góry

Tatry w maju

Posted on

Żona i syn bawili w okolicach Zakopanego. Poniżej efekt w postaci kilku zdjęć. Kocham góry, lecz czasem nie dane jest mi po nich powędrować.

Reklamy

Kocham podróżować

Posted on

Czym jest podróż? Czym jest dla mnie? Nieustanną wędrówką, nierzadko wyłącznie w głąb samego siebie. Lubię stawiać kroki, przemieszczać się z punktu A do punktu B. Lubię delektować się krajobrazem, bliskością natury. Jednak kiedy przemierzam kamienne miasta, pełne asfaltu na ulicach, brukowanych chodników, szklanych tafli elewacji to i tak pasjonują mnie mijani ludzie. Choć dla mnie każda rzecz, czy to kamień, czy to drzewo, a nawet brama starej kamienicy ma to coś, istnieje jak swoisty byt. Wyobrażam sobie mijając pewne miejsca, także samotne głaz gdzieś na ścieżce szlaku w lesie, czy górach, że właśnie on, czy to był lub było świadkiem pierwszego pocałunku, łez radości i ludzkiego dramatu, narodzin życia,  walki na śmierć i życie. Wszystko co mijamy to niemi świadkowie wydarzeń, jak kamery monitoringu, lecz by tego doznać musimy pozwolić przepłynąć tym emocjom przez nas samych, czasem dotknąć kamień. Jakie to szczęścia nas dotyka, że możemy chłonąć obrazy, dźwięki życia i nuty muzyki, delektować się zapachami i emocjami. Kiedy czuję łzy spływające po policzku wiem, że muzyka moich uczuć jest dobrze nastrojona, że empatia jest ze mną, we mnie, wokół, przebiega między nogami. Nie musimy pielgrzymować do odległych miejsc by przeżyć podróż. Jakże radosne jest głębsze poznanie i doznanie własnego życia. Czasem krótki spacer z pozoru jedynie tak dobrze znanymi uliczkami dostarcza nam tyle nowego.

Lubię czasem, a nawet nierzadko, by nie napisać, że często wędrować w ciszy, niby samotnie, ale z kimś, w takim tandemie, braterstwie, przyjaźni. Chłonę wówczas wszystkimi zmysłami to co mnie otacza. Kiedyś żałowałem, że nie zrobiłem takiego to a takiego zdjęcia. Dziś wiem, że wówczas dane jest mi coś przeżyć znacznie pełniej niż skupienie się na kadrze, światłu, na łapaniu i zaklinaniu w zatrzymanym obrazie uczuć. Skupiam się na uczuciach przeżywania. Jakże to piękne, czasem pełne smutku, czasem radości, czasem zwyczajnie przeoczone. Jednak przede wszystkim wówczas czuję życie, pełne i prawdziwe życie, obdarte z powierzchowności i płycizn. Można wówczas dostrzec dotychczas niedostrzegalne, wyłapać to coś co wcześniej ginęło za kurtyną prawdziwej sceny. Uwielbiam zaglądać za nią.

Może to błędne spostrzeżenie, ale wokół mnie Ci, którzy sięgają głębiej, nie boją się włożyć siebie do nieznanej skrzyni, wejść na schody prowadzące gdzieś tam, właśnie Ci przeważnie wierzą, jedni w Chrystusa, inni w coś innego, ale wierzą.

Kiedy stoję pod ciemnym niebem pełnym gwiazd
Wyciągam ramiona by dotknąć iskierek radości
Warkocz komety owiewa lodem me dłonie w blasku Słońca,
Tajemnicza cisza cienia Księżyca budzi moje sny
Wówczas staję na szczycie pod firmamentem nieboskłonu,
A kiedy patrzę za siebie cały rząd światełek błyska radośnie
A ja cały czas sięgam do gwiazd w nieba atlasie
Mogąc dojrzeć przez zwierciadła odległe spirale
Galaktyk Słońca pełne blasku gwiezdnego ciepła.
Patrzenie w tył to historia moich kroków,
A w przodzie mgła i ścieżka kamieni w niej
Prowadzi mnie w moje sny pośród dnia każdego
Bym mógł dotknąć kamień szlaku mego,
Poznać jego wspomnienia i nuty wiatru wokół,
Cudowny szum kropel wiosennego ciepła,
Radość zaklętą w obrazach albumów kroków,
Smutek przemijania życia na końcu ścieżki,
Nieznane słowa modlitw w zakątkach duszy…

Być może żadna podróż się nie kończy, ale każde kolejne drzwi życia serwują nam kolejne wędrowania…

Góry… X Zlot Forumowiczów npm

Posted on

Zlot forumowiczów npm to dla mnie okazja przede wszystkim do spotkania TYCH ludzi. Z jednymi rozmawiam więcej, z innymi ledow zdążymy uścisnąć sobie dłonie. Jedni dla mnie są guru w górach, inni podobnie jak ja człapią sobie w swoim tempie. Pełen przekrój osobowości. Chyba jednak jedno nas łączy. Nie zawsze umiemy to opisać, czy zrobić zdjęcie, nie napomykając o uczuciach, ale wszyscy w górach odnajdujemy to coś, każdy z nas ma swoje własne coś co wzbudza te motylki gdzieś tam w naszych trzewiach. Połączenie góry i TYCH ludzi po prostu jest bezcenne…

Dzień wyjazdu jak zwykle w pośpiechu. Wyjeżdżając wiem, że czegoś zapomniałem, choć nie wiem czego konkretnie. Statystyka, ona zawsze ma rację. W drodze, na miejscu okazuje się oczywiście czego nie wziąłem. Tym razem 3, może 4 rzeczy, ale pamiętam tylko, że pewnego leku na moje stawy. Pierwsze wyzwanie to odebrać żonę z centrum Warszawy. Na szczęście godziny jeszcze przedkorkowe, ale za to wyjazd z Warszawy daje nam pierwsze straty w harmonogramie. Poza tym samochodzik nasz kochany to nie rakieta, nie lubi nadprędkości. Toczymy się do przodu, aż do Częstochowy gdzie korek nas zatrzymuje na ponad pół godziny, a może nawet godzinę. W ciemnościach około 22 dojeżdżamy do Ujsoł. Samochodzik ma wolne i zostaje na plebani miejscowej parafii. Z resztą jak dla mnie to nie jedyne spotkanie z wiarą podczas tego zlotu. O 23:00 wchodzimy na żółty szlak z Glinki na Krawców.

Dostajemy pierwszy prezent osładzający strome podejście. Niebo pełne gwiazd, ale jakich, jak soczystych, klarownych, jasnych. Taki gwiezdny wianek nad głowami. Trudno oprzeć się pokusie poleżenia pod takim nieboskłonem. Krótka przerwa musi wystarczyć, choć Jowisz, Plejady, Orion, Perseusz i inne świecą cały czas nad nami dodając otuchy. W pewnym momencie światło czołówki pada na stalową tablicę. Przyglądam się baczniej, a to II stacja Drogi Krzyżowej. Ostatnia była już za schroniskiem, a więc szlak trudów, piękna, ale już o nieco swoistym innym odczuwaniu. Drałujemy w górę, a prześwity między drzewami na nocne niebo są cały czas tym bonusem. W ogóle lokalizacja ta daje bardzo ciekawe możliwości obserwacji astronomicznych. Żona w pewnym momencie przy kolejnej VI czy VII stacji Drogi Krzyżowej zadaje pytanie, czy przypadkiem nie kończy się przy schronisku. Politycznie nie odpowiadam. Sam nie wiem, a przecież została jeszcze mniej więcej połowa. Glina i błoto nadaje sens nazwie miejscowości – Glinka. Buty oblepione, spodnie utytłane, ale walimy cały czas do góry. Jaka odczuwam radochę. Dzięki telefonowi kontaktujemy się z Agnieszką Żero. Wiedzą, że „idziemy”. Około 2 w nocy wchodzimy do schroniska. Niemal 4 godziny od samochodu. Szukam kondycji, a żona udaje się spać tak szybko jak to tylko możliwe. Zbliżając się do schroniska błyski fleszy i odgłosy biesiady były
znakami, że to już, tuż za tymi świerkami, no prawie, ale wiadomo jak to dodaje sił.

Nie byłem w stanie zliczyć naszych, bo część już spała, ale według naocznych świadków było nas 30. Atmosfera wydawała się wspaniała, a jaka lektura, te opowieści, te znajome twarze, te historie. Szkoda, że tak późno dotarliśmy ale i
tak się cieszę, nadal, że nam się udało, że samo przejście do schroniska też było wartościowe samo w sobie. Spać…

Oczekiwanie na wrzątek o poranku było czasem rozmów, śniadania, które spożyliśmy na zewnątrz. Gospodarz jest nieco intrygujący, a jego nazwisko mówi wiele, ale generalnie jest OK! To czego żałuję, że nie zrobiłem uroczego zdjęcia naszych buciorów na półkach w przedsionku. Widok jakże uroczy i wielce wymowny. Stare, nie najmłodsze dechy półek, drewno wokół, utytłane buty. Taka swoista magia butów wędrowców. Poranne zdjęcie grupowe dopełniło porannych przygotowań i w drogę…

Pogoda przeczyła temu iż zlot jest jesienny. Krókie spodenki, t-shirt, a na niebie ani chmureczki, błękit nieba, Słońce. Dzień szykował się przedni i taki też się okazał. Wyruszyliśmy planowo do Lipowskiej, lecz większość noclegów była
zaklepana w Rysiance. Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego schroniska przed nami była droga do przejścia. Choć nasza grupa traciła zamek nie jeden raz to wędrowało się bardzo przyjemnie w doborowym towarzystwie. Przerwy w wędrówce na podziwianie widoków, czy przerwę były czasem rozmów. Bez biegu, w swoim żółwim tempie, niemalże stopa w stopę, powoli w górę. Czułem się jakby wyjęty z codzienności. Ta pogoda, czas, miejsce, a przede wszystkim ludzie. Dzięki temu człowiek może żyć dalej. Schronisko na Rysiance bardzo miło mnie zaskoczyło. Fajna, profesjonalna obsługa, bardzo dobre jedzenie, gleba z materacem. Cóż dodać, cóż ująć, było fajnie. Szybko podjęliśmy decyzję by nocować na Rysiance. W konsekwencji i przy takich a nie innych uwarunkowaniach Zlot przeniósł się do Rysianki. Zanim poszliśmy spać biesiadowaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, lektura, śpiewy, gitara, rozmowy. Oczywiście nie zabrakło kroniki dzięki Zielonej.

Noc na glebie w jadalni pełna wydarzeń 🙂 Pominę te niemiłe, a słowa „O Jezu”, gdy kucharka zapalała światło o 6 nad ranem i jej szybka riposta „Nie Jezus, ale do kuchni muszę się dostać” zapadną mi w pamięci na długo. Planowo mieliśmy
wystartować jak najszybciej, lecz wschód Słońca nas powstrzymał. Było cudnie, a potem było szybko. Powrót do domu, kolejne kilometry w drodze. Już mi tego górołażenia brakuje, no i przede wszystkim Was…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.2

Posted on Updated on

Wyjechaliśmy, znaczy Ja, żona, Przyjaciel z żoną, czyli taki dwurodzinny wyjazd przyjaciół. Podróż zaczęła się pod wieczór w niedzielę a celem były Brzegi Dolne gdzie mieliśmy pozostawić samochód w umówionym miejscu. Dotarliśmy na miejsce późno w nocy, zgodnie z przewidywaniami i nie chcąc przeszkadzać naszemu dorodziejowi przespaliśmy się w samochodzie, prawie wszyscy. Przyjaciel wybrał karimatę, śpiwór i kurtkę między samochodem a ogrodzeniam kościoła.

Po przebudzeniu, rozprostowaniu kości wszelakich ruszylismy do Ustrzyk Dolnych w celu wymiany środków płatniczych na chrywny i zorganizowania transportu przez granicę. Wyjazd był troszeczkę niedogotowany i ani nie miałem zielonej karty ani mety po stronie ukraińskiej do pozostawienia swego pojazdu. Udało się. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi dogoniliśmy marszrutkę do Starego Sambora. Kto nie jechał marszrutką i lokalnymy ukraińskimi drogami to wybaczcie ale to trzeba przeżyć. Słowa, zdjęcia, a nawet filmy tu nie wystarczą.

Stary Sambor był tylko miejscem przesiadkowym na naszej trasie. Kolej na Ukrainie w przeciwieństwie do naszego PKP i tworów pokrewnych jeździ gdzie tylko może i pociągiem dotarliśmy do wsi Sianki, skąd z buta ruszyliśmy do Libuchory. Deszcz, deszcz, deszcz,…, deszcz przez 48 godzin non stop, z przerwą na mrzawkę. Moje buty zdzierżyły, pozostałych już nie. Dzięki skutecznej osłonie plecaków byliśmy prawie nie mokrzy, pomijając nieco kurtki, spodnie, buty, czapki, siebie samych.

Jedną noc, przed Libuchorą spędziliśmy u życzliwego gospodarza w jednej z jego izb. Skojarzenie: sucho i ciepło. Pierwsze spotkanie ze sławojką, nie w życiu, ale jednak. Konstrukcyjnie wiadomo rytu jeszcze rzymskiego. Legiony rzymskie też takie miały. Co jeszcze przez pierwsze 2 dni zwróciło moją uwagę – krowy, wszędzie. Nawet ukuliśmy powiedzenie, że wędrujemy krowim szlakiem. Kolejnego dnia w deszczu, przez krzaki, bo droga jakoś nie ta i nie do końca jak z mapy wynikało dotarliśmy do Libuchory. Wieś długa na „wiele” kilometrów. Mając do przejścia jeszcze 7 km pod koniec dnia do tutejszego schroniska skorzystaliśmy z podwózki takim starym, typowym lokalnym medycznym środkiem transportu, nie, zdecydowanie nie radzę próbować nawet próbować wyobrażać sobie w miejsce tego czegoś naszej karetki. Tak ten pojazd, półciężarówka się nazywała. Oprócz noszy i naszej czwórki była jeszcze co najmniej szóstka podróżnych plus nowa pralka, której pilnowaliśmy.

Schronisko, hmmm…, pamiętacie jeszcze harcerskie schronisko w Suchych Rzekach w Bieszczadach? Coś w tym stylu, lecz znacznie mniejsze. Po rozmowie z kierownikiem schroniska (dochodzącym) i jego ofercie podwózki po 48 godzinach w deszczu postanowiliśmy zmodyfikować nasze plany i przez Stryj pojechaliśmy do Lwowa.

Tu mieszkaliśmy u przyjaciela. Lwów, każdy kamień to historia. Jakże inne to miasto, jakże przepełnione historią. Jakże ciekawe. Pomimo swojego uroku jeszcze długa droga zanim osiągnie choćby lekki blask świetności. Cmentarz Łyczakowski, Cmenatarz Orląt, rynek, Wysoki Zamek z kopcem upamiętniającym Unię Lubelską, kościoły, stare kamienice. Tam historia jest żywa, obecna niemal wszędzie. Zamierzam jeszcze nie jeden raz powrócić do tego pięknego miasta.

Po dwóch dniach we Lwowie w obliczu poprawy pogody wyruszamy ponownie w góry. Tym razem planujemy Pikuja zdobyć od wsi Biłasowice. Pierwszy nocleg pod namiotem, pierwsze gotowanie w garowni na ognisku. Kolejnego dnia, jeszcze w chmurze wchodzimy na Pikuja, a potem połoniną, a pogoda poprawiała się z każdą minutą. Oj Słońce dopiekło nam. Kolejne 3 noce pod namiotami. Do tego potwierdzenie źródła wody, od pół godziny do godziny. Potem doniesienie jej na miejsce. Rozpalenie ogniska, gotowanie i posiłek profilkiem z jednego kociołka. Eksperymentalne dania z ryżem, kaszą gryczaną, jaglaną, suszem warzywnym, soczewicą i innymi składnikami stanowiły danie główne.

Wędrowanie połoniną to delektowanie się widokami. Cisza nocy w górach jest kojącą moje codzienne problemy miksturą. Zachód Słońca, czy jego wschód, warte czekania w ciszy. Piękno tego świata jest dla mnie w górach lub na pokładzie żaglowca. Jednak powracam w góry, nie dla ich wysokości, nie dla szczytów tylko dla ich przeżywania w wędrówce, w trudach, w skwarze i zimnie.

W związku z tym, że nasi przyjaciele kontynuowali swoje wędrownia w Gorcach na część zdjęć i ja czekam z pewną niecierpliwością. W końcu na jakichś będę. Mój aparat wyczerpał kartę, a że mi jeszcze upadł na ekran LCD (SONY NEX) bez dodatkowego wizjera niczym nie mogłem zarządzać, o przeglądaniu zdjęć nie mówiąc. Część zdjęć była robiona na czuja z kompletną niewiedzą jak wyjdzie.

Powrót nastąpił pociągiem z Sianek do Starego Sambora i marszrutką pod przejście w Krościenku. Tu parę godzin zajęło nam łapanie stopa i dzięki, jedynie, uprzejmości pewnego małżeństwa z Polski udało nam się powrócić do kraju.

Tylko cienka granica między dwoma państwami, a tak różne światy. Cieszę, że pomimo wielu problemów żyję w Polsce.

Będą kolejne części, kolejne zdjęcia i coś jeszcze…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.1

Posted on

Plan wydawał się prosty i został prawie zrealizowany. Jednak zanim do samego planu i jego realizacji, odmiennej od pierwowzoru. Najpierw o odczuciach bo zdjęcia są w stanie obróbki, mapka w stanie opracowywania, a opis gdzieś jeszcze na brudno.

Można wiele usłyszeć, wiele przeczytać ale na Ukrainie trzeba być, trzeba ją zobaczyć. Poznać tych wspaniałych ludzi. Miałem przyjemność skorzystać z ich życzliwości.  Cienka granica dzieli nas Polaków i Polskę od „innego świata”, świata doświadczonego przez dziesięciolecia komunizmem. Trudno mi słowami opisać kontrastowość jaka jest tak ewidentnie zauważalna. Wszystko jest takie odmienne i jednocześnie takie bliskie, bynajmniej nie w fizycznym rozumieniu. Widziałem Lwów, piękne miasto z minioną świetnością. Nie ma co udawać, że nie było kiedyś polskie, choć większość mieszkańców wokół to byli Ukraińcy. Trudno nie odczuć, że władze robią co mogą by wymazać z historii miasta jakąkolwiek polskość. Jakimś cudem ocalał pomnik Mickiewicza na placu jego imienia. Jednak nie łudźmy się ale plac wzbogacił się o pomnik bohatera narodowego Ukrainy. Brak w zasadzie jakichkolwiek polskich tablic informacyjnych w miejscach jednoznacznie z polskością związanych uznaję co najmniej za niezrozumiałe, choćby w kontekście turystyki. Wchodząc na kopiec na Wysokim Zamku nie ma ani jednego słowa kto go usypał, skąd była ziemia, ku uczczeniu czego. To jest przykre.

Historii nie można zmienić. Była jaka była. Dla mnie jej konsekwencje są przykre. Od zawsze uważam, że Polska i Ukraina powinny być silnie współpracującymi krajami. Niepodległość Ukrainy jest dla mnie czymś absolutnie naturalnym, choć można odczuć, że szczególnie wschodnia Ukraina ma konotacje silnie prorosyjskie. Polacy walczyli z Ukraincami i Ukraincy z Polakami. Obie strony zabijały się nawzajem. Szkoda, że tak potoczyły sie losy.

Lwów to żywa historia, gdzie niemal każdy zaułek mógłby się doczekać odrebnej wielotomowej udokumentowanej historii. Tę historię się widzi, czuje. Przepływa ona przez człowieka jakby mimochodem. Jakże inna jest wędrówka po warszawskiej starówce.

W górach, w które wyruszyłem przede wszystkim doświadczyłem zaś tego czego w naszych polskich już prawie się nie da. Po pierwsze brak turystów, znaczy tłumu turystów. W góry ruszam dla oczyszczenia, odreagowania, oderwania od codziennych, wielkomiejskich, rodzinnych problemów i problemików. Wschód, czy zachód Słońca, piękno nieba, cisza bezwietrznych godzin i szum wiatru wokół mnie. Wizualna uczta na połoninach. Czyste piękno, radość, szczęście…

Film o „Drodze”

Posted on

Polski tytuł „Droga Życia”, a angielski oryginału „The Way”… prostszy i słuszniejszy. Droga życia mi nie pasuje do tego filmu bo film to opowieść pewnego fragmentu z życia, a nie ono w całej okazałości. Pozostanę zatem przy Drodze 🙂

Film swoją okładką osoby turysty z plecakiem w górach zwrócił moją uwagę wręcza automatycznie.  Pobieżna lektura i decyzja nabycia filmu. To był strzał w przysłowiową dziesiątkę.  Martin Sheen i Emilio Estevez – ojciec i syn – takie też role w filmie. Film to wędrówka Ojca po nagłej i niespodziewanej śmierci w trakcie pielgrzymki drogą św. Jakuba do Santiago de Compostela.  Ojciec wraz z prochami syna, rozsypywanymi, wzdłuż drogi, wizjami jego obecności w różnych miejscach owej drogi. W końcu napotkani po drodze Holender, Kanadyjka i Irlandczyk. W efekcie ich wspólna wędrówka.

Niby ciekawe, wciągające, z pięknymi zdjęciami, cudownie dobraną muzyką, a jednak płytko, tak nie „płytkie” a płytko. Niby jak należy w kontekście filmu jako medialnej produkcji. nagrody jakiegoś festiwalu. Do filmu będę powracał wielokrotnie bo warto. Jednak z punktu widzenia mnie jako chrześcijanina w wędrówce, poniekąd szlakiem pielgrzymkowym, zabrakło głębszego podjęcia duchowego przeżywania. Nie jest oskarżenie, a po prostu tak odczuwam.

Ten film i tak na mnie oddziałuje i polecam wszystkim, którzy poszukują chwil spokoju, refleksji, czasu dla kultury bez tego pośpiechu zmysłów.

Jak w żagle złapać spokój… w górach

Posted on Updated on

… a pojechać sobie w góry. 11 listopada wysiadłem z pociągu w Katowicach. Jesień z lekkim wiaterkiem omiatała mnie lekkim chłodkiem. Przede mną były 4 godziny czekania na przyjaciela i dalsza podróż. Święto Narodowe, jak ważne dla nas w Polsce, a jednocześnie ciekawy czas na obserwacje. Przechadzając się ulicami i uliczkami Katowic wędrowałem z niewidoczną ciszą i pustką. Ulice, które podejrzewam o gwar mnóstwa ludzi, tego dnia były wyludnione i opustoszałe, sklepy i inne miejsca uciech naszych portfeli zamknięte. Nie wszystkie i nie całkowicie, lecz wiele z nich tak wyglądało. To ciekawe doświadczenie.

Pod wieczór zajechaliśmy do schroniska Andrzejówki, gdzie już byli inni moi znajomi z pewnego górskiego forum. Wieczorne biesiadowanie, rozmowy, opowieści, wrażenia,… w końcu sen. Ta cisza, brak kocich futerek wpadających o 4:30 na mnie i wybudzających ze snu. Górskie wędrówki i spacery w spokoju i bez pośpiechu, tym razem zupełnie na spokojnie dały mi ten czas odprężenia. Szczególnie czułem się wyjątkowo kiedy w ciszy, pośród pożółkłych jesiennych traw siedzieliśmy w czwórkę na stoku i patrzyli na odległe pagórki pogrążone we mgle, oświetlonej zachodzącym Słońcem. Było cudnie… W ogóle pogoda był przecudna – błękitne niebo przez cały czas, prawie zero wiatru i chmur na niebie, gorące Słońce roztaczające ciepełko wokół nas. Jedynie to, że tym razem na naszym forumowym zlocie byłem sam bez rodziny był elemencikiem braku czegoś, ale i tak było fantastycznie. W dniu powrotu z przyjaciółmi wpadliśmy w Góry Sowie i podziwialiśmy widoki z wieży widokowej na Wielkiej Sowie.

To był ten czas odpoczynku, rozmów, bycia sobą w cudownym miejscu (Góry Kamienne i Sowie), a przede wszystkim bycia z ludźmi, tymi dobrymi, ze swoją bracią. Wówczas był czas na wszystko, jakże odmienny od tego, tu i teraz, pełnego pośpiechu, braku chwili spokoju i ciągłego pędzenia gdzieś. Kocham ten spokój i ciszę.

Kocham także samo podróżowanie… szczególnie to podróżowanie pociągiem, kiedy nie wiadomo kto będzie siedział obok. Tym razem w jedną stronę rozmawiałem z osobą zajmującą się planami wieloletnimi, a w drugą z nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Obie rozmowy były bardzo ciekawe, a pani nauczycielka ma koty, a więc polubiliśmy się od pierwszego zdania. Jak dobrze pamiętać takie rozmowy, pełne wzajemnego szacunku, zrozumienia, z nutą ciekawości. Choć sam przebieg i ich treści zanikają z upływem czasu to jednak to wrażenie, ta pamięć tamtych odczuć, tak pozytywnych, pozostają dłużej ciesząc mnie. To były dobre podróże…

Właśnie, a jak sobie poradziłem z moją dietą – no cóż w plecaku była rozmrożona mrożonka miksu wieloowocowego, mleko sojowe, banany, susz warzywny, a także mikser i szpinak w liściach. Z kuchni schroniska pożyczyłem garnek do przygotowywania sobie moich śniadań. Poprosiłem o ugotowanie mojej zupki z moich składników i też nie było problemu. Schronisko Andrzejówka serwuję poza tym i tak dobre, wręcz wyśmienite dania, sądząc co widziałem i co usłyszałem od spożywających przyjaciół i innych gości. Nadal muszę, a przede wszystkim chcę, doskonalić swoje wyjazdowe menu i kuchnię, ale widzę coraz w żywszych barwach inne moje wyjazdy…