fotografia

Piąty kot

Posted on Updated on

Koty, wszędzie koty… w domu. Nie to, że jestem wyłącznie miłośnikiem futer kocich, ale tak się jakoś składa, że właśnie futrzaste koty lubią mnie szczególnie. W pierwszych dniach października mój syn wracając do domu niemal wjechał rowerem w kota. Im więcej czasu mija od tamtego wydarzenia tym bardziej uważam, że ten kot (Bezik) z pełną premedytacją spowodował to wydarzenie i zatrzymał mojego syna. Bezik (wiek około 5 miesięcy) mieszka oczywiście z nami 🙂 i jest przemiziasty.

Pewnego dnia zamawiając żarełko u moich Wetek dla innego mojego diabetycznego kocurka dorzuciłem się do puszki na leczenie bezdomniaka po zapaleniu ucha środkowego z kocim katarem, włącznie z porażeniem nerwów lewej strony. Walka o zdrowie tego kocurka Maciusia była ciężka, a Opiekunka bardzo dbała o futrzaste biedactwo. Była jednak tylko karmicielką całego stadka  i poszukiwano nowego domku dla Maciusia. Biedactwo było, no i uległem… nawet się nie broniłem, a jedynie wygenerowałem pytanie do mojej kochanej żony, no bo przesadzić nie można, a kot to życie i nie można być niepoważnym.

Maciuś trafił do nas. Mały (wiek około 5-6 miesięcy), po przejściach, odrastające futerko po wygoleniu pod kroplówki, chudzinka jeszcze po przejściach, spokojny i w ogóle.

Wcielone ADHD kocie, cicha woda brzegi rwie. Po prostu śmigacz z tego Maciusia. Pomimo początkowego fuczenia Bezik i Maciuś, dwaj koci przyjaciele na zabój. Maciuś jak nie może wskoczyć, bo nie jest w pełni sprawny, to się wspina, a jego główka na bakier nieco dodaje mu niesamowitego uroku. Maciuś okazał się miziakiem niesamowitym, gadułą i niesamowicie kontaktowym kotem. Para Bezik i Maciuś rządzi w domu 🙂 .

Najprawdopodobniej Maciuś nigdy już nie będzie w 100% sprawny fizycznie, ale sobie radzi. Lewe oczko otwiera się coraz częściej, choć być może dożywotnio będziemy dozować żel na suche oczy. Wrzód na gałce ocznej wydaje się zmniejszać. To wszystko jednak nie przeszkadza mu w dokazywaniu (dziś dwie szklanki spisane na straty) i wyrażaniu uczuć.

Dostojny Apsik może i nie jest szczęśliwy ale nie jest wrednie agresywny. Niestety dwa czarnuszki Julka i Kacper są ewidentnie aspołeczne i unikają nowego. W każdym bądź razie Maciuś, Bezik i Apsik (kolejność nie jest przypadkowa) stworzyli struktury zorganizowanej grupy przestępczej dokonującej porwań wszelkiej maści żarełka lub czegoś za takie można uznać. Efekt jest taki, że Bezik i Maciuś lądują na czas kucharzenia i spożywania w łazience lub jakimś pokoju. Inaczej pomimo wszelkich środków z trudem idzie gotować i jeszcze trudniej delektować się smakiem.

Mając dwa młode kocurki, kumple, kontaktowe, miziaste to naprawdę jest fajnie. Cieszę się bo Bezik ma towarzysza i ewidentnie jest bardziej zadowolony. Niestety po przeciwnej stronie mam Julkę i Kacperka, dwa koty (rodzeństwo, choć około 8 miesięcy różnicy w wieku), które są kompletnie nietowarzyskie i trudnomiziaste.

Na fotkach poniżej tylko Apsik, Bezik i Maciuś. Apsik to kot, który chudy nie jest, wręcz puszysty, ale to po prostu grube kości, które jako jedyne mogą unosić tak fajny charakter 😉 (pomimo starań). Apsik przyłapany na zabawie przez człowieka z miejsca udaje, że poprawia kamizelkę, zerka na dewizkę i sięga po gazetę codzienną 😀 Bezik i Maciuś szaleją z reguły, choć Bezik wydaje się być ctrl+C i ctrl+V Apsika 🙂 Dzieje się w domu oj dzieje…

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Fotki naszych kotów

Posted on

Nie goszczą na łamach blogu nazbyt często. Może dlatego, że jakoś do tego nie przywiązuje wagi, należytej wagi 😉 Może dlatego, że ich kocie mości nie życzą sobie upubliczniania wydarzeń z ich udziałem. Jednak troszkę już się zebrało, a efekty poniżej.

Fotołowy kampinoskie

Posted on

Wędrowanie jest tym czymś, co uwielbiam. Chciałem napisać niemało tu i teraz, ale załączę zdjęcia. 5 lutego, a w zasadzie w nocy z 4 na 5 lutego tak obfite opady śniegu mnie bardzo miło zaskoczyły. Niestety temperatura oscylująca wokół zera, w dniu zorientowana na plus, spowodowała, iż śniegu nieco ubyło. W każdym bądź razie pierwszy raz tej zimy odśnieżyłem chodnik przed posesją. Teoretycznie zgodnie z prawem za niego nie odpowiadam, ale jak ja tego nie zrobię to właściwe służby tym bardziej. Nie mogłem sobie odmówić spaceru. Pierwotnie zaplanowałem go na jakieś 12 km, ale okazało się, że i wyszedłem zbyt późno i w cale właściwie się nie czułem. Zamknąłem nową starą standardową pętlę 4 km.

Śnieg tłumił szum ulic, można było oderwać się od miasta, od problemów życia i po prostu powędrować sobie 🙂 Ślady wykazały, że nie tylko ja wpadłem na taki dobry pomysł.

Zima w Kampinosie

Posted on

Mieszkam w pobliżu, w zasadzie za miedzą, ulicą, lecz w każdym bądź razie blisko. Wczoraj pogoda jakże miło zaskoczyła, nie tylko mnie. Słońce, błękit nieba, lekki mróz cudownie oddziaływały na mnie i mnie cieszyły. Spacer był wręcz niezbędny. Zdecydowanie wolę pogodę właśnie taką. Lekki mróz preferuję zdecydowanie bardziej niż przysłowiowe +5 °C i chlapa. Zatem starałem się tyle ile mogłem chłonąć ten stan pogodowy. Przebieżka trwała nieco dłużej niż standardowo trwa bo sesje fotograficzne nieco spowolniły kroki. Wędrowaliśmy między po tzw. motylowej łące zupełnie nowym podestem dla turystów.

Śnieg i uśmiech

Posted on

W dniu w zasadzie wczorajszym, a dokładnie wczoraj wieczorem zaskoczyły nas, mnie, żonę, syna i koty niespodziewane, lecz zapowiadane bez przekonania opady śniegu :). Czekałem na śnieg, bo lubię zimę, bo lubię kiedy biały śnieg we dnie kiedy wieczór trwa od rana do nocy dają taką swoistą jasność, aż się serce bardziej raduje.

Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014

Obóz harcerski

Posted on

Jestem instruktorem, od kiedy to…, a od 1994 roku kiedy to wypowiedziałem instruktorskie zobowiązanie. To już 20 lat temu zapisanych kart historii. Nie liczę ile to obozów organizowałem, a ile współorganizowałem. To coś bez czego trudno żyć, trudno przeżyć wakacje, choć poświęcenie ponad miesiąc czasu na obóz nie jest łatwe w dzisiejszych czasach. Jednak bakcyl obozowania, który opanowuje niewielu nie jest do wyleczenia, choć sam potrafi przeminąć. Organizacja obozu to wyzwanie logistyczne i od tej strony to mnie pociąga. Wybór terenu, uzgodnienia formalno-prawne, a potem… Transport sprzętu, budowa infrastruktury, w tym nawet wiercenie studni, rozstawianie namiotów, budowa urządzeń w namiotach. Dla obozu 150-180 osób potrzeba około 25-30 ton sprzętu, który jest pakowany własnymi siłami na ciężarówki, wypakowywany na obozie i z powrotem ładowany i układany w magazynie. Jeżeli jednak obóz zwija się w deszczu to po powrocie trzeba namioty wysuszyć, a nie są to namioty małe. Trzeba to kochać by temu się poświęcać.

W tym roku miałem okazje uczestniczyć w kwaterce, czyli pracach mniejszej grupy przygotowującej obóz. Potem miałem jedynie okazje odwiedzać obóz w soboty i niedziele. W tym roku nie było mi dane, z wyboru, uczestniczyć w całym obozie. Czasem trzeba jednak odpocząć bardziej nieco. Obóz to praca, to tylko inne spędzenie czasu, ale to jednak praca. Zapewnienie funkcjonującej infrastruktury (kuchnia, magazyny, sanitariaty) wymaga nieustającej uwagi i dbania. Czas obozu to także czas napraw posiadanego sprzętu, jego przeglądu.

Jednak obóz to czas iluzji w opozycji do normalnych dni spędzanych w kole życia dom-praca/szkoła-dom. To czas przeżywania wieczornych spotkań przy gitarze, ogniskach, czy rozmów, na które codzienność nie pozwala w pełni. Ściany namiotów nie zapewniają dużej prywatności, a więc to czas obcowania z innymi ludźmi. W naszym środowisku to czas piękny, bo spędzany z ludźmi, którym się bardziej chce, z ludźmi przychylnymi i pomocnymi. Nie ma tu problemów dnia codziennego. Są oczywiście inne, ale wszystko razem pozwala na odreagowanie od szarości pozostałych dni roku.

Uwielbiam rozgwieżdżone noce i spadające meteory przecinające ciemność kosmosu. Szum kropel deszczu o dach namiotu zawsze mnie kołysze, działa jak kołysanka na stargane nerwy. Lubię burze, choć tu na obozie wolę jak są daleko. Codzienne obcowanie z przyrodą jest tak odmiennym stanem, że wartym przeżycia dla niego samego.