szkolnictwo wyższe

Czas płynie

Posted on

Czas nie jest jednostajny, targają nim burze, sztormy, doświadcza ciszy bez wiatru. W każdym z tych stanów nie jest mi dobrze. Choć uwielbiam sztorm na morzu, czy burze pełne błyskawic. Szum kropel deszczu po dachu domu jest czymś co uwielbiam. Mimo wszystko jednak lubię stagnację w życiu, brak nagłych zmian.  Jednak one następują, czy tego chcę, czy nie. Jestem ich świadom, akceptuję fakt ich istnienia, choć trudno napisać, że na tę chwilę są one dla mnie korzystne.

Jutro 30 września, ostatni dzień mojej pracy na Politechnice Warszawskiej. Kończę swoją trzynastoletnią przygodę z nauką i dydaktyką akademicką. Na uczelnię przeszedłem z przemysłu po 2 latach, tylko dwóch, pracy w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych VIS, podówczas S.A. Obecnie nie ma śladu po tej firmie z historią i tradycją. Z uczelni zaś odchodzę na własną prośbę, podług własnej decyzji. Zawodowo miało być lepiej, potem nie gorzej, a jest… nie tak jak miało być.  Jednak dziś te 13 lat na uczelni, znów ta liczba 13, jak 13 gwoździ. Udało mnie się obronić rozprawę doktorską choć łatwo też nie było. Był rok 2004, czyli potem pracując już jako adiunkt miałem 8 lat na zrobienie habilitacji. Przez pierwsze 4 lata bardzo chciałem, bardzo się angażowałem w dydaktykę, studia podyplomowe. Ostatecznie habilitacji nie robię i już na uczelni raczej nie jej nie zrealizuję.

Kwestie rozwoju, ekonomiczne także odegrały swoje role w podjęciu decyzji. Nie mając już zaplecza w swoim obszarze badawczo-naukowym planowanie ekonomiczne jest co najmniej utrudnione. Kierownik mojego zakładu, profesor, uczciwie wyznając pozyskuje prace, tematy, obszary habilitacyjne, jednak w innym nieco obszarze, a ja pomimo prób nie wpasowałem się. Niestety dziś dla mnie uczelnie ma nie wiele wspólnego z uczelnią, choćby z moich czasów studenckich i temu poświęcę jakiś kolejny wpis. Nie mogłem już akceptować, przyjmować i zgadzać się na postępujące zmiany w funkcjonowaniu uczelni w żaden sposób. To tak naprawdę ostatecznie przechyliło czarę i popchnęło mnie do decyzji o odejściu.

W trakcie swojej pracy na uczelni poznałem wiele ciekawych i wartościowych osób. Jedni się odnaleźli, inni tak jak ja ostatecznie nie i odeszli, tyle, że wcześniej ode mnie. Można by wnioskować, że wręcz żałuję tego czasu spędzonego na uczelni. Absolutnie nie, nie żałuję ani jednej sekundy i jestem wdzięczny, że mogłem tam pracować. Nie oznacza to, że wszystko akceptuję, czy pochwalam. To co jednak jest najbardziej smutne, że ani jednego „dziękuję” za 13 lat pracy. Tak jakbym tam był jedyne 5 minut i nic nie zrobił, a robiłem z zaangażowaniem, poświęcałem uczelni większość swojego czasu. Nie mogę się wykazać znaczącymi sukcesami naukowymi, lecz to efekt zarówno zależny ode mnie jak i od uwarunkowań zewnętrznych.

Jest rok 2013, a jutro ostatni dzień mojej pracy na uczelni. Dokończę sprzątać pokój, przekażę kilka rzeczy, zdam klucze, obiegówkę, odbiorę świadectwo pracy, pożegnam się i nie jeden raz tam pewnie się pojawię. Moje odejście nie oznacza bowiem, że zrywam kontakt. Zawsze wierzyłem i nadal wierzę we współpracę, a ta z założenia miała być kontynuowana. Mimo tego jest to koniec pewnego rozdziału mojego życia. Zaczyna się nowy, jaki on się okaże, to dopiero się przekonam…

Reklamy

Noc Robotów

Posted on

W tym roku razem z synem pojechaliśmy na Noc Robotów. Czy było warto? Oczywiście, że było warto. Dlaczego? Patrzę na to z trzech punktów siedzenia. Po pierwsze ja lubię roboty, zawsze lubiłem, a ich świat choć nie zdominował mojego ani życia zawodowego, ani hobby, to właśnie w ramach tego drugiego w nim się odnajduję. Po drugie mój syn też je lubi. Bliżej naszej dwójce do świata droidów z Gwiezdnych Wojen, a nasza społeczna aktywności m.in. polega na pomocy w S.W.A.T. czyli Star Wars Artistic Team. Po trzecie tego typu akcje pozwalają na zobaczenie nowoczesnych technologii, ogólnie rzecz ujmując, zwykłym ludziom, którzy na co dzień nie mają bezpośredniej styczności z robotami i nie mają okazji zobaczyć kulis nowoczesności. Być może na niektórych takie akcje wpłyną na życiowe wybory. Może bardziej zafascynują się technologią i automatyzacją.

Na parkingu zobaczyłem jednego ze studentów, z którym miałem przyjemność współpracować na Politechnice Warszawskiej, na wydziale, na którym jeszcze pracuje. To miłe spotkać osoby, z którymi w sposób sympatyczny i ciekawy splotły się losy.

Wraz z synem mogliśmy oglądać roboty przemysłowe, bezzałogowe statki powietrzne, a także będące na wyposażeniu policyjnych pirotechników i inne. Niezwykle atrakcyjne były pokazy i warsztaty skierowane specjalnie do najmłodszych gości, dzieci. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Uważam to jedno z ważniejszych części Nocy Robotów. Za to należy się ogromny plus dla organizatorów (PIAP – Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów). Oczywiście Noc Robotów powstała dzięki PIAP oraz wielu innym jednostkom i organizacjom.

Wracając jednak do samej Nocy Robotów, za oczywiste należy uznać, że na dłużej zatrzymaliśmy się na stanowisku Star Wars Artistic Team gdzie nie tylko byliśmy gośćmi, lecz przede wszystkim wsparliśmy naszych przyjaciół. Działania nasze to nie tylko swoista zabawa w świecie Gwiezdnych Wojen, co dostarcza nam niesłychanej radości, lecz także praca na rzecz innych, szczególnie dzieci. Na stanowisku można było trenować moc rycerzy Jedi. Nie, nie ma w tym żadnego zakłamania. Wykorzystanie mikrokomputerów oraz czujników dla EEG pozwala konstruować zabawki wspierające ćwiczenie skupiania uwagi i kontroli. Jest to szczególnie ważne przy rehabilitacji osób dotkniętych ułomnościami bo efekt jest od razu widoczny, co daje z reguły niesamowitą radość i uśmiech. Także i tej Nocy Robotów goście mogli się spróbować aż na trzech różnego rodzaju zabawkach. Cieszyły się one niesamowitym zainteresowaniem, być może największym. Zdjęcia przy R2D2, czy wraz ze szturmowcem imperium również przyciągały tłumy zainteresowanych.

Co ważne, co mnie radowało to możliwość obserwowania polskiej myśli technicznej. To naprawdę raduje serducho. Możemy i czasem szkoda, że to gdzieś się rozwadnia. To chyba kolejny powód dla jakiego tam poszedłem to właśnie dlatego, że Noc Robotów jest organizowana przez PIAP, polską jednostkę naukowo-badawczą. Oczywiście było tam wiele produktów zagranicznych, lecz jednak, lecz mimo wszystko…

Następną Noc Robotów, również zamierzam z nimi spędzić… razem z synem.

 

Platforma Oburzonych

Posted on

Trudno się z wieloma postulatami nie zgodzić, ale i wiele wypowiedzianych to jedynie głos ludzi rozżalonych, bez logicznego uzasadnienia. Nie ma najmniejszej wątpliwości, iż my Polacy we własnym naszym kraju jako jego obywatele i mieszkańcy nie stanowimy podmiotu, lecz władze traktują nas jak przedmioty i to takie, które przeszkadzają. Sytuacja ekonomiczna wielu rodzin jest dramatyczna. Żyjemy w czasach, w których osoba uczciwie pracująca, nawet nie na jednym, a choćby i półtora etatu nie może zapewnić godnego życia własnej rodzinie. Przy czym godnie oznacza wyżywienie, dach nad głową, czasem rozrywki. Nie chodzi o wakacje na egzotycznych plażach, lecz o zwykłą godność codzienności. Błędem by jednak było tylko oskarżać o to poszczególne rządy od 1989 roku, a które jedne mniej, a inne więcej przyczyniały się nie bynajmniej do rozwoju naszego kraju ale do konserwowania jego trwania. Oczywiście twierdzenie, że nie jest lepiej jest również błędne, lecz stwierdzenie, że jest dobrze jest nawet bardziej nieprawdziwe.

Nie ma znaczenia, czy ordynacja będzie się opierać o okręgi jednomandatowe, czy wielomandatowe, bo to akurat jest tak, że każde z tych rozwiązań ma swoje plusy i minusy i żadne raczej nie jest lepsze od drugiego. Biorąc pod uwagę, że większość rzadko kiedy ma rację to ordynacja w naszym kraju nie jest w stanie rozwiązać czegokolwiek. Dodając do tego zamgloną, słabą ideologicznie strukturę władz, bo ani silny premier, ani prezydent, trudno domniemywać by taki układ w ogóle mógł sprawnie funkcjonować, no może raczej na akceptowalnym poziomie skuteczności.

Oczywiście, mieszana ordynacja wyborcza, odmienna dla obu izb parlamentu ma swoje uzasadnienie. Dla mnie kluczową bolączką jest liczba posłów na sejm. Liczba ta jest kuriozalnie za wysoka, a dzięki czemu o większości posłów nie wiadomo wiele, ba nawet prawie nic, a ich aktywność poselska jest dla zwykłego obywatel poniżej minimum. Może jednak maksymalnie 100 posłów, a wówczas trudno by któryś się ukrył. W obecnym kształcie i strukturze trudno w wielu przypadkach myśleć inaczej niż o skoku na kasę. Zmniejszenie liczby posłów to według mnie jedno z najistotniejszych kierunków reformy struktur władz.

Najważniejszy aspekt jest zupełnie inny, a jednocześnie współistotny każdemu człowiekowi – to zwykłe poczucie odpowiedzialności za własne słowa i czyny. To jest absolutnie degradowane i niszczone. Począwszy od szkolnictwa gdzie uczniowie mają w zasadzie jedynie prawa i niemalże żadnych obowiązków. W urzędach, agendach, w zakładach pracy funkcjonowanie odpowiedzialności jest rozmywane i wielokrotnie okazuje się, że tragedia, strata jest ale winnego brak bo wszystko w imię przepisów. Przykłady każdy z nas jak poszuka to znajdzie, a czasem jakże blisko, we własnym środowisku. Nagminne śmiecenie w lasach, ale by w domu rzucić papierek na własnych dywanik?!? Odwaga cywilna jest spychana w głębiny. Dopóki wszyscy my obywatele nie będziemy we własnych ogródkach codziennego życia, dbali o uczciwość, myśleli o innych to nie ma szans by sytuacja w naszym kraju uległa diametralnie poprawie. Tak jak wymagamy i oczekujemy od innych tak samo należy wymagać od samych siebie.

Polacy mają taką cechę, że narzekają i narzekają, ale ilu spośród nad wykazuje wyłącznie oznaki postaw i zachowania roszczeniowo-żądaniowych. Podwyższenie minimalnej pensji, przy zachowaniu dla pracodawców istniejących obciążeń fiskalnych ma się tak do rozwiązania jakichkolwiek problemów jak wyłącznie oddawanie się marzeniom. Zarówno pracodawcy jak i pracownicy podlegają tak samo temu samemu bycia uczciwymi i odpowiedzialnymi za swoje słowa i czyny. W Polsce cały czas ten kto coś osiągnął (pracodawca) traktowany jest jak przestępca, kombinator, a jak mu się noga powinie to ile radości wśród innych, a sąsiadów w szczególności. To taki nasz sport narodowy. Żenujące i beznadziejne. Niestety tak samo powszechne. Oburzeni mogą się oburzać, rząd nadal będzie udawał, że skutecznie rządzi, a nawet niech manifestacje i marsze na stolice organizują. Nie będę za to lubiany, ale ten czas należy lepiej spożytkować. Dziś przeciętny absolwent szkoły średniej nie umie nawet PITu wypełnić, a co dopiero osoba nieco starsza po przejściach zawodowych stojąca przed problemem napisania biznesplanu, który ma ręce i nogi. Ani jedno, ani drugie nie ma szans by to zrobić poprawnie. Zamiast się wspierać, organizować, skutecznie nawzajem pomagać czy właśnie o normalność w tej kwestii, to nie, będą walczyć o pensje minimalne. To, że godziwa płaca za godziwą pracę to rozumie się samo przez się i nie wymaga tłumaczenia, że to powinien być standard. Tak w Polsce nie jest, lecz prawne narzucanie wartości płacy minimalnej bynajmniej niczego tu nie zmieni.

Zmiany muszą zajść i wiele kwestii podnoszonych przez Platformę Oburzonych wymaga uczciwego podjęcia rzuconej rękawicy. Zmiany jakie muszą zajść dotyczą jednak także naszej mentalności, która odbija się wszędzie, od wariatów na drogach, przez śmiecenie w lesie, wynoszenie z pracy w myśl zasady „mnie się należy”. Kiedy jednak mam okazję pośledzić co się tu i ówdzie dzieje to trudno mi ukrywać takie słowa jak zawiść, marnotrawienie funduszy, małostkowość, dbanie wyłącznie o swój własny chlewik, brak jakiejkolwiek odpowiedzialności i jej poczucia.

To co mam jest efektem ciężkiej pracy. Swoją postawą, pracowitością, zaangażowaniem udowadniam, że można. Nie mam wiele, czasem łatwo nie jest, ale jestem szczęśliwy z tego co mam, a przede wszystkim z Rodziny. Ile zawiści czasem można dostrzec w spojrzeniach sąsiadów gapiących się na innego sąsiada, który właśnie odebrał nowy samochodzik z salonu i to jaki. Wiedząc ile ten człowiek wkłada energii we własną firmę, ile czasu, ile zaangażowania to wbrew większości ja się cieszę i życzę mu więcej sukcesów, a za tych „zawistnych” mogę się pomodlić. Bo dopóki nie zmienią swojego nastawienia to nie ma nawet jak im pomóc, bo przez swoją zawiść nie są w stanie dostrzec ani tego co mają, ani okazji, ani szans wokół nich samych.

Identyczność

Posted on

Słowo o znaczeniu tak jednoznacznym kryje w rzeczywistości intrygujący fakt. Ile razy używamy tego słowa, tak naprawdę nadużywając go w życiu codziennym. Identyczne poglądy, identyczne rzeczy, identyczni bliźniacy, identyczne… ale jeżeli spojrzymy przez moment choć z zadumą na to słowo szybko powinniśmy dojść do przekonania, że „identyczność” to idea, a czasem cel, w dodatku cel kompletnie nieosiągalny. Po prostu nic na świecie nie jest identyczna, a nawet jeżeli taki się wydaje, to ewentualnie takim jest w danej chwili, miejscu. Nawet poglądy ewoluują bez względu na zamierzenia ich autorów, czy posiadaczy. Pozorna identyczność może trafnie opisywać nawet kwestie, postawy i zachowania grupowe w nurcie istoty tychże zjawisk, lecz przy bliższym przyjrzeniu każdy z członków grupy wykazuje nieco odmienne postawy i zachowania, lecz przyjmując poprawkę (tolerancje) można swobodnie klasyfikować je jako identyczne, choć w rzeczywistości takimi nie są.

Takie same modele samochodu postawione obok siebie nie były, nie są i nie będą identyczne. Pomijam tu kwestie wyposażenia i opcji dodatkowych. Sama technologia wytwarzania cechuje się dokładnością wykonania, błędami obróbkowymi, pasowaniami, które możemy opisać, skodyfikować, ująć w teorię błędów i stosować aż kilkanaście klas dokładności. Każdy wymiar ma swoją tolerancję, a więc składając to wszystko nie niczego co ma identyczną długość.
Nie ma identycznych bliźniaków i każdy różni się jakoś od tego drugiego. Ewolucja, różnorodność DNA przy tej samej strukturze jego budowy, a także nawet Boskie prawa w przypadku identyczności nie mają znaczenia. Przyjmując, że Bóg stworzył świat, można zaryzykować tezę, że tak naprawdę stworzył perfekcyjnie niedoskonały mechanizm tego świata. W końcu Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo. Nawet kiedy przyjmiemy, że Boga nie ma to i tak właśnie różnorodność ludzi pozwala na ich rozwój i w ogóle na egzystencje. Rzeczywistość wszelkimi możliwościami udowadnia nam, że nie ma niczego identycznego, a używanie tego słowa wymaga przyjęcia sztucznych granic stosowalności w opozycji do jego przyjętego znaczenia.

Ciekawostka: tolerancja długości jednego z największych pasażerskich samolotów świata i nie chodzi mi o AirBus’a wynosi 1 metr, słownie jeden metr.

O absolwentach studiów i nie tylko

Posted on

Nie mogłem przejść spokojnie obok gazety z opinią Prezesa PZU, ani obojętnie słuchać radiowych męczarni jakiegoś rektora. Moim zdaniem, bardzo skromnym, lecz podpartym doświadczeniem tak ostre słowa wobec absolwentów polskich uczelni, już tylko z nazwy „wyższych” są jak najbardziej słuszne. Jednak dzisiejszy realny rynek pracy, korporacje, przemysł, MŚP to mieszanka osób, które otrzymały solidne wykształcenie na studiach oraz już tych, którzy przeżyli współczesny system wyższego wykształcenia. Głos Prezesa PZU traktują jako głos człowieka, który otrzymał nie tylko solidna wiedzą, ale zapewne i przetrwał porządne, wymagające, niełatwe zajęcia praktyczne. Dzięki czemu stanowił realną wartość na rynku pracy, był kimś już po studiach. Dziś mój znajomy z firmy produkcyjnej już nie sili się na to by kierunek studiów świeżego absolwenta traktować jako jakikolwiek wyznacznik umiejętności i wiedzy. Zatrudnia tekiego, który wykazuje chęci i zaangażowanie w dalszym doskonaleniu się. Wówczas potrzebuje do 3 lat by taki absolwent stawał się wartościowy z punktu widzenia jego firmy.

Słuchając w radiu wypowiedzi przedstawiciela uczelni wyższej po prostu targały mną emocje, bardzo silne emocje. Nawet jeżeli przyjmiemy, że są lepsze i grosze wydziały, czy całe uczelnie to trend zniżkowy w jakości nauczania jest wszędzie, no może prawie wszędzie opadający. Niestety to prawie wszędzie nie jest wstanie powstrzymać ogólnej i całościowej degradacji polskich uczelni „wyższych”. Okrajanie godzin laboratoryjnych, ćwiczeniowych, czy projektowych ze względu na oszczędności jak nie trudno przewidzieć wpływa na kształtowanie i doskonalenie umiejętności w stopniu katastrofalnym. Nie trzeba obcinać godzin – wystarczy zmienić wymagane minimalne liczby studentów i zwiększyc tak, że trudno takie zajęcia traktować jako sensowne.

Do tego dochodzą typowo polskie (polactwo) zachowania, czyli wyrywanie sobie nawzajem przez poszczególne zespoły całych przedmiotów. Celem nie jest jakość i efekt procesu nauczania, a studenci wydają się niemalże złem koniecznym. Liczą się przede wszystkim partykularne interesy poszczególnych grup, czy stajni profesorskich. Dziś, teoretycznie, dużo łatwiej zwolnić „złego” pracownika naukowo-dydaktycznego, lecz tylko teoretycznie. Samodzielny pracownik naukowy (od dr hab. w zwyż) odgrywa znaczącą rolę w tzw. minimum kadrowym dla kierunku nauczania. Trudno uznać by był szeroki wybór specjalistów na wysokim poziomie w takim kontekście. W konsekwencji większość, szczególnie kadry profesorskiej, czuje się absolutnie bezpiecznie. Od wielu lat powtarzam, że moim zdaniem jedynie ukontrakowienie i ustanowienie wyłącznie stanowiska profesora z jednoczesnym zniesieniem jego tytularności to droga, która może przynieść korzyści. Oczywiście nie jest wolna od wad, lecz w moim przekonaniu znacząco lepsza od obecnego systemu, w którym jak mnie się wydaje jedynie garstka profesorów wie co to oznacza nim być, jaka to odpowiedzialność, jaka rola.

Takie kwestie jak niskie przygotowanie aboslwentów szkół średnich jest oczywiście znaczącym czynnikiem, lecz to właśnie studia wyższe mają stać na straży wysokich kompetencji i umiejętności. Studiowanie nie jest dla każdego i nie może mieć charakteru masowego, jak dzisiaj. Wyższe wykształcenie to nie tylko umiejętności, wiedza ale także kultura obycia, zachowania, wypowiedzi i to bardzo szeroko pojmowana. Zatem obecna matura nie zdaje z punktu widzenia celu studiów wyższych swojej roli i wręcz konieczne wydaje się przywrócenie egzaminów wstepnych i wdrożenie obowiązkowych rozmów z kandydatami.

Dodatkowo nikt nie pomaga młodym ludziom w wyborze studiów. Maturzyści pozbawieni są wsparcia i nie umieją nawet kierować się własnym interesem, czy próbować przewidywać przyszłości i opracowywać dla siebie życiowe plany. W konsekwencji większość nie kieruje się logicznym i zdroworozsądkowym podejściem do wyboru studiów, czy innej ścieżki życiowej, lecz poddaje się trendom, modzie, czy niekompetentnym informacjom z mediów. Jednym słowem „dramat”.

Masowość współczesnego studiowania automatycznie wręcz powoduje, że studia nie zapewniają pracy i w opinii, nie tylko mojej, nie są wręcz w stanie.

Absurdalność „bezpłatnego” studiowania rodzi całkowicie patologiczne efekty. Gdyby studia były skuteczne to specjaliści wyjeżdżają z kraju i Polska nic z tego może nie mieć… Uczelnia jest firmą, która musi zarobić na budynki, laboratoria, zaplecze dydaktyczne i naukowe, pracowników, naukowych, dydaktycznych, administracyjnych i jeszcze zapewnić rozwój. Bazowanie wyłącznie na subwencji państwowej w przypadku uczelni państwowych jest patologią. Jeżeli student musiałby choć dopłacić różnicę między subwencją a realnymi kosztami danej uczelni to uruchamiane są dwie zasady funkcjonowania:

1. Płacę to wymagam.
2. Jak płacę to jednak się wezmę za robotę.

Dziś czywiście tragiczna postawa roszczeniowo żądaniowa obecnych studentów wywodzi w prostej linii ze szkół, które dzięki wielu rządom pozbawiono narzędzi dyscyplinujących, a relacje uczeń-nauczyciel-rodzic zostały zdewaulowane i niemalże zniszczone. Czy zatem można oczekiwać innych postaw i zachowań? Można natomiast wymagać.

Modelowanie komputerowe a Smoleńsk

Posted on

Artykuł z „Gościa Niedzielnego” z 19 lutego 2012 roku nr 7 rok LXXXIX pt. „Raporty czy spekulacje?”, a w zasadzie wywiad z prof. Wiesławem Biniedą przeprowadzony przez Bogumiła Łozińskiego zainspirował mnie do napisania tego wpisu.

Dorobek prof. W. Bieniedy można sobie prześledzić w ogólnodostępnych bazach artykułów i informacji naukowych, a co za tym idzie trudno byłoby zarzucać profesorowi niekompetencję.  Nie jest moim celem analizowanie kwestii katastrofy w Smoleńsku i przyczyn tej tragedii. Nie ma znaczenia jak na to patrzą różni ludzie, była to tragedia, której skutki będziemy długo odczuwać.

Chcę odnieść się do modelowania i symulacji komputerowych. Już same przeczytanie słownikowej definicji słowa „modelowanie” każda osobę zdroworozsądkową powinno na swój sposób zaniepokoić, a szczególnie kiedy będziemy odnosić się do wszelkiego rodzaju symulacji i modelowania z użyciem komputerów oraz specjalistycznego oprogramowania, czy systemów CAD/CAM/CAE (odpowiednio z j.ang. Computer Aided… Designing/Machining/Engineering). W tych skrótach szczególne znaczenie ma słowo „aided” czyli wspomagać. Jeżeli dobrze przyjrzymy się dwóm słowom, które już zostały tu wymienione, a mianowicie modelowanie i wspomaganie to uzyskamy bardzo ważny przekaz znaczeniowy i merytoryczny. Przeprowadzenie symulacji komputerowej wymaga opracowania modeli: środowiska, warunków, przedmiotów. Model stanowi sam w sobie uproszczenie. Projektując, czy opracowując technologię produkcji z wykorzystaniem CAD/CAM/CAE wykorzystujemy modele bryłowe bazujące na możliwościach geometrycznych rozwiązań informatycznych, a zatem na metodach matematycznych. Możemy nadać właściwości fizyczne takie jak materiał, co polega na samym określeniu i przypisaniu konkretnych współczynników opisujących dany materiał (m.in. sztywność, gęstość, skład chemiczny i inne).

Po pierwsze model geometryczny jest modelem idealnym, a nawet samo zapisanie informacji o dokładności wykonania nie jest jednoznaczne. Dodatkowo wspomnę, że na świecie funkcjonuje około 80 formatów zapisu danych informatycznych konstrukcyjnych i technologicznych. Jak inżynier na co dzień spotykam się z problemami utraty, pomyłek w przenoszeniu danych, a to dopiero model. Słowo „identyczne” ma ograniczone zastosowanie. Możemy mówić o identycznym modelu np. samochodu, ale żaden z egzemplarzy nie jest geometrycznie identyczny – gdyż wszystko możemy wykonać z jakąś dokładnością. Można upraszczając  przyjąć,  że im droższa technologia wykonania tym lepsza dokładność wykonania. Nie ma rzeczy identycznych. Tylko pozornie mogą wydawać się identyczne, bo ani wzrokowo, ani dotykowo, ani przez pomiar posiadanymi przyrządami pomiarowymi nierzadko nie jesteśmy stwierdzić realnych różnic – np. występują dla wymiaru długościowego na 4, czy 5 miejscu po przecinku. Dodatkowo sam pomiar obciążony jest dokładnością metody pomiarowej i samego oprzyrządowania. dla przykładu podam, że tolerancja długości dla samolotów (tego samego modelu) może wynosić pół metra. Nie możemy zapominać, że np. w przypadku produkcji stali, każdy gatunek jest opisany normą, która zawiera dokładny opis składu, w tym pierwiastki stopowe. Rzecz w tym, że i one są dodawane w trakcie procesu technologicznego z jakąś tolerancją. Powtarzalność właściwości wytworzonej stali jest zagadnieniem problemowym samym w sobie.

Powiedzmy, że mamy model, a sam model nie zawsze wszystko zawiera bo np. mamy krawędzie czy naroża wszystkie ostre, a w rzeczywistości zawsze jest jakiś promień zaokrąglenia, choćby minimalnie wyczuwalny ale jest!!!

Symulowanie zjawisk dynamicznych, w tym wytrzymałościowych bazuje na metodach matematycznych. W technikach komputerowych najczęściej wykorzystywaną metodą jest tzw. Metoda Elementów Skończonych. Jak każda metoda obliczeniowa i ta ma swoje ograniczenia i założenia. Niejednokrotnie zakładamy/przyjmujemy jakieś tam równanie jednocześnie je upraszczając np. do przypadku prostoliniowego, choć rzeczywisty wykres danej funkcji nie jest prostoliniowy, ale jest tak zbliżony, że upraszczamy. Gdy chcemy zająć się drganiami to mamy cały ocean problemów z tym związanych i pomimo wielu dziesięcioleci nie ma spójnej, jednoznacznej i pewnej metody obliczeniowej. Wiele metod sprawdza się tylko w konkretnej sytuacji i warunkach.

Profesor W. Binieda, a nie mam najmniejszych wątpliwości, opracował model, odnosi się do właściwości materiałów. Trudno w ogóle próbować podważać kompetencje w tym zakresie. Nie mam również najmniejszych wątpliwości, że na podstawie wieloletniego zestawiania opracowanych symulacji i doświadczenia zawodowego zebranego w wielu realnych przypadkach można pokusić się o kategorycznie jednoznaczne stwierdzenia. Właśnie w tej kategoryczności tkwi dla mnie problem. Dla mnie, osoby która z modelowaniem ma styczność, nie jest możliwe by na podstawie analiz i symulacji komputerowych stwierdzić coś innego niż „na podstawie analizy/symulacji komputerowej istnieje bardzo duże lub bardzo małe prawdopodobieństwo, że coś mogło lub nie mogło” się wydarzyć.

W przypadku skomplikowanych, wieloczynnikowych symulacji, ograniczeniach metod może się okazać, że dane uproszczenie w jednym miejscu, pozornie kompletnie nieistotne, może mieć realnie kolosalny wpływ na ostateczny wynik, a zatem i wnioski.  Wyniki symulacji mogą na coś wskazywać, sugerować, ale według mnie nie ma symulacji, która posiada 100% pewność, a nawet gdyby miała 99% pewność to jednak nie 100%.

Jednocześnie postępujący rozwój technologiczny bez CAD/CAM/CAE nie były możliwy. Jednak to tylko wsparcie inżynierów, a nie absolutne źródła rozwiązywania problemów…

Znów ACTA…

Posted on Updated on

Włączenie telewizora, komputera, czy sięgnięcie po prasę w ostatnim czasie kończy się gdy wzrok pada na słowo ACTA. Jednak bynajmniej nie jest to temat zastępczy, aż z dwóch powodów. Po pierwsze wyzwolił wiele emocji pośród wielu ludzi i to na całym świecie, a po drugie coś w tym czymś jest, by uznać to za ważne dla nas.

Dziś przełączając programy telewizji publicznej natrafiłem na program „Kultura, głupcze” i akurat dyskutowano o ACTA, prawach autorskich i wszystkim co z tym związane. Zacne osoby, zacne wypowiedzi dzięki czemu postanowiłem wysłuchać. Ogólnie określiłbym wyrażane opinie jako zrównoważone bez przesadnej emocji. Oczywiście nie powiem mam jedno „ale”, jedno bardzo wyraźne.

Pan Jacek Żakowski, który w kontekście ACTA dał się poznać jako obrońca, trudno definiowalnej, wolności internetu, co samo w sobie również wznieciło jakieś emocje. Jednak fragment wypowiedzi pana Jacka zaskoczył mnie, bo nie spodziewałem się takiego „niezrozumienia”, „niewiedzy”, trudno mi to zdefiniować, bo trudno mi uwierzyć.

W trakcie wypowiedzi z ust pana Jacka padły takie o to słowa „… nauka przestała się rozwijać…” oraz brak dostępu do „oryginałów badań”. Zastanawiam się co skłoniło pana Jacka do tak mylnego poglądu. Nauka pędzi, choć czasem powinna stać w miejscu, bo nie ma nic gorszego jak badania kompletnie bez sensu. Problem w tym, że dziś coś jest bez sensu, a za miesiąc okazuje się fantastycznym odkryciem. Z jednej strony mamy badania i projektu wybitnie o charakterze użytecznym i całą baterię badań zwanych podstawowymi, które prowadzą do rozszerzenia możliwości tych pierwszych. Nie wiem jak nauka mogłaby się przestać rozwijać w kontekście własności intelektualnych, w tym praw autorskich. W badaniach jak w systemie naczyń połączonych trudno by coś wypełniło bez wlania czegoś, a konkretnie funduszy. Nauka albo bazuje na grantach, nie tylko rządowych, ale także na zamówieniach z przemysłu. Czy mamy udostępniać wszystkie wyniki badań, konstrukcje, w tym związki chemiczne, trujące, środki biobójcze, sama nazwa mówi za siebie, dokumentacje techniczne broni?

Własnością praw autorskich dla projektu opracowanego na Politechnice jest Politechnika lub jest to regulowane w ramach projektów na rzecz przemysłu. Z reguły kto płaci ten ma prawa autorskie, a nawet wprowadza się w życie umowy regulujące zakres ujawnianych publicznie danych z projektu, np. w artykułach. W końcu prowadzimy prace mające podnieść konkurencyjność danych zakładów przemysłowych, a zatem nie chcemy by to mogli poznać inni z branży.

Właśnie, artykuły… to dziś podstawowa forma wymiany informacji naukowych. Sama tzw. lista filadelfijska jest długa, bardzo długa. Oprócz tego istnieje cała „nieokreślona” dla zwykłego człowieka liczba czasopism poruszających tematy naukowe, na styku nauki i biznesu… Jak to się mawia, naukowiec, które nie publikuje nie istnieje i coś w tym jest, lecz czy takie podejście powinno być dominujące, to już inna kwestia.

Jedną z głównych zasad przy bardzo poważnych badaniach, nierzadko fundamentalnych, najważniejsze jest by inny ośrodek badawczy powtórzył i osiągnął zbliżone wyniki, potwierdzające wyniki innych ośrodków naukowo-badawczych.  W takich przypadkach dostęp do pełnych wcześniejszych wyników może być albo szczęściem albo przekleństwem. Taka jest nauka, wymaga braku zaufania tam gdzie jest ono pozornie pewne. Cała otoczka i uwarunkowania mają maksymalnie uwiarygodnić badania, a nie tylko pozwolić na ich skopiowanie.

Poza tym nie ma czegoś takiego jak „oryginały badań”. Coś takiego nie istnieje. Co najwyżej istnieją oryginalne zapiski, zapisy danych, ale nie ma czegoś takiego jak oryginalny rękopis badań. Może być oryginał artykułu, ale wyników jako takich nie.

Natomiast choć mam odmienne zdanie niż pan Jacek Żakowski, zwrócił on jednak uwagę, choć w swej wypowiedzi bardzo pośrednio, wręcz na poziomie interpretacyjnym (i mamy badania 🙂 ), na pewien istotny problem w nauce. Nauka to pieniądze, a w wielu przypadkach osobowych pieniądze to zaślepiająca mamona, sterujące życiowymi priorytetami. Co to oznacza w badaniach – a mianowicie hipotetycznie może się tak zdarzyć, że zostanie odkryte rewolucyjne coś, co mogłoby zapewnić funkcjonowanie ludzkości z pełną ochroną środowiska, dbaniem o zdrowie, ale istnieje potężne lobby jakiejś tam gałęzi przemysłu, która ze względu na obecny status quo nie chce tego zmieniać ze względu na zyski. Wówczas wyniki takich badań, jeszcze sfinansowanych przez tę gałąź przemysłu, najprawdopodobniej zostałyby utajnione, wbrew logicznemu interesowi społecznemu. Tu jest ewidentny problem i to może stanowić o rozwoju, o byciu, lub nie istnieniu. Celowo i świadomie napisałem enigmatycznie o „czymś” i „gałęzi przemysłu” bo taka sytuacja może się zdarzyć w każdym obszarze badawczym, a moim celem nie jest oczernianie, lecz dyskutowanie, tu w tym zakresie o etyce i życiowych priorytetach.

Jednak kiedy coś co należy do kogoś innego pomimo praw do własności intelektualnej powinno być bezapelacyjnie dostępne wszystkim bez ograniczeń? Jak dokonać legislacji takich zasad? W tym względzie jest dużo pytań i mnóstwo wątpliwości. W tym zakresie ACTA może się okazać skutecznym ułatwieniem w „chowaniu” przełomowych wyników jeszcze bardziej przełomowych badań, które może właśnie się toczą, ale świat o nich nie wie.

Tu raczej nie dotykamy „rozwoju nauki” i jego tempa, lecz konsekwencji badań w ujęciu społecznym całej ludzkości. Nauka postępuje i cały czas się rozwija, lecz nie jest pozbawiona „czarnej strony” swojego istnienia. Jeżeli pan Jacek Żakowski ma takie lub zbliżone poglądy to się zgadzamy…