wygrało przetarg, odbiera śmieci i coś z nimi musi zrobić. Moim zdaniem MPO nie było, nie jest i nie wiem czy kiedyś będzie w stanie sprostać wyzwaniu jakiego się podjęło. Przypomnę, że nie wygrała, żadna inna firma w Warszawie, posiadająca profesjonalną sortownię odpadów (np. BYŚ, też się mieści niedaleko nas). Kompostowanie zbiera śmieci, nie jest w stanie raczej przeprowadzić właściwego sortowania by kompost wytwarzać z odpadów do tego nadających się. Wiele lat temu słyszałem opowieść, o tym, iż kompost z tej kompostowni to się nie nadaje do niczego, gdyż zawiera m.in. szklane odłamki. Gdyby jeszcze ten kompost powstawał ze starannie wyselekcjonowanych odpadów zielonych, ale tak nie jest.

Dlaczego o tym piszę, bo nie mało kandydatów na radnych, na prezydenta Warszawy podejmuję to zagadnienie w swoich wystąpieniach i obietnicach przedwyborczych. Poczekam, uwierzą jak zobaczę. Tu pewny jestem tylko jednej kandydującej osoby, może dwóch, gdyż problem kompostowni dotyczy ich osobiście.

czyste_radiowo

 

Obóz harcerski

Posted on

Jestem instruktorem, od kiedy to…, a od 1994 roku kiedy to wypowiedziałem instruktorskie zobowiązanie. To już 20 lat temu zapisanych kart historii. Nie liczę ile to obozów organizowałem, a ile współorganizowałem. To coś bez czego trudno żyć, trudno przeżyć wakacje, choć poświęcenie ponad miesiąc czasu na obóz nie jest łatwe w dzisiejszych czasach. Jednak bakcyl obozowania, który opanowuje niewielu nie jest do wyleczenia, choć sam potrafi przeminąć. Organizacja obozu to wyzwanie logistyczne i od tej strony to mnie pociąga. Wybór terenu, uzgodnienia formalno-prawne, a potem… Transport sprzętu, budowa infrastruktury, w tym nawet wiercenie studni, rozstawianie namiotów, budowa urządzeń w namiotach. Dla obozu 150-180 osób potrzeba około 25-30 ton sprzętu, który jest pakowany własnymi siłami na ciężarówki, wypakowywany na obozie i z powrotem ładowany i układany w magazynie. Jeżeli jednak obóz zwija się w deszczu to po powrocie trzeba namioty wysuszyć, a nie są to namioty małe. Trzeba to kochać by temu się poświęcać.

W tym roku miałem okazje uczestniczyć w kwaterce, czyli pracach mniejszej grupy przygotowującej obóz. Potem miałem jedynie okazje odwiedzać obóz w soboty i niedziele. W tym roku nie było mi dane, z wyboru, uczestniczyć w całym obozie. Czasem trzeba jednak odpocząć bardziej nieco. Obóz to praca, to tylko inne spędzenie czasu, ale to jednak praca. Zapewnienie funkcjonującej infrastruktury (kuchnia, magazyny, sanitariaty) wymaga nieustającej uwagi i dbania. Czas obozu to także czas napraw posiadanego sprzętu, jego przeglądu.

Jednak obóz to czas iluzji w opozycji do normalnych dni spędzanych w kole życia dom-praca/szkoła-dom. To czas przeżywania wieczornych spotkań przy gitarze, ogniskach, czy rozmów, na które codzienność nie pozwala w pełni. Ściany namiotów nie zapewniają dużej prywatności, a więc to czas obcowania z innymi ludźmi. W naszym środowisku to czas piękny, bo spędzany z ludźmi, którym się bardziej chce, z ludźmi przychylnymi i pomocnymi. Nie ma tu problemów dnia codziennego. Są oczywiście inne, ale wszystko razem pozwala na odreagowanie od szarości pozostałych dni roku.

Uwielbiam rozgwieżdżone noce i spadające meteory przecinające ciemność kosmosu. Szum kropel deszczu o dach namiotu zawsze mnie kołysze, działa jak kołysanka na stargane nerwy. Lubię burze, choć tu na obozie wolę jak są daleko. Codzienne obcowanie z przyrodą jest tak odmiennym stanem, że wartym przeżycia dla niego samego.