rodzice

Macierzyństwo, moje spojrzenie

Posted on

Niejako pozbawiony telewizji, a i w przestrzeni internetu nie zawsze podążam za prądami innych, zupełnie przypadkiem wpadłem na wpis pani Pauliny Młynarskiej, która w żenujący sposób, przy najmniej dla mnie, popłynęła w temacie kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Słusznie zauważyła, iż kampania skierowana jest do wąskiego grona kobiet. Jednak czy aby na pewno? Gdyby było takie wąskie nie miałoby statystycznie wpływu na przesuwający się statystycznie właśnie wiek zachodzenia w ciążę.

Nie wiem jakie intencje, przy najmniej częściowo miała pani Paulina Młynarska ale ja osobiście uważam, twierdzę, jestem przekonany i w ogóle, że że seks nie jest wyłącznie zabawą, a konsekwencje „wpadki” od tak można usunąć. Nie zamierzam dyskutować o dostępie do aborcji, bo to jest temat bardzo trudny, w którym za wszelką cenę niszczy się te najważniejsze osoby, kobiety. Dyskutuje się odkładając to co najważniejsze gdzieś na bok, zapominając o ludziach. To moje osobiste zdanie. Faktem jest, że są w wielu przypadkach wskazania medyczne dotyczące zdrowia kobiety przy nadziei powodujące iż usunięcie ciąży jest tym rozwiązaniem, które trzeba rozważać. Bez wątpienia jest to dramat dla matki, która dziecka pragnie. Niewątpliwie po aborcji nie ma tak, że nie ma problemów emocjonalnych, że to od takie proste i bezproblemowe. Faktem są komplikacje zdrowotne, że tak ujmę cielesne. Absolutnie nie akceptuję takiego podejścia do seksu i poczęcia życia, iż można je usunąć bo to wpadka, bo przecież miało być tylko tak fajnie. Jak już dwoje ludzi chce uprawiać seks, który jest piękny, może być piękny, jest niesamowity, ale to także podjęcie odpowiedzialności. Jeżeli seks jest jedynie radochą to jest to płycizna, emocjonalna mielizna. Jest akcja, jest reakcja. Każde nasze czyny i słowa mają konsekwencje i trzeba umieć je podejmować. Mogę tylko współczuć tym, dla których seks jest tak płytki emocjonalnie. Kwestia gwałtu to dla mnie obszar, gdzie to kobieta jest jako ofiara najważniejsza i wszelkie środki należy skierować na jej wsparcie. Nawet zdrowotnie może się okazać, że donoszenie i urodzenie będzie lepsze od aborcji, ale to powinna być przede wszystkim decyzja kobiety, ale decyzja podjęta rzetelnie. Dla mnie zdrowie to nie tylko ciało ale i umysł. Zdrowie psychiczne jest równie istotne, a zdrowie w ogóle należy rozpatrywać kompleksowo. To nie jest przecież tak, że każdy przypadek jest taki sam – za każdym razem są to indywidualne tragedie i historie i każda jest inna, jak każdy inny osobowościowo jest człowiek.

Macierzyństwo nie jest jak to określiła autorka, zapewne prowokacyjnie, psim obowiązkiem kobiety, suki jak to padło niejednokrotnie w treści. Jedne mają ku temu predyspozycje, inne nie. Wykwalifikowane profesjonalistki, obyte w świecie, podróżujące, podobnie jak profesjonaliści, obyci w świecie, podróżujący – nie oznacza, że mądre, mądrzy. Mądrość niestety nie idzie szczególnie często w parze z wiedzą, stąd też i rozróżnienie mądrości i wiedzy. Podobnie jak z faktem, iż nie zawsze większość ma racje. Problemem wieku jest to, że w pewnym momencie jest już zbyt późno na to by zrobić to i tamto, także by być Rodzicem. Osobiście uważam, że wolę być młodszym rodzicem, niż bardziej dziadkiem – ojcem dla swojego dziecka. Oczywiście doświadczenie życiowe powoduje, że niejako wydaje nam się, że jesteśmy z każdą minutą coraz lepsi, jak dobre wino. Jednak bycie Rodzicem to nie moment odkorkowania butelki, a nawet takie porównanie jest totalnie niepełne. Bycie Rodzicem to totalna rewolucja w życiu 🙂 i trzeba to przeżyć by móc zdecydowanie większą podstawę by o tym mówić, a mówić warto o tym 🙂

Odniesienie się pani Pauliny Młynarskiej do Pań w kasach w ogóle nie wiem jak należy potraktować, czy może jako pogardę dla nieudaczników życiowych? Może w ogóle co innego miała autorka na myśli. Dla mnie to takie pokazanie, że są zawody gorsze, złe, beznadziejne – a według mnie brak etosu pracy, szacunku dla pracy to jeden z głębokich problemów naszego kraju. A już totalnie mnie rozbawiło „… pod dyktando kościoła…” – bo to przykład nadinterpretacji i także niewiedzy. To, że kościół katolicki reprezentuje jakże bezkompromisową postawę w zakresie aborcji ma zarówno plusy jak i minusy. Pomijając jakże wiele problemów kościoła hierarchicznego trudno, choćby na logikę, zdrowy rozsądek, odmówić racji w potępianiu swobodnego dostępu do aborcji i tym samym sprowadzania seksu do wyłącznie chemicznej reakcji organizmu na fizyczne zbliżenie dwojga ludzi. Osoby wierzące, katolicy mają takie samo prawo do wyrażania swojej opinii jak i zwolennicy aborcji. Czy niejako automatycznie stają się źli? Zupełnie inną kwestią, absolutnie życiową, jest to, że życie to seria kompromisów i regulacje na poziomie społecznym wymagają kompromisów. Kwestia aborcji to kwestia bardzo trudna, nie dająca się rozwiązać, uregulować na ostro, to raczej pływanie w szerokim pasie granicznym. Niewątpliwie edukacja seksualna jest niezbędna, wiedza o budowie człowieka, znajomość elementarnych zasad rządzących naszymi ciałami, ale także cała masa pracy w warstwie emocjonalnej, a więc i etycznej to fundament dla młodych ludzi. Seks nie może być traktowana wyłącznie jako przyjemność, fizyczna zabawa bez konsekwencji. Pracuję z młodymi ludźmi i widzę głównie ludzi zarażonych „współczynnikiem doraźnej korzyści”, nie umiejących podjąć odpowiedzialności, udźwignąć konsekwencji własnych czynów i słów – to jest wręcz pandemia. Dojrzałość emocjonalna jest tu odległym lądem, którego większość z nich nie odkryła, ale już fizycznie mogą stać się Rodzicami. Edukacja seksualna pozbawiona pracy z uczuciami, aspektami etycznymi jest po prostu pozbawiona sensu.

Niewątpliwie pani Paulina Młynarska stanowi przykład osoby bardzo dobrze radzącej sobie z wyzwaniami życia i to bardzo dobrze, lecz nie oznacza to, że większość ma aż tak dobre predyspozycje. Autorka poruszyła także bardzo istotne kwestie, jak ściąganie alimentów, realnie dostępne tanie żłobki i przedszkola, a ja od siebie dodam, że powinny być darmowe, a nie tanie bo to wówczas jest realnym wsparciem Rodziców, a przede wszystkim pokrywające 100% zapotrzebowania. Nie łudźmy się ale przedszkole i szkoła to miejsca gdzie nie wychowuje się zamiast Rodziców, ale miejsca, przestrzenie gdzie kształtuje się i doskonali zachowania i postawy społecznego funkcjonowania. Autorka poruszyła także kwestie ściągalności alimentów – jakże istotną kwestię, która obecnie jest po prostu regulowana beznadziejnie.

Panie Paulina Młynarska twierdzi, że posiadanie potomstwa to w połowie kwestia męskiej połowy świata. Jednak czy tego chcemy czy nie dzieci dziedziczą więcej genów po matce niż po ojcu i owszem już wychowanie dziecka to w połowie obowiązek ojca i w połowie matki. Autorka stwierdziła dobitnie, cytuję „A pozostałe 98,5 procent kobiet w wieku rozrodczym, które za sprawą dyktowanej przez episkopat polityki nie mają dostępu do antykoncepcji…” – to ja chyba mam problemy ze wzrokiem w hipermarketach. Poza tym nie znam środków chemicznych, w tym leków, które nie mają skutków ubocznych. Nie środków medycznych, które nie wpływają negatywnie. Listy skutków ubocznych i działanie terapeutyczne to suma, która ma być ostatecznie dodatnia dla pacjenta, ale nie oznacza, że nie ma negatywnych następstw poza tymi pozytywnymi. Nie jestem specjalistą w kwestiach medycznych, ale im mniej czegokolwiek się bierze tym lepiej. Mam choróbsko autoimmunologiczne i leki zażywać muszę, a im mniejsze dawki tym lepiej. Episkopat nie dyktuje polityki. Nie przypominam sobie by ustawy i regulacje prawne pisali biskupi. To zdanie jest po prostu nieprawdziwe, a co najmniej niepełne. Wyrażanie opinii to jedno, a pisanie ustaw to drugie.

Równość między kobietą i mężczyzną to dla mnie przede wszystkim równość w prawie, wynagrodzeniach, prawie do rozwoju osobistego. Jestem mężczyzną i jestem jaki jestem, nie mogę tego co kobieta i na odwrót. Nie ma równości cielesnej, ani duchowej. Nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób mężczyzna przewyższa kobietę. Dlatego Rodzina jest Rodziną pełną kiedy jest i żona, matka i mąż, ojciec gdyż i dla siebie i dla dzieci stanowią komplementarność – zarówno w ujęciu życia codziennego jak i emocjonalnego, czy duchowego. Brak jednego tylko pierwiastka nie jest ostatecznie dramatem, ale nie jest też czymś pożądanym, czy pozytywnym, a rozpad małżeństwa da o sobie znać u dzieci, prędzej, czy później, czy tego chcemy, czy nie.

Chcemy połowy świata, połowy kasy, połowy pracy i połowy zmartwień związanych z posiadaniem potomstwa. Połowy.

Paulina Młynarska

Połowy absolutnej się nie da. Nie wiem jakbyśmy wszyscy chcieli, ale myślę, tak mi się wydaje, że więzi miłości matki i dziecka są znacznie silniejsze niż ojca i dziecka, przy najmniej na znacznym etapie. Nie wiem jak bardzo bym kochał, a kocham bardzo moje dziecko, a miłość jego matki jest i tak mocniejsza. Nie wątpliwie poza tym połowa obowiązków wychowania spada na oboje Rodziców, co dla mnie jest zupełnie naturalne.

Spodobał mi się ten tekst: https://parenting.pl/portal/najlepszy-wiek-zeby-zajsc-w-ciaze

Reklamy

Kiedy odchodzą najbliżsi

Posted on Updated on

Kiedy odchodzą najbliżsi, nagle czy niby pozornie jest czas by się pożegnać to jednak myślę, że nie można być przygotowanym na to, na odejście kogoś bliskiego. Dziś moja mama Lidia Morek z domu Pawłowska, siostra mistrza szabli Jerzego Pawłowskiego, również uprawiająca szermierkę, skończyłaby 76 lat. Odeszła nagle 1 października 2014 roku, 2 dni temu, nagle, nie bez walki ale jej już nie ma tu na Ziemi, nie ma jej duszy. Czy byłem przygotowany? Nie byłem. W sytuacjach kryzysowych jestem niejako z automatu zmobilizowany i działam. Pogotowie, czekanie na karetkę. To były moje ostatnie chwile z moją Mamą. Potrzymałem ją za rękę, trzymając jednocześnie kroplówkę. Pomogłem przenieść na nosze do karetki. Potem, potem zebrałem potrzebne rzeczy dla Mamy do szpitala, część jej dokumentacji medycznej, dokumenty i pojechałem.

W czerwonej strefie SORu Szpitala Bielańskiego widziałem ją jeszcze siedzącą z maską tlenową. Odebrałem jej rzeczy, chciałem do niej podejść. Gdyby nie nowy pacjent pozwolili by mnie. Potem widziałem ją po raz ostatni, śpiącą, zaintubowaną, pod respiratorem. Serduszko jej biło jak należy. Powiedziano mi, że mam zadzwonić za 2 godziny. Pojechałem do domu. Nie było lęku, nie było informacji, że jest bardzo źle. Kiedy zadzwoniłem o 1 w nocy, jak miałem, dowiedziałem się, że Mama jest na R kardiologicznej na oddziale i spokojnie mam się zgłosić po 11, po obchodzie. 10 minut później telefon z prośbą o kontakt z oddziałem. Moja mama nie żyła, zmarła, jak się później okazałao po godzinnej reanimacji, uprzednich próbach stymulowania jej serduszka elektrycznie. Nie udało się. Co czułem? Nie wiem, działałem jakby z rozpędu, realizowałem konieczne zadania. Podziękowałem pani doktor z oddziału, za jej sposób rozmowy. Rozumiem co przeżywają kiedy mówią, że ktoś zmarł. To nie jest łatwe. Powoli z czasem przychodzi odczuwanie, przeżywanie, nie da się tego uniknąć.

Żałuję, że nie było mnie przy mamie do końca, ale i tak nie mógłbym być przy niej ze względu na czynności lekarzy. Udało mnie się przespać i rozpocząć działania formalne. Jestem bardzo wdzięczny lekarzom, w tym ordynatorowi oddziału za godne podejście. Nie czułem się jak intruz, wręcz przeciwnie. Pielęgniarki, lekarze byli bardzo pomocni. Bardzo im za to dziękuję. Rozmawiałem z ordynatorem, podjąłem działania administracyjne. Spokojnie bez nadzwyczajnych emocji. Dzwoniłem do Rodziny, do jej przyjaciół i znajomych. To nie łatwe działanie. Na początku odpowiadałem na pytania jak, kiedy, dlaczego, czy, a może… potem w miarę upływu czasu odmawiałem, choć rozumiałem fakt potrzeby wiedzy, lecz coraz trudniej było i jest mi o tym mówić. To po trosze jakby nierealny film, sen, który silnie odczuwany wydaje się jawą, a nie sennym przeżyciem. Niestety to prawda, realna, namacalna. Namacalna bo połowa domu straciła swojego mieszkańca, swoją Panią, moją Mamę. Zrobiło się tam pusto. Niedojedzona zupa, nie dokończone kanapki i herbata. Rozstawiona deska do prasowania. Jakby moja Mama na chwilę wyszła, zaraz wróci. Dopiero po pewnym upływie czasu odkrywam, że już nie będzie całej masy drobnych rzeczy związanych z moją Mamą. Tego drapania po plecach, tylko Ona tak umiała. Tej szarlotki jej roboty, niepowtarzalnego smaku, wspólnego oglądania śmiesznych filmów i zdjęć ze zwierzętami, pracy jej rąk jako krawcowej, obsztorcowania, uśmiechu, bycia. Jej życie tu na Ziemi przeminęło, teraz to już sprawa Chrystusa. Teraz tylko dopilnowuję jej godnego pożegnania tu na Ziemi. Była dla mnie jednym z fundamentów życia, a więc reperkusje jej braku w mym ziemskich żywocie będą jeszcze odczuwalne. Słowo, które przychodzi na myśl to „pustka”. Tym bardziej bolesna, że powstała nagle, z zaskoczenia.

Żałuję, że nie wywierałem na mojej Mamie presji, że wręcz nie namawiałem skutecznie by w końcu udać się do kardiologa, by rozpoznać jej problemy. To poczucie winy syna, który przyjmuje, że za mało poświęcał swojej Mamie czasu, za mało rozmów, za mało szczerych rozmów. Teraz już za późno, absolutnie i nie odwracalnie. Żyliśmy obok siebie w domu, każde w swojej części. Mój syn, jej wnuczek, bardzo przeżywa jej odejście. Była jakby zawsze od kiedy pamiętał, zawsze mógł na nią liczyć. Wczoraj odwracając myśli serfowałem po internecie i w oko wpadł smieszny filmik z psem w wodzie. Moja mama kochała psiaki. Pomyślałem, trzeba zawołać Mamę, ucieszy się. Po chwili ten błysk świadomości, ale jej nie ma, nie powiesz jej już nic, nie obejrzysz z nią i nie pośmiejesz się wspólnie. Odrętwienie, smutek, pustka. Pamiętam swoje słowa sprzed kilku dni „Jeszcze zajrzę”. Chciałem nawet porozmawiać, ale nie zajrzałem, coś mnie pochłonęło i nie zajrzałem. Teraz już nie mam tej możliwości. Mogę zejść do pustych pokoi, gdzie jeszcze unosi się jej ślad, ślad pracy jej dłoni, jej myśli, jej pomysłów, jej trosk i radości.

Jak niewielu wie, że wiele lat temu, kiedy była młoda, młodsza niż ja jej syn teraz, była sportowcem, nie byle jakim, choć żyjącym w cieniu swojego brata Jerzego Pawłowskiego. Ten zegarek na jej ręku. Pamiętam go…

moreklidia_01

Szkolny Piknik

Posted on Updated on

Wczoraj w sobotę, odbył się szkolni rodzinny piknik, dla nas ostatni w tej szkole, szkole podstawowej mojego syna. Co mnie cieszyło, ano w zasadzie przede wszystkim to, że razem z synem weźmiemy udział w różnych konkurencjach (bieg w worku, skoki, rzut do kosza, rzut do celu, przeniesienie piłki na rakiecie. Szkoda, że tylko tylu, ale było warto. Pogoda niestety dziś nie dopisała, lecz grilla udało się ustawić i zapewnić poczęstunek, korzystając z możliwości arkad naszej szkoły. Zapewne wielu rodziców odstraszyła od przybycia, lecz cóż jak ktoś chciał wspólnie z dziećmi lub dzieckiem być to był. Uczestniczenie w takich przedsięwzięciach to nie tylko kwestia bycia z własną latoroślą, lecz także pokazanie własnej i kształtowanie postaw prospołecznych. Jeżeli społeczność lokalna nie jest w stanie przeskoczyć barier, zjednoczyć się to…

Ta szkoła zawsze będzie naszą szkołą, a szkoła będzie taka jaką ją rodzice współtworzą.

Występy dzieciaków trenujących taekwondo, czy taniec naprawdę wypadły fantastycznie. Ogromne tu podziękowania dla instruktorów i prowadzących zajęcia, nauczycieli i Radzie Szkolnej, wręcz chwała im, należy im się po wielokroć. Warto z dziećmi pracować i dawać im szanse aktywnego działania i rozwijania się.

Dla mnie jednak było ważniejsze wspólne działanie z synem 🙂 Dzięki współpracy zajęliśmy w grupie klas IV-VI znaczne II miejsce 🙂 Kiedy patrzę wstecz a rozglądam się w rzeczywistości jakże odmienne czynniki mnie radują. Dziś najważniejsza jest rodzina, bycie z synem, wspólne działanie.

Warto po stokroć było tam być i kto nie był ten niech żałuje.