jesień

Helsinki – Twierdza Suomenlinna

Posted on Updated on

Czasami chciałbym by ten czas tak nie pędził. Piszę te słowa, a w zasadzie wystukuję na klawiaturze mojego laptopa kilka dni po powrocie z Helsinek. Chciałbym by ten czas tak nie biegł, trochę zwolnił i dał szansę na lepsze jego przeżycie niż w świadomości ogólnego pędu bez szans na głębsze przemyślenia.

Prawda jednak jest taka, iż my sami może spowodować by ten czas tak nie biegł. Nie zatrzymamy go i nie o to chodzi. Może to nawet nie o ten czas chodzi, tylko o to byśmy my sami go nie tracili, nie dawali mu się marnować.

Przy czym udanego leżenia w hamaku z dobrą książką i szumem wiatru w koronach nade mną nie uznaję za czas stracony.

Helsinki dały mi możliwość do pewnego plastycznego kształtowania czasu jaki miałem do dyspozycji. Co prawda rozkręcałem się w tym artystycznym podejściu do czasu już pod koniec pobytu to i tak warto było. W zasadzie osiągnąłem co planowałem, choć jeszcze bym tam został… Ja zawsze w nowym miejscu jestem jak kot z tymczasu w nowym domku 😉 powoli i ostrożnie, a czas płynie.

Twierdza Suomenlinna broni dostępu do Helsinek. Jej architektura, specyficzny klimat miejsca, nie tylko związany z ciśnieniem, wilgotnością i temperaturą oraz dostępność do przeszłości (znów ten czas) stanowi ciekawy miks możliwości spędzania tam czasu.

7. lat temu kąpaliśmy się tam rodzinnie na kąpielisku. Nadal można zwiedzać łódź podwodną wybudowaną pierwotnie (oddaną do użytku w 1933 r.) dla Kriegsmarine i następnie odkupionej od Niemiec przez Finów w 1936 roku. Chcę się powiedzieć U-boot ale nie wiem na ile to wyłącznie konstrukcyjna myśl Finów, może projekt wspólny lub też dostarczony przez Niemców. Jest i można ją zobaczyć, przejść przez cały okręt. Jak dla mnie ekstremalnie mały, a ja lubię ciasne pomieszczenia, ale bez przesady.

Za każdym razem byłem twierdzą Suomenlinną niezmiennie zauroczony. Może to kwestia tych kamieni, z których została zbudowana. Myślę, że wszystkiego po trochu 🙂 Głównym środkiem komunikacji na twierdzę jest prom (bilet w ramach miejskiego systemu komunikacji). O czym wcześniej nie wiedziałem na wyspę prowadzi tunel pod dnem morza. Przeznaczony jest dla karetek, poczty i pojazdów armii fińskiej. Na wyspie można zamieszkać, lecz nie jest to łatwe. Stowarzyszenie (może fundacja) przede wszystkim promują artystów i szkutników, ludzi wolnych zawodów. Niewątpliwym mankamentem, z jednej strony, jest to, że prawie wszystko co zostało na wyspie wybudowane podlega ochronie konserwatora zabytków. Oznacza to utrudnienia w remontach. Z drugiej strony jest to logiczne i zrozumiałe.

Submarine Vesikko – łódź podwodna typu CV-707 wybudowana przez Finów dla niemieckiej marynarki wojennej w 1933 i odkupiona w 1936 r. Załoga liczyła 20 osób. Gdzie oni się tam mieścili nawet uwzględniając, że jedna wachta śpi, a druga jest na służbie.

Mam swoje ulubione miejsca na wyspie z twierdzą, a czas, w którym tam tym razem byłem to czas kiedy mniej jest turystów i mogłem doznać spokoju, mile spędzonego czasu. Naprawdę było warto 🙂

Ze swojego pobytu w Helsinkach powstały dwa vlogi na moim kanale YouTube i zapraszam również do obejrzenia 🙂

 

Reklamy

Helsinki i babie lato

Posted on Updated on

Przyjechałem tu by wypocząć i nabrać sił, by zregenerować nadwyrężone własne ciało i umysł, może nawet by dać nieco wyleżeć się duszy, by nie myślała ciągle, by nie martwiła się ciągle, by nabrała dystansu, bym nabrał nieco dystansu. Zadałem sobie pytanie, czy robię to dla siebie?

Nie tylko. To pierwszy od lat czas niemal tylko dla mnie ale robię to także po to by nabrać choć trochę sił by móc wspierać najbliższych. To czas spędzany w Helsinkach i w ich pobliżu. Dziękuję mojej stryjecznej siostrze Eli za ugoszczenie i czas mi poświęcony 🙂 .

Przez pierwsze dni z tego krótkiego jednak pobytu miałem okazję powędrować po parku (Central Park) w Helsinkach i Luukki Recreation Area. Poniżej zamieszczone zdjęcia wykonałem w obu tych miejscach. Podobnie jak w Polsce jest wysyp grzybów, których niemal nikt nie zbiera :-\

Przylatując do Helsinek niezamierzenie choć szczęśliwie przywiozłem ze sobą pogodę 😉 i jak na tę porę roku tu jest ciepło, a słonecznie tak jak nie było przez wakacje. Jednocześnie słoneczne światło jest bardzo ostre i wykonanie niezłego zdjęcia wymaga trochę pokombinowania. Nie przykładam się specjalnie, a w Luukkaa Recreation Area wszystkie zdjęcia i filmy nakręciłem SONY EXPERIA X ze względu na fakt, iż aparat postanowił ze mną nie jechać. Przecież nie napiszę, że go jakoś tak nie zabrałem ze sobą ;-).

Przede wszystkim jednak odczucia wizualne ewidentnie są tylko częściowo zaklęte w wykonanych przeze mnie zdjęciach. Naprawdę uwielbiam Finlandię, która kojarzona z zimnem, polarnymi nocami mimo wszystko posiada niesamowitą bogatość roślin, szczególnie w dolnym piętrze i ściółce.

Liczne porosty świadczą o czystości środowiska naturalnego.

Cechą Finów jest aktywność w różnego rodzaju sportach zarówno wyczynowo, półwyczynowo lub po prostu dla samej rekreacji . Podczas wędrówek minąłem wiele osób starszych ode mnie rześko i z zaangażowaniem wędrujących z kijkami. Wiele osób biega, trenuje biegówki na specjalnych rolkach albo jeździ na rowerze. Często organizowane są biegi na orientacje. W miejscowości po Helsinkami liczba naprawdę porządnych hal z lodowiskami w zestawieniu z Polską…

To co bardzo zwróciło moją uwagę to gdy wędrowaliśmy w Luukkaa Recreation Area mijaliśmy wiele Rodzin z dziećmi, a wiele z nich to minimum troje pociech. Naprawdę było radośnie.

Infrastruktura jest wręcz wspaniale zorganizowana i utrzymana (ścieżki, chaty z paleniskami, grillami, toalety, pomosty, ścieżki). Tu trzeba jednak podkreślić, iż nie jest niszczona, a czystości można pozazdrościć.

Wszystko razem powoduje, że wędruje, czy po prostu delektuje się widokami, odgłosami naprawdę wyjątkowo dobrze. Dokonałem dobrego wyboru by właśnie tu przyjechać i odpocząć.

W każdym z tych dwóch miejsc, parku w samych Helsinkach i w Luukki są wydzielone, choć nie ogrodzone, obszary lasu, który jest pozostawiony sam sobie. Jedyna ingerencja człowieka polega na ewentualnym uprzątnięciu fragmentu drzewa ze ścieżki.

 

Jesień, TIR, podróż, inne

Posted on Updated on

Czasem czuję się bezradny, choć niby wiem co może trzeba czynić, ale jednak niepewność działań, rozmów jest na tyle wielka, że paraliż wydaje się być całkiem niezłym określeniem. Dzisiaj niecodzienna okazja bym mógł doznać nieco spokoju i ciszy podmiejskiego naszego miejsca. Po podwiezieniu syna do gimnazjum wyruszyłem dalej, na wschód do naszego miejsca. Poranny szczyt nie sprzyja przejazdowi przez całe miasto. Awaria jednego TIRa niemalże blokuje skutecznie trójpasmową trasę i to nie kilka kilometrów przed owym nieszczęśnikiem. Po pokonaniu tej przeszkody już bez większych przeszkód dojechałem na miejsce. Pomijam …, który kiedy ja już stałem na czerwonym przed przejściem dla pieszych mnie wyprzedził. Udało się trąbnąć na pieszych bo a nóż byłąby tragedia.

W trakcie jazdy udało mnie się posłuchać rozmowy w radiu WNET (106,2 FM), w której młody człowiek, student albo już absolwent SGH opowiadał nieco o ekonomii, tym, że na uczelnie profesorowie nie mają specjalnego wyboru i muszą uczyć to co ustali ministerstwo, a o samym sobie opowiedział, że jest mówcą i zajmuje się osobistym rozwojem, szczególnie licealistów (może i gimnazjalistów). A co takiego powiedział? Po pierwsze jak co w przypadku kiedy ktoś siebie określa jako mówcę ma już znaczenie. Bardzo często używał słowa „EEEEE”, które brzmiało bardzo wyraźnie, a ja nadal nie wiem co oznacza. Wtrącał słowa i określenia z języka angielskiego. Jaki z tego wniosek – mówcą przy najmniej dla mnie nie jest. Sztuka retoryki jest dla tego Pana nadal w obszarze poznawania. Umiejętność używania jezyka polskiego również. Niestety w obliczu, jak się mnie wydało, przekonania o własnych predyspozycjach, tego typu spostrzeżenia mogą nie być w ogóle przyjęte przez owego Pana. Mogę się także mylić, a nawet bym w tym przypadku chciał.

Dowiedziałem się od tego Pana, że w zasadzie nie trzeba mieć dobrych ocen w podstawówce by pójść do dobrego gimnazjum, dobrych ocen w gimnazjum by… itd., że można wybrać inne ścieżki rozwoju. No cóż, gdybym mógł polemizować to bym powiedział, że w aktualnym systemie edukacyjnym w Polsce trzeba mieć dobre oceny by móc mieć możliwość wyboru! Inna kwestia czy dobrze się wybierze, czy samą kwestię wyboru potraktuje się należycie. Niestety Pan nie zaznaczył kwestii zasadniczej, wręcz kolosalnie istotnej, iż przyszłość każdy z nas może zbudować przede wszystkim na umiejętnościach popartych wiedzą, nie zaś na samej wiedzy. Tego zabrakło.

Zupełną nieprawdą jest, iż Profesorowie na uczelniach muszą stricte nauczać tego co „wymusza” ministerstwo. Funkcjonują, konkretne wymagania co do treści programowej, lecz już w jej zakresie istnieje nie małe pole manewru, a więc z ministerstwa nie przychodzą plany konkretnych przedmiotów, gdyż te powstają na samych uczelniach. Tu również ten Pan minął się z prawdą, a właśnie prawda legła u stwierdzenia, które sugerowało, iż na uczelniach niekoniecznie naucza się prawdy, gdyż sa wymagania ministerstwa?!? Jeżeli ów młody Pan by przy tym obstawał to nie przychodzi mi nic inne w pierwszym skojarzeniu jak określenie „zawężony horyzont poznawczy”. Po pierwsze sama prawda może wyglądać różnie z różnych perspektyw, lecz tu nie miejsce by teraz się zagłębiać w owe dywagacje.

Podróż płynęła dalej, radio było już wyłączone, a ja rozmarzyłem się na chwilę by mnie ktoś w końcu powiózł a nie ciągle ja muszę wozić innych, ale to akurat skromna fanaberyjka. Tym razem rekompensowane były moje małe żale innymi drobnymi rzeczami. Grą spadających liści w mglistych promieniach Słońca przebijających się przez coraz bardziej łyse korony drzew oraz spokojem wokół mnie. Wyjazd do naszego miejsca był chwilą oddechu od codziennych trosk, których jednak nie da się ani wyprzeć, ani zapomnieć, trzeba im stawić czoła. Odwlekać też nie ma co.

Powrót, powrót przede wszystkim przed korkami… szkoda czasu.

Dla wrażeń wizualnych garść zdjęć jesiennych z Puszczy Kampinoskiej.

Kocham podróżować

Posted on

Czym jest podróż? Czym jest dla mnie? Nieustanną wędrówką, nierzadko wyłącznie w głąb samego siebie. Lubię stawiać kroki, przemieszczać się z punktu A do punktu B. Lubię delektować się krajobrazem, bliskością natury. Jednak kiedy przemierzam kamienne miasta, pełne asfaltu na ulicach, brukowanych chodników, szklanych tafli elewacji to i tak pasjonują mnie mijani ludzie. Choć dla mnie każda rzecz, czy to kamień, czy to drzewo, a nawet brama starej kamienicy ma to coś, istnieje jak swoisty byt. Wyobrażam sobie mijając pewne miejsca, także samotne głaz gdzieś na ścieżce szlaku w lesie, czy górach, że właśnie on, czy to był lub było świadkiem pierwszego pocałunku, łez radości i ludzkiego dramatu, narodzin życia,  walki na śmierć i życie. Wszystko co mijamy to niemi świadkowie wydarzeń, jak kamery monitoringu, lecz by tego doznać musimy pozwolić przepłynąć tym emocjom przez nas samych, czasem dotknąć kamień. Jakie to szczęścia nas dotyka, że możemy chłonąć obrazy, dźwięki życia i nuty muzyki, delektować się zapachami i emocjami. Kiedy czuję łzy spływające po policzku wiem, że muzyka moich uczuć jest dobrze nastrojona, że empatia jest ze mną, we mnie, wokół, przebiega między nogami. Nie musimy pielgrzymować do odległych miejsc by przeżyć podróż. Jakże radosne jest głębsze poznanie i doznanie własnego życia. Czasem krótki spacer z pozoru jedynie tak dobrze znanymi uliczkami dostarcza nam tyle nowego.

Lubię czasem, a nawet nierzadko, by nie napisać, że często wędrować w ciszy, niby samotnie, ale z kimś, w takim tandemie, braterstwie, przyjaźni. Chłonę wówczas wszystkimi zmysłami to co mnie otacza. Kiedyś żałowałem, że nie zrobiłem takiego to a takiego zdjęcia. Dziś wiem, że wówczas dane jest mi coś przeżyć znacznie pełniej niż skupienie się na kadrze, światłu, na łapaniu i zaklinaniu w zatrzymanym obrazie uczuć. Skupiam się na uczuciach przeżywania. Jakże to piękne, czasem pełne smutku, czasem radości, czasem zwyczajnie przeoczone. Jednak przede wszystkim wówczas czuję życie, pełne i prawdziwe życie, obdarte z powierzchowności i płycizn. Można wówczas dostrzec dotychczas niedostrzegalne, wyłapać to coś co wcześniej ginęło za kurtyną prawdziwej sceny. Uwielbiam zaglądać za nią.

Może to błędne spostrzeżenie, ale wokół mnie Ci, którzy sięgają głębiej, nie boją się włożyć siebie do nieznanej skrzyni, wejść na schody prowadzące gdzieś tam, właśnie Ci przeważnie wierzą, jedni w Chrystusa, inni w coś innego, ale wierzą.

Kiedy stoję pod ciemnym niebem pełnym gwiazd
Wyciągam ramiona by dotknąć iskierek radości
Warkocz komety owiewa lodem me dłonie w blasku Słońca,
Tajemnicza cisza cienia Księżyca budzi moje sny
Wówczas staję na szczycie pod firmamentem nieboskłonu,
A kiedy patrzę za siebie cały rząd światełek błyska radośnie
A ja cały czas sięgam do gwiazd w nieba atlasie
Mogąc dojrzeć przez zwierciadła odległe spirale
Galaktyk Słońca pełne blasku gwiezdnego ciepła.
Patrzenie w tył to historia moich kroków,
A w przodzie mgła i ścieżka kamieni w niej
Prowadzi mnie w moje sny pośród dnia każdego
Bym mógł dotknąć kamień szlaku mego,
Poznać jego wspomnienia i nuty wiatru wokół,
Cudowny szum kropel wiosennego ciepła,
Radość zaklętą w obrazach albumów kroków,
Smutek przemijania życia na końcu ścieżki,
Nieznane słowa modlitw w zakątkach duszy…

Być może żadna podróż się nie kończy, ale każde kolejne drzwi życia serwują nam kolejne wędrowania…

Góry… X Zlot Forumowiczów npm

Posted on

Zlot forumowiczów npm to dla mnie okazja przede wszystkim do spotkania TYCH ludzi. Z jednymi rozmawiam więcej, z innymi ledow zdążymy uścisnąć sobie dłonie. Jedni dla mnie są guru w górach, inni podobnie jak ja człapią sobie w swoim tempie. Pełen przekrój osobowości. Chyba jednak jedno nas łączy. Nie zawsze umiemy to opisać, czy zrobić zdjęcie, nie napomykając o uczuciach, ale wszyscy w górach odnajdujemy to coś, każdy z nas ma swoje własne coś co wzbudza te motylki gdzieś tam w naszych trzewiach. Połączenie góry i TYCH ludzi po prostu jest bezcenne…

Dzień wyjazdu jak zwykle w pośpiechu. Wyjeżdżając wiem, że czegoś zapomniałem, choć nie wiem czego konkretnie. Statystyka, ona zawsze ma rację. W drodze, na miejscu okazuje się oczywiście czego nie wziąłem. Tym razem 3, może 4 rzeczy, ale pamiętam tylko, że pewnego leku na moje stawy. Pierwsze wyzwanie to odebrać żonę z centrum Warszawy. Na szczęście godziny jeszcze przedkorkowe, ale za to wyjazd z Warszawy daje nam pierwsze straty w harmonogramie. Poza tym samochodzik nasz kochany to nie rakieta, nie lubi nadprędkości. Toczymy się do przodu, aż do Częstochowy gdzie korek nas zatrzymuje na ponad pół godziny, a może nawet godzinę. W ciemnościach około 22 dojeżdżamy do Ujsoł. Samochodzik ma wolne i zostaje na plebani miejscowej parafii. Z resztą jak dla mnie to nie jedyne spotkanie z wiarą podczas tego zlotu. O 23:00 wchodzimy na żółty szlak z Glinki na Krawców.

Dostajemy pierwszy prezent osładzający strome podejście. Niebo pełne gwiazd, ale jakich, jak soczystych, klarownych, jasnych. Taki gwiezdny wianek nad głowami. Trudno oprzeć się pokusie poleżenia pod takim nieboskłonem. Krótka przerwa musi wystarczyć, choć Jowisz, Plejady, Orion, Perseusz i inne świecą cały czas nad nami dodając otuchy. W pewnym momencie światło czołówki pada na stalową tablicę. Przyglądam się baczniej, a to II stacja Drogi Krzyżowej. Ostatnia była już za schroniskiem, a więc szlak trudów, piękna, ale już o nieco swoistym innym odczuwaniu. Drałujemy w górę, a prześwity między drzewami na nocne niebo są cały czas tym bonusem. W ogóle lokalizacja ta daje bardzo ciekawe możliwości obserwacji astronomicznych. Żona w pewnym momencie przy kolejnej VI czy VII stacji Drogi Krzyżowej zadaje pytanie, czy przypadkiem nie kończy się przy schronisku. Politycznie nie odpowiadam. Sam nie wiem, a przecież została jeszcze mniej więcej połowa. Glina i błoto nadaje sens nazwie miejscowości – Glinka. Buty oblepione, spodnie utytłane, ale walimy cały czas do góry. Jaka odczuwam radochę. Dzięki telefonowi kontaktujemy się z Agnieszką Żero. Wiedzą, że „idziemy”. Około 2 w nocy wchodzimy do schroniska. Niemal 4 godziny od samochodu. Szukam kondycji, a żona udaje się spać tak szybko jak to tylko możliwe. Zbliżając się do schroniska błyski fleszy i odgłosy biesiady były
znakami, że to już, tuż za tymi świerkami, no prawie, ale wiadomo jak to dodaje sił.

Nie byłem w stanie zliczyć naszych, bo część już spała, ale według naocznych świadków było nas 30. Atmosfera wydawała się wspaniała, a jaka lektura, te opowieści, te znajome twarze, te historie. Szkoda, że tak późno dotarliśmy ale i
tak się cieszę, nadal, że nam się udało, że samo przejście do schroniska też było wartościowe samo w sobie. Spać…

Oczekiwanie na wrzątek o poranku było czasem rozmów, śniadania, które spożyliśmy na zewnątrz. Gospodarz jest nieco intrygujący, a jego nazwisko mówi wiele, ale generalnie jest OK! To czego żałuję, że nie zrobiłem uroczego zdjęcia naszych buciorów na półkach w przedsionku. Widok jakże uroczy i wielce wymowny. Stare, nie najmłodsze dechy półek, drewno wokół, utytłane buty. Taka swoista magia butów wędrowców. Poranne zdjęcie grupowe dopełniło porannych przygotowań i w drogę…

Pogoda przeczyła temu iż zlot jest jesienny. Krókie spodenki, t-shirt, a na niebie ani chmureczki, błękit nieba, Słońce. Dzień szykował się przedni i taki też się okazał. Wyruszyliśmy planowo do Lipowskiej, lecz większość noclegów była
zaklepana w Rysiance. Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego schroniska przed nami była droga do przejścia. Choć nasza grupa traciła zamek nie jeden raz to wędrowało się bardzo przyjemnie w doborowym towarzystwie. Przerwy w wędrówce na podziwianie widoków, czy przerwę były czasem rozmów. Bez biegu, w swoim żółwim tempie, niemalże stopa w stopę, powoli w górę. Czułem się jakby wyjęty z codzienności. Ta pogoda, czas, miejsce, a przede wszystkim ludzie. Dzięki temu człowiek może żyć dalej. Schronisko na Rysiance bardzo miło mnie zaskoczyło. Fajna, profesjonalna obsługa, bardzo dobre jedzenie, gleba z materacem. Cóż dodać, cóż ująć, było fajnie. Szybko podjęliśmy decyzję by nocować na Rysiance. W konsekwencji i przy takich a nie innych uwarunkowaniach Zlot przeniósł się do Rysianki. Zanim poszliśmy spać biesiadowaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, lektura, śpiewy, gitara, rozmowy. Oczywiście nie zabrakło kroniki dzięki Zielonej.

Noc na glebie w jadalni pełna wydarzeń 🙂 Pominę te niemiłe, a słowa „O Jezu”, gdy kucharka zapalała światło o 6 nad ranem i jej szybka riposta „Nie Jezus, ale do kuchni muszę się dostać” zapadną mi w pamięci na długo. Planowo mieliśmy
wystartować jak najszybciej, lecz wschód Słońca nas powstrzymał. Było cudnie, a potem było szybko. Powrót do domu, kolejne kilometry w drodze. Już mi tego górołażenia brakuje, no i przede wszystkim Was…

Gry ale niekomputerowe

Posted on

Komputer wciąga, komputer pochłania, a sądzę, że konsole różnych typów, wielkości, możliwości jeszcze bardziej. Człowiek zostaje wciągnięty, zassany i odizolowany od wszystkiego innego. Dlatego dzienny limit gry na komputerze dla mojego juniora wynosi maksymalnie 30 minut z minutnikiem w ręku. Dopuszczenie do gry na komputerze może nastąpić dopiero po wypełnieniu postawionych domowych obowiązków, ogólnej postawy i zachowania. Sam lubię od czasu do czasu pograć i wiem ile czasu traciłem kiedyś na granie, godziny, dnie, noce…

Są gry, które nie potrzebują ekranu komputera by w nie zagrać. To gry planszowe, karciane, przygodowe, szachy i wiele innych. Z synem lubimy wspólnie grać w tego typu gry bo po pierwsze wówczas jesteśmy razem i razem się bawimy, śmiejemy, wpływamy nawzajem na siebie. W tego typu grach obserwujemy się nawzajem i uczymy się przegrywać, odczuwać radość ze wspólnego zespołowego działania, a także i współzawodnictwa. Czasem jednak ciężko mi przychodzi przegrywać 😉 😦 choć muszę uczciwie przyznać, że mój syn to godny i pomysłowy towarzysz tego typu gier.

Ostatnio wieczorami gramy w grę Hobbit od firmy Egmont. Plusem tej gry jest łatwość grania, względnie krótki czas rozgrywki, proste zasady i nie trzeba przeczytać książek, sięgnąć do FAQ gdzieś na jakimś forum  w internecie. Elementy gry takie jak dwie figurki, karty, akcesoria są wykonane bardzo dobrze. Choć gra nie jest trudna to za te wspólne chwile nie da się niczym zapłacić. W zanadrzu zaś mamy z synem jeszcze nie jedną grę.

Wichry zamętów…

Posted on

Polityka, wiara, nieustające dyskusje, ratowanie świata, niektórzy ratuję EURO, a ja tęsknię do prostych górskich wędrówek. Nie uciekam, nie oddalam się, lecz z pełnym przekonaniem wybieram świadomy układ życia – praca, odpoczynek, małe rzeczy, bez wyścigu szczurów, bez pędzenia w świecie. Oczywiście nie da się czasem nie pędzić, lecz mimo wszystko…

Wędrując w górach nie mam kluczowych wątpliwości, co najwyżej o ty czy dam sobie radę na śliskim podejściu, lecz poza tym to czyste wędrowanie bez zakłóceń. Góry mnie oczyszczają, swoim byciem, widokami, wielkością, majestatem, ludźmi, z którymi wędruję i których tam spotykam. Nawet w górskiej wyrypie, w deszczu i zimnie, w zadymce i ze skręconą nogą odczuwam radość z obcowania z nimi 🙂

Wichry zamętów dają mi znać w prosty sposób – tracę zdolność skupiania się. Myśli odlatują w meandry nieznanego lub bardziej lekkiego rozmyślania, w pracy na spotkaniu, podczas mszy, rozmowy z przyjacielem. Niby jestem, w zasadzie słucham, ale równolegle idzie inny proces, jakbym był wielowątkowym procesorem i właśnie znaczną część mocy przeznaczyłem na tzw. proces bezczynności, w tym przypadku intelektualnej 😀 U mnie to bardzo wyraźny znak, że czas odpocząć, wyspać się, obejrzeć dobry film i wcześniej położyć się spać, poczytać, nic nie porobić, oderwać się od rzeczywistości kolei dużych prędkości życiowych. Od taka mała przerwa, z weekend może? Może się uda, a może i nie, bo czasem trzeba też się i troszkę powysilać, stanąć na wysokości zadania, zapunktować, osiągnąć mały sukces. Hmmm, ale taka przerwa to też mały taki sukces. Jak łatwo popaść w koleiny życiowych wyborów, w ich rutynę. Choć świadomość mówi dość, ciało żąda przerwy, kot paca po więcej czasu dla miziania my ludzie nierzadko brniemy dalej… Ciągnę hamulec awaryjny… czas pomiziać futerko 😀