kultura

Medialny odbiór

Posted on Updated on

Przekaz dla ludzi

Dziś dzień wyborów (wtedy zacząłem pisać ten post), na swój sposób ważny, lecz czy ty co po nim nastanie będzie z korzyścią dla naszej Polski? Pytanie retoryczne. Jednak coś jest na rzeczy. Lubię ciszę, znaczy nie absolutną, wolę ciszę z szumem wiatru w koronach drzew i górskiego strumienia, śpiewem ptaków, ale bez telewizji. Jednak przekaz informacji jest czymś w dzisiejszych czasach naturalnym zjawiskiem, pełnym przesytu, niestety najczęściej formy nad treścią. Z wyboru i z powodu zwykłych technicznych zaniedbań nie mamy telewizji. Niby internet w zupełności wystarcza, lecz i tak można odczuć całkiem niezły przeciąg informacji.

80% informacji odbieramy wzrokowo i ponoć również 80% informacji nie podlega kodyfikacji – nie da się ich zapisać, opisać w jakiejkolwiek formie. Ciekawe, prawda?! Żyjemy w społeczeństwie informacji, jesteśmy nimi bombardowani każdego dnia, każdej godziny, chyba, że śpimy ale i ten czas nie jest tak spokojny jak kiedyś. Wygrywa ten, kto opanuje umiejętność filtrowania wiadomości, zarządzania nimi, odnajdywania się w gąszczu, pajęczynie zer i jedynek, która niewidocznie oplata nas. Nie jest to jakiś fatalizm, lecz odniesienie się do rzeczywistości. Sam w tym uczestniczę prowadząc wortale i portal technologiczne i każdego dnia pływam w informacjach.

Jednak czy w świecie informacji można odnaleźć czas dla siebie, czas potrzebny na ochłonięcie, wyciszenie się? Ja muszę choć miniony rok nie należał do dających taką sposobność i nie byłem w stanie realnie wypocząć na długie kolejne miesiące pracy. Patrząc na młodsze pokolenia, już nie tylko młodszych, lecz już także pokolenia – to czasem utwierdzam się w przekonaniu, że wyciszenie jest dla mnie konieczne. Bez tego nie złapię dystansu do świata informacji. Czasem jednak spotykam „fighterów” – jak atomowe stosy na kosmicznych statkach z powieści SF, wydają się nie do zdarcia, lecz według mnie tylko wydają się.

Czy jesteśmy w stanie rozpoznawać co dobre a co złe w przekazie, szczególnie medialnym?

Bardzo często stawiam takie pytanie, nie tylko sobie, czasem w grupie, a czasem jako czysto retoryczne. Myślę, że nie jesteśmy w pełni i zawsze rozeznać dobra i zła w tym co widzimy, słyszymy, czytamy. Przekaz bardzo łatwo zmanipulować, zdjęcie pokazać niepełne, odtworzyć słowa wyrwane z kontekstu. Czasem wystarczy tylko komentarz, pozornie dopasowany, praktycznie w ogóle nie związany, by wpaść w misternie uplecioną sieć pułapki przekazu. Emocje, przekaz ma wzniecić pożar emocji w jego odbiorcach. Emocje, gniew nie zawsze, wręcz z reguły nie stanowią dobrych doradców dla naszych zachowań i w konsekwencji postaw. Sprawy nie ułatwiają Ci, którzy od czasu do czasu głoszę, iż to czy tamto to złe rzeczy. Mamy tę świadomość, że to czy tamto stwierdzenie jest przesadzone. Potem idziemy do sklepu, zupełnie niecelowo oglądamy zabawki dla dzieci. Ja osobiście jak widzę pewne lalki to mnie odrzuca. Pomimo starań by bycia na przekór i działania jak przysłowiowy adwokat diabła nie jestem w stanie uznać, że takie zabawki mają sens, jakikolwiek, dla mnie są straszne. Jednak dzieciaki je pragną.

Coś w nas mówi jedno ekran i głośnik co innego. Na ile jesteśmy silni by z jednej strony być w zgodzie z wartościami, które wyznajemy i jednocześnie zachować zdolność samokrytyki. Umiejętność spuszczenia sfory wątpliwości jest dla mnie bardzo istotna. W moim przypadku motywuje mnie do analizy i pomyślenia.

Doszedłem do sytuacji, w której niemal każdą informację w mediach traktuję krytycznie, z dystansem. To jest i nie jest dobra postawa i zachowanie. Może ogromny udział w tym ma to, że jako inżynier nie lubię mieć danych „z sufitu”, że uważam, że wszystko, no większość, należy umieć uzasadnić.

Jednocześnie same media czasem ułatwiają nam rozpoznanie zła albo dobra. Nieudolność prowadzącego audycję czy program TV, brak kompetencji i przygotowania powoduje, iż niejednokrotnie można rozpoznać „medialną ustawkę”. Problem wynika również stąd, że media z jednej strony powinny w pełni korzystać z prawa do wolności słowa, a z drugiej jednak w żaden sposób w naszej Polsce te media nie odpowiadają w pełni za swoje słowa. Takie odnoszę wrażenie.

Dlaczego odnosimy się do czegoś jako wiarygodnego, a dlaczego nie wierzymy innym choć to mogło się wydarzyć?

Mam okazję, miałem ją też niejednokrotnie wcześniej, a mianowicie przysłuchiwania się jak ktoś z ogromnym przekonaniem wyrażał się o tym co spotkało kogoś, niemalże wrzeszcząc, że to kłamstwo, że to niemożliwe, że to… itd. Kompletnie taka osoba nie przyjmowała, iż np. dla mnie to i tamto jest jak najbardziej realne. Żadnej możliwości porozumienia, a co więcej, osoba tak głośno wrzeszcząca i propagująca negatywne fale nie była w stanie w żaden sposób uzasadnić swoich racji, nie przedstawiała żadnego argumentu.

Myślę sobie, że bardzo wiele osób jest w stanie coś zaakceptować, uznać za realne jeżeli w jakiś sposób mieści się to w ich świecie, inaczej jest niemożliwe – syndrom ograniczonego widnokręgu – tak to sobie nazwałem. Co jest tego powodem, być może zazdrość, że coś przytrafiło się komuś innemu. Jednak co chyba najistotniejsze to ten fakt 80% informacji, których nie da się opisać. Mamy przeczucie, odczucie, 6 zmysł, czasem 7 😉 i po prostu wiemy, ale kompletnie nie umiemy tego uargumentować. Trzeba być jednak świadomym takiego ograniczenia. Ma to ogromne znaczenie na forach internetowych, gdzie podstawowym sposobem wymiany informacji (dialogu) są pisane teksty, czasem obrazek. W kontekście rozmowy dwóch lub więcej osób to bardzo ułomny sposób komunikowania – brak całej gamy przekazu pozawerbalnego, a także choćby intonacji głosu. W konsekwencji umiejętności argumentowania, okiełznania emocji są tu niezmiernie ważne.

Wpis ten zacząłem pisać w dniu wyborów. Pewna jego wizja gdzieś pomiędzy wieloma innymi zaginęła i jest jaki jest. Wybory, były, minęły, a co przyniesie przyszłość… Grunt to nie być fanatykiem, chyba że czekolady 😀 Osobiście uważam, iż dla rozwiązania większości problemów na świecie nie potrzeba partii politycznych, lecz zdrowego rozsądku i logiki. Pozwala mi to na stawianie tych samych wymagań, posiadania tych samych oczekiwań od każdego „zwycięskiego” ugrupowania po każdych wyborach. Mamy taki a nie inny ustrój, ani silniejszy prezydent, ani parlament, taką a nie inną ordynację wyborczą i społeczeństwo co ma to wszystko… Uczestniczenie w wyborach to nasz obywatelski obowiązek. To, że nie ma na kogo specjalnie głosować, to inna już sprawa, a zawsze można oddać głos nieważny lub wybrać tzw. mniejsze zło, ale trzeba pokazać, że sprawa własnego kraju jest nam bliska.

Wybory to uczta mediów…

Reklamy

Mr. Spock

Posted on

Stare czasy, które wydają się tak bardzo odległe. Bohaterowie z minionych dni. Aktor Leonard Nimoy jako Mr. Spock w serialu i filmach pełnometrażowych „Star Trek” tworzył dla mnie charakterologicznie jedną z najciekawszych postaci. Był dla mnie onegdaj pozytywnym bohaterem, z tą swoją nieodzowną logiką. Być może odegrał tym swoją role w moim życiu.

Logika i zdrowy rozsądek są dla mnie niesłychanie istotne. Może za bardzo, może tylko czasem, a może… Nie ma to tu i teraz znaczenia.

To znak czasu. Kolejna śmierć kogoś, kto jako nie on był dla mnie ciekawy i ważny, kiedyś tam. Czas, upływa nieubłaganie, czasem się wlecze niemiłosiernie, czasem wydaje się pędzić…

Droga Krzyżowa subiektywnie, stacja I

Posted on

Od kilku lat gdzieś tam we mnie tliła się potrzeba by jakoś siebie określić w Wielkim Poście, by odnieść się sam w sobie do Drogi Krzyżowej. Mam tak, że jak już coś spisuję to i przy tym mam te najgłębsze przemyślenia. Lubię pisać, bo potem można do tego wrócić. Osoby, które mnie znają wiedzą, że jestem osobą wierzącą, a w nomenklaturze pewnej „praktykującą”. Wiara jest dla mnie czymś bardzo osobistym, a przez to że mnie określa staje się publiczna. Gdybym był chorągiewką to nie powiewam raz w tę, raz w tamtą bo akurat jestem w domu, czy w pracy. Jestem jaki jestem w każdej chwili i miejscu. Bardzo lubię modlitwą rozmawiać, w ciszy i spokoju. Lubię, bardzo rozmawiać o duchowym rozwoju, a każdy z nas ma w tym swoją własną drogę. Są tacy, którzy w wierze przeżywają zupełnie inaczej niż ja, mając inny punkt widzenia wnoszą choćby stary temat w świeżym spojrzeniu. Są tacy, którzy nie wierzą, a to ich wybór, co nie oznacza, że rozmowa przy herbacie może być niemiła. Szacunek dla innych jest dla mnie istotny, to fundament w relacjach społecznych.

Postanowiłem w tym roku zrealizować tę ideę która tliła się we mnie i odniosę się do tego co czuję, jak myślę, jakie mam wnioski po rozważaniach każdej ze stacji Drogi Krzyżowej. Przeważnie bardziej, lub mniej odnajduję się przy rozważaniach, kiedy uczestniczę. Lubię Drogę Krzyżową, bo to jakby wypunktowanie, możliwość zwrócenia uwagi na coś co umyka mi w życiu codziennym. Dlaczego „subiektywnie”, bo to moje przemyślenia i wnioski. Oczywiście na potrzeby blogu miejscami uogólnione. Internet to wspaniałe miejsce dzielenia się wiedzą, spostrzeżeniami, przeżyciami i uczuciami, ale każdy ma swoją prywatność, która jest tylko jego i nikogo innego.

Sięgnąłem do kilku źródeł w internecie. W końcu większość co przeszukuje internet, wyszukując rozważań o Drodze Krzyżowej i tak by tam zawędrowała, no może nie zawsze ale jednak…. Nie śmiem nawet podchodzić tu do rozważań teologicznych. Podkreślenie tej subiektywności ma świadczyć, że to moje przemyślenia, być może tu i ówdzie właściwe, a tu i tam nie.

W tej chwili w myślach pojawiło się pytanie, dlaczego ja tak lubię Drogę Krzyżową? Może dlatego, że za nim wszedłem ponownie na ścieżki wiary było kilka wydarzeń, które mnie niejako doświadczyły wiarą. Jednym z nich było doświadczenie niemal fizyczne, w czasie pracy, niejako z zaskoczenia. Bardzo wyraźnie poczułem na ramieniu własny krzyż, który dźwigam w swoim własnym życiu. To było niesamowite w przeżyciu. Ja, inżynier, technokrata, technolog, naukowiec czułem wyraźnie ucisk krzyża na ramieniu. To tylko słowa, ale było to jedno z głębszych doświadczeń w wierze jakich doznałem.

Stacja I Drogi Krzyżowej
Stacja I

Chrystus został skazany w ujęciu boskim dosłownie za nic, absolutnie bezpodstawnie. Został pomówiony, wyśmiany, a jego nauczanie umniejszone. Celowo i z premedytacją zniszczono w ludzkim wymiarze Jego godność. Niesłuszne oskarżenia, wyszydzanie, negatywne budowanie czyjegoś wizerunku, spotykamy się z tym codziennie, może nie osobiście, ale jednak każdego dnia obserwujemy takie działania. Dziś wystarczy w eter rzucić plotkę by ktoś padł jej ofiarą i to niemal bez szans na obronę swojego imienia. Kuriozalność sytuacji polega na tym, że oskarżyciel pozostaje w cieniu, nie ponosi odpowiedzialności za wyrządzone krzywdy, a właśnie to on powinien musieć udowodnić moc oskarżenia.

Powinniśmy być świadomi jak łatwo można manipulować innymi. Jak łatwo my niejednokrotnie ulegamy temu co nam się przekazuje. Prawda, czym jest, jaka jest jej definicja? Elementarne prześledzenie rozważań na ten temat samo w sobie stanowi intelektualną podróż i nie lada gratkę. Od jakiegoś czasu staram się podchodzić do większości informacji z automatycznym dystansem, przyjąć coś do wiadomości, ale kwestie wiarygodności informacji są już jakby inną kwestią. Szczególnie niebezpieczne w przekazie medialnym są, jak to określam, słowa komentarza, uzupełnień, gdybania. Pożar mostu Łazienkowskiego – pierwotnie podawano, że pali się jego konstrukcja, a w rzeczywistości nie tyle co konstrukcja samego mostu, a pomostu technicznego. To przecież zasadnicza różnica.

Ile razy sami dokonywaliśmy osądu kogoś, czasem po samym wyglądzie, a potem nasze sądy okazywały się jakże nieprawdziwe. Ważną dla mnie szkołą w tym zakresie była praca w Komisji Stopni Instruktorskich w moim macierzystym hufcu harcerskim. Niejednokrotnie stałem, nie tylko ja, cała komisja, przed typowym zadaniem zamknięcia próby instruktorskiej, dopuszczenia nowej osoby do instruktorskiego grona wychowawców. Z rzadka kiedy można było wykorzystać osobiste doświadczenie ze wspólnej z kandydatem pracy harcerskiej. Podstawą była próba, sprawozdanie, opinie innych instruktorów, rozmowy z kandydatem. Trudno tu mówić o wystarczających zasobach wiedzy, a jednak decyzję należało podjąć. To były niejednokrotnie trudne wyzwania. Współuczestniczyłem w osądzeniu, czy dany kandydat zrealizował swoją próbę pozytywnie i czy będzie dopuszczony do złożenia Zobowiązania Instruktorskiego. Pracując jako akademik cieszyłem się, iż nie kojarzę imion i nazwisk studentów z ich obliczem. Wiadomo, czasami ktoś podpadł. Dzięki temu kiedy sprawdzałem wyniki egzaminu, kolokwium, czy projekty sprawdzałem je, a nie przede wszystkim osobę, która je zrealizowała.

Piłat sądząc i skazując Chrystusa postępował według swojej mądrości, pod naciskiem Arcykapłanów i podburzonego tłumu. Nie jest w stanie wykroczyć poza ograniczający go krąg, ani obaw i lęków, ani napierających na niego Arcykapłanów. W opozycji do prawiących mowy Piłata, Arcykapłanów mamy wymowną ciszę ze strony Chrystusa. Ilekroć my ulegamy, dajemy się zwieść podszeptom, własnym lękom, byle tylko nie stanąć na pierwszej linii, nie przeciwstawić się, nie stanąć za kimś murem, byle nie znaleźć się w centrum uwagi. Nie musimy dokonywać bohaterskich czynów, lecz jednak gdzie w nas znajduje się ta granica, po przekroczeniu której przestajemy być sobą, czyny nie wynikają z postaw. To bardzo niebezpieczna sytuacja, gdyż w rzeczywistości to nie nasze postawy określają nasze zachowania, lecz właśnie zachowania syntezują postawy. Zarówno postępowanie Piłata,  a przede wszystkim Chrystusa uzmysławia mi, że jakże niejednokrotnie człowiek bywa ograniczony w mądrości, nie mogąc wyrwać się ze schematów postępowania. Milczenie Chrystusa świadczy mi, iż czasem trzeba milczeć. Ja milczę kiedy zdaję sobie sprawę, że chyba „nic nie wiem” w danej sytuacji. Można wyrazić potoki pustych słów, ale nie będą one miały żadnej mądrości. Wówczas cisza wręcz o niej świadczy, o tym że człowiek wie gdzie jest jego miejsce w tym co się wokół dzieje. Chrystus bez wątpienia jako człowiek i Bóg wiedział, a jego mądrość bezapelacyjnie przerastała tych co go osądzili.

Współpasażerowie

Posted on

Komunikacja publiczna zbliża ludzi, choć przeważnie trzymamy się silnie tego, iż wokół siebie roztaczamy swoją strefę wpływów, choćby milimetrową ale jednak, a wtargnięcie do której traktujemy niemal jak wypowiedzenie wojny. Niedawno miałem okazję, bo przyjemnością bym tego nie nazwał. Wykończony siedzeniem nad pewnym projektem po nocy z lubością dorwałem miejsce i niemal natychmiast zapadłem w drzemkę. Jadę prawie z jednego krańca na drugi metrem. Względnie ustawiam się w miejscu takim by nie stać przy drzwiach. Mniejsza jakby z tym.

Rano w pobliżu mnie zadekowało się 2 mężczyzn, którzy na oko 18 lat mieli już istotnie za sobą, ale byli młodsi raczej ode mnie. Jeden z nich z oddali wyglądał na fana rapu albo techno, nie rozróżniam perfekcyjnie, więc mogłem się pomylić. To jednak był rap, gdyż cały wagon słuchał puszczanych kawałków. Były one tłem dla nieco donośnego głosu delikwenta, który opowiadał drugiemu swoje podboje nad innym przedstawicielami ludzi. Włączał w to bogatą mimikę, choreografię pomimo porannego szczytu w metrze. Prezentowane zasób słów, jak łatwo się domyślić niezwykle ubogi dopełniał całości. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem czy zainterweniować, czy jednak warto się narażać dla innych. Czy w ogóle można wygenerować jakikolwiek przekaz zrozumiały dla adresata wypowiedzi? Jasne, że warto ale Ci inni w większości zastosowali odcięcie się podłączając się do własnego świata muzyki przez słuchawki ze smartfonów. Odpuściłem sobie i tak popadając w przerywaną drzemkę dałem radę do końca przebywania we wspólnej przestrzeni. Wysiedli stację przed moją.

Zaszyłem się w pokoju, zweryfikowałem nieco przygotowanie do wykładu i pomny swojego stanu postanowiłem się zdrzemnąć. Niestety dzielna ekipa hydrauliczno-budowlana podjęła o 7:30 wyzwanie kucia otworu poprzez ścianę w szachcie do jednej łazienek. Tak zmotywowany ruszyłem do pracowni by coś zrobić jeszcze przed wykładem.

Tego samego dnia wieczorny powrót do domu również okazał się szansą do obcowania, tym razem, z 4 indywiduami. W odróżnieniu od porannych Ci wieczorni, każdy z osobna, prezentował się wstępnie jako „gość z którym można spróbować ustalić fakty bez sięgania po noże”. Tym razem głośność całej czwórki była większa, zasób słów nieco większy, ba a nawet były próby udawania mówienia po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Wręcz poligloci. Właśnie w przypadku tej grupy dało się zauważyć jakże ciekawą kwestię. Odniosłem wrażenie, że każdy z osobna był w porządku, sprawiał wrażenie osoby odpowiedzialnej, kulturalnej. Jednak to co zaprezentowali w wagonie wulgaryzmy, picie alkoholu, poziom rozmowy, stosunek do klobiet – jednym słowem „żenua”, dramat kulturowy. Nietrudno było się zorientować, że chłopaki jadą po towar do wciągania. Znaczy postanowili osiągnąć wyższy stopień mentackiego stanu świadomości. Jednak w porównaniu do nich mentaci odgrywali znaczącą rolę. Ponieważ stan co poniektórych wskazywał już na poluzowanie hamulca ręcznego własnego sumienia i tym razem postanowiłem nic nie robić. Może powinienem, ale czy jakby chłopcy postanowili inaczej porozmawiać czy mógłbym oczekiwać wspracia od innych współpasażerów? To pytanie retoryczne. Tym razem ja wyszedłem wcześniej od tej ekipy.

Kolejny dzień, rano, mój stan świadomości zbliżony do tego sprzed doby, a nawet pogłębiony, powolne reakcje myślowe, ale wykład względnie w głowie ułożony. Wsiadam do wagonu metra i ustalam swoja pozycję przy końcu wagonu, tak by nikomu nie wadzić, bo przecież wychodzę za wiele stacji. W pewnym momencie Pani siedząca za moimi plecami rozpoczęła konwersację przez komórkę. Skończyła stację przede mną. Ja staram się nie rozmawiać przez telefon zbyt długo, jakoś ani chcę by inni słuchali co u mnie lub tak u kogoś, ani chcę przeszkadzać komuś. Głos Pani był, przy najmniej, dla mnie idealnie wpadający mi w uszy, lekko irytujący i naprawdę co mnie obchodzi półtoragodzinne męczenie się nad w czym wyjść, a i sam dialog przypominał mi pewien skecz kabaretowy. Moje wymowne spojrzenie na Panią nie odniosło żadnego efektu. Znów dałem radę.

Trochę mam za złe samemu sobie, że choćby nie zwróciłem spokojnie uwagi. Może doświadczenie sprzed kilku tygodni kiedy najpierw spokojnie zwróciłem uwagę trójce młodych ludzi, w tym jednemu chłopakowi, że siedzą niemalże rozwaleni na siedziskach w autobusie, a Pani z zakupami musi stać. Dziewczyny stwierdziły, że nie słyszą, być może w ogóle nie kumają po polsku. Chłopak wygenerował opór. Sama Pani, którą znam i wiedziałem, że jedzie dalej, tam gdzie ja, będzie tak stała jakieś 15-20 minut. Chłopak próbował być szarmancki i ustąpić miejsca kolejnemu dziatkowi, znaczy przesunąć się na miejscu typu 1,5 siedziska by ktoś usiadł, samemu jednocześnie zajmując 3/4 siedziska. Taki mały gbur, cham, tak wychowany, że ma prawo. Generalnie siedział aż wysiadł ale nie generował w paśmie słyszalnym komunikatów werbalnych pod moim adresem. W każdym bądź razie zirytowała mnie sama Pani, która powiedziała, że nie musi siedzieć, więc niejako w sposób najgorszy wsparła moje działanie. gdyby choć zaznaczyła, że choć postoi to jednak ja mam rację. Tak to jest…

Interstellar – czy warto?

Posted on

interstellar

Zanim poszedłem przeczytałem recenzję na jaką natrafiłem w internecie, napisaną przez Małgorzatę Steciak. Autorka wyraziła swoje zdanie, że Nolan nie osiągnął swojego właściwego kunsztu tym filmem, że nie dorasta ten film do jego poprzednich, jak choćby „Incepcji”. Spodobała mnie się ta recenzja. Nie było w niej pretensjonalności, może nieco na początku. Ciekawy tekst i dobrze mnie się go czytało. Zadałem sobie pytanie, czy ma rację? By jednak na to sobie samemu odpowiedzieć, sam musiałem film obejrzeć i tak też dzisiaj zrobiłem. Niejako oprócz niego dziś też obejrzałem „Fury”, ale właśnie „Interstellar” odcisnął mocniej swoje piętno na moich uczuciach.

Nie chodzę na film by go obejrzeć, lecz by go przeżyć, odczuć, poczuć. Czasami film nie daje mi tych szans, a czasami zaskakuje. Ja mimo wszystko dostrzegłem Nolana w tym filmie, to coś co wskazuje na niego. Faktycznie pierwsza połowa, tu w pełni zgodzę się z autorką, jest lepsza, lecz co to oznacza? Dla mnie tyle, że inaczej ją przeżywałem, niż kolejną połowę. Była bliższa mnie, nam, działa się tu na ziemi, właśnie po raz pierwszy, dla mnie tak udanie, oddająca umierający nasz świat, ginący, lecz nie zniszczony dokumentnie jeszcze. Ludzie pomimo tego co dzieje się wokół nich, nadal żyją. Większość to farmerzy, nawet byli inżynierowie, kosmonauci, piloci. Deszcz jest czymś mitycznym, prawie nikt się nie doskonali w niczym poza zwykłym przeżyciem, zwykłym, przeciętnym graniem w bejsbol. Nawet loty na Księżyć przedstawiono jako propagandowy miraż minionego wieku. Ludzi ograniczyli się do przeżycia w świecie, który umierał. Ziemia jak natura, w której przyszło ludzkości żyć bezpowrotnie umierała. Nie było szans. W takich warunkach podróże kosmiczne wydawały się całkowitą stratą czasu i funduszy. Dziś jakże dla nas naturalne, przy najmniej dla mojego pokolenia, dążenie ku gwiazdom, odkryciom, eksplorowanie w świecie Nolana zostaje zredukowane do codzienności bez marzeń o odkryciach. Dlatego, że to coś z czym mogę się ja niejako szybciej mentalnie skojarzyć bardziej trafia do mnie, do umysłu, do uczuć.

Czy jednak druga część filmu jest beznadziejna? Czy sięganie po wzorce z innych filmów jest w tym przypadku złe? Czy sztampowe wzorce scenariuszowe są tu także złe? Czy bohaterowie grają według kiepskiego scenariusza? Dialogi to „suchary” pełne banałów? Prawda, którą zawsze trudno dostrzec zapewne jest gdzieś w czasoprzestrzeni, poza horyzontem zdarzeń, poza zdolnościami nas by móc ją dostrzec, wyraźnie i w całości. Naukowcy, czołowe umysły swoich czasów i nauk, wyjaśniający sobie oczywistości nie są czymś niezwykłym. Nasze umysły żyją stereotypami, a nawet nasz wzrok nie widzi wszystkiego wokół nas, a mózg musi dobudować resztę wizji. Sam jestem naukowcem, a dziś każdy naukowiec siedzi w wąskim kanionie swojego obszaru. Czasem oczywistości przesłaniają inne kwestie, a czasem trzeba porozmawiać o tych oczywistościach. Takie rozmowy nie są dla mnie czymś dziwnym. Dzięki temu widz, który nie ma nawet zbliżonej wiedzy do możliwości pojęcia kwestii naukowych może poznać zagadnienie, by nie rozpraszał się na szczególe, lecz mógł obejrzeć film.

Czy „międzygalaktyczna siła miłości” może istnieć? Powoli zmierzam ku temu czym ten film dla jest. Na pierwszy rzut oka można nawet zgodzić się, że to … ale czy na pewno? W tym filmie nie Boga, Bogów, jest człowiek, a bohaterowie nie odbywają podróży do innych światów bo coś naukowcy odkryli, lecz dlatego, że Oni, byty wielowymiarowe, na to pozwoliły, umożliwiły. Może to właśnie one zastąpiły Boga? To jednak z punktu widzenia tego do czego zmierzam nie jest kluczowe w tym filmie. Można przystać na to, iż w filmie są uproszczenia, a czasem rozwiązania sytuacji i problemów dzieją się jakby tak od pstryknięcia palcami, ale czy właśnie to nie jest najlepszym wyborem? To każdy widz niech oceni sam w sobie. Któż z nas nie podejmuje decyzji podłóg własnych uczuć, nie ulega im, nie kocha, nienawidzi? Zdolność podejmowania decyzji obiektywnie, bez własnych uczuć nie istnieje, jest nieprawdziwe. Każda decyzja to suma uczuć, podświadomości, która odgrywa w naszych życiu znacznie większą rolę, niż nam się powszechnie wydaje. Obiektywizm to ideał, do którego co prawda możemy dążyć, ale tylko próbować. Nawet robot, czy komputer nie są w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Programy tworzą ludzie, używając matematyki, a więc założeń, uproszczeń. Współczesne nam sztuczne inteligencje zaczynały swoją naukę pod kierunkiem człowieka, a gdyby istniała czysta sztuczna inteligencja, nie byłaby najprawdopodobniej w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Czy tego chcemy czy nie, jako ludzie przede wszystkim podejmujemy decyzje na podstawie intuicji i podświadomości, a wiedza i mądrość mają swój udział, ale tylko udział. Może najbardziej ckliwe to to jak główny bohater powraca po ponad 100 latach dzięki Nim. Film tu pozostawia niedopowiedzenie, pokazuje zdolność dążenia człowieka do dalszego odkrywania, szukania tych osób, które są jemu bliskie.

Dla mnie to film o rodzinie, miłości w rodzinie, miłości do dzieci, miłości do rodzica, więzach między ludźmi, empatii, podejmowaniu odpowiedzialności za swoich bliskich jak i całą ludzkość, ale przede wszystkim w warstwie emocjonalnej. Niby bohaterowie ratują ludzkość, starają się, ale tak naprawdę podróżują wraz z własnymi miłościami, uczuciami lub ku nim, mniej lub bardziej świadomie. Cała otoczka świata Nolana, apokaliptycznego w pierwszej części i sf w drugiej to tylko nośnik dla rdzenia, dla więzów międzyludzkich. Tym ten film okazał się dla mnie. Pewnie będę wracał do niego wielokrotnie. To co okazało się dla mnie osobiście ważne to muzyka, która dla mnie jest jakże ważna, a w połączeniu z obrazem czyni cuda, lub może zniszczyć wszystko. Tu ewidentnie była na właściwym miejscu. Można w tym filmie z łatwością odkryć fragmenty „Odysei” Kubrick’a ale to wersja Nolana, bez zniekształceń, jakże dobrze dobrana w tym filmie.

Oczywiście McConaughey swoją rolą nadaje wartość temu filmowi, a niemal epizodyczna rola Matt’a Damon’a jest najgorsza, ale dla mnie też nie do końca. Jednak ten film jest dla mnie filmem dobrym, gdyż zaoferował odbiorcy coś co dziś spychane jest w niebyt, rodzinę, miłość, rodzicielstwo, nadzieję, zakończenie, które nie jest może super wygraną, ale nie jest przegraną, że warto, że trzeba… Może tylko ja tak go odebrałem, może dlatego, że jestem naukowcem, że jestem ojcem, mężem, może dlatego, że… to już tylko dla tych co mnie znają 😉 Może dlatego, że podświadomie potrzebowałem właśnie takiego filmu i nie dostrzegam ewidentnego kiczu? Może i wszystko gładko płynie, akcje czasem szybciej, czasem wolniej, a rozwiązania się znajdują. Efekt happy end’u? By on zaistniał fabuła musi do niego doprowadzić, a tym samym wpływa na film.

Życzę miłego seansu.

Jack Strong

Posted on

JS black BLACK

Byliśmy całą rodziną i nie żałujemy. Dobre kino, dobra gra aktorów. Pomimo oczywistości w niemożliwości absolutnego odtworzenia tamtych czasów w scenografii i tak udało się nieźle. Nie znałem i nie znam de facto do tej pory szczegółowo historii płk. Ryszarda Kuklińskiego. Czy film w pełnej zgodzie odtwarza wydarzenia, rozmowy tego nie wiemy. Jednak ma dla mnie wartość historyczną i dlatego zależało mi na tym by obejrzał go mój syn, który przecież nie miał szans nawet dotknąć tamtych czasów. Ja wówczas byłem dzieckiem i nie rozumiałem wiele z otaczającego mnie świata.

Bardzo w filmie spodobało mnie się to iż obsada jest międzynarodowa i kiedy trzeba mówią po rosyjsku i angielsku. Dla mnie to oznaka dbałości o realia i świadczy o poświęceniu na ten cel nie mało energii. Może tylko Breżniew wyszedł najmniej „zgodnie” ale w końcu miał tylko rolę epizodyczną. Generał Jaruzelski w sumie podobny, ale też przecież nie najważniejszy w całym filmie.  Również lokacje w USA, czy Niemczech też odebrałem jako dbałość o jak najwierniejsze odtworzenie tamtych czasów. Można się oczywiście czegoś czepnąć, choćby tego jakiego radiotelefonu użył Gendara nakazując zatrzymanie samochodu. Jeżeli dobrze zauważyłem było to CB Alan 28 ale nie dam sobie za to uciąć ręki.

Fabuła i akcja filmu dobrze budują napięcie, można spokojnie utożsamiać się z głównym bohaterem, starać się wyczuć jego emocje, jego swoistą samotność. Uważam, że Marcin Dorociński stworzył dobrą kreację. Maja Ostaszewska dobrze zagrała żonę pułkownika, a każda rola w tym filmie, choćby drugoplanowa była istotna, żadna nie mogła być zagrana nie tak. Trudno mi powiedzieć, że ktokolwiek źle zagrał w tym filmie. Co ważne dla mnie, to że film udało się nakręcić bez nachalnej ilości „k..w” co jest dla mnie istotne.

Obejrzałem film od deski do deski, przeżyłem go, a nie tylko zobaczyłem. Wart był poświęconego mu czasu. Polecam.

 

Bez telewizora

Posted on Updated on

Czy można żyć bez telewizora? Pytanie stereotypowo ma jedną odpowiedź, a mianowicie, że się nie da. W rzeczywistości zależy to od stanu psyche zainteresowanego. W grudniu 2012 roku nasz stary telewizor osiągnął stan braku chęci współpracy z właścicielami. Posunął się nawet do tego, że nie dało się oglądać nawet filmów DVD. W konsekwencji ponad rok żyłem, moja rodzina także, w abstynencji od telewizora co… w zadziwiający sposób poprawiło relacje domowe, a ile to człowiek nagle miał czasu na inne do tej pory zapominane lub spychane w otchłań niebytu działania.

Po kilku miesiącach minął syndrom odstawienia 🙂 i życie płynęło sobie w lepszym stylu dalej. Kiedy od czasu do czasu miałem okazję załapać się na szklany ekran u rodziny, czy znajomych narastało we mnie ogromne przekonanie o cudownym wymiarze faktu nie posiadania telewizora. Poziom jakościowy, merytoryczny chyba zdecydowanie spadł. Jak raz obejrzałem jedną z cyklicznych produkcji informacyjnych to nie wiedziałem, czy to już dno, czy można to schrzanić jeszcze bardziej. Widocznie większościowa grupa oglądających wymaga takiego obniżenia lotów jakościowych. Nie wspomnę o obrzydzeniu innymi produkcjami rozrywkowymi, które zobaczyły moje oczy, a mózg starał się poradzić z tym emocjonalnie. Nie żałuję, że nie mam telewizji, tak teraz już tylko telewizji, bo telewizor dostaliśmy. Dzięki czemu możemy zanurzyć się doznaniach filmów z DVD, bez bloków reklamowych, tych, których chcemy, a nie tytułów, które się serwuje w powszechnie dostępnych kanałach.

Oczywiście nie każdy program, nie każdy kanał, nie każda stacja to dno, lecz trudno mi jednak dojrzeć trend zwyżkowy w ogólnie pojmowanej jakości produkcji emitowanych w telewizji. Trudno mi także odnaleźć jakieś ciekawe pozycje w kinie. Czasem mam wrażenie, że film z akcją pędzi szybciej niż mój mózg jest w stanie to ogarnąć. Fakt procesor nie najnowszy 😉 ale software’owo upgrade’owany stale do nowszych wersji. Jednak wspomaganie sprzętowe jest z zeszłego wieku. Może to znak czasu, może jednak wolę czasem posłuchać nieco bardziej rozbudowanych dialogów z sensem. Może to moja fanaberia.

Wracając jednak do telewizora… ten, który posiadamy rodzinnie nie posiada MPEG4, a więc nie odbiera platformy 😀 i całe szczęście. Dekoder kosztuje niewiele, ale i tak nie jest wpisywany na żadną listę potencjalnych zakupów. Życie bez telewizji jest dla mnie osobiście lepsze. Niby coś tracę ale zyskuję czas dla najbliższych, na lekturę, na muzykę. Tak jest lepiej, a jak chcę obejrzeć film, to mam własną kolekcję i swoje ulubione tytuły. Czasem coś się dokupi.