energia

Piąty kot

Posted on Updated on

Koty, wszędzie koty… w domu. Nie to, że jestem wyłącznie miłośnikiem futer kocich, ale tak się jakoś składa, że właśnie futrzaste koty lubią mnie szczególnie. W pierwszych dniach października mój syn wracając do domu niemal wjechał rowerem w kota. Im więcej czasu mija od tamtego wydarzenia tym bardziej uważam, że ten kot (Bezik) z pełną premedytacją spowodował to wydarzenie i zatrzymał mojego syna. Bezik (wiek około 5 miesięcy) mieszka oczywiście z nami 🙂 i jest przemiziasty.

Pewnego dnia zamawiając żarełko u moich Wetek dla innego mojego diabetycznego kocurka dorzuciłem się do puszki na leczenie bezdomniaka po zapaleniu ucha środkowego z kocim katarem, włącznie z porażeniem nerwów lewej strony. Walka o zdrowie tego kocurka Maciusia była ciężka, a Opiekunka bardzo dbała o futrzaste biedactwo. Była jednak tylko karmicielką całego stadka  i poszukiwano nowego domku dla Maciusia. Biedactwo było, no i uległem… nawet się nie broniłem, a jedynie wygenerowałem pytanie do mojej kochanej żony, no bo przesadzić nie można, a kot to życie i nie można być niepoważnym.

Maciuś trafił do nas. Mały (wiek około 5-6 miesięcy), po przejściach, odrastające futerko po wygoleniu pod kroplówki, chudzinka jeszcze po przejściach, spokojny i w ogóle.

Wcielone ADHD kocie, cicha woda brzegi rwie. Po prostu śmigacz z tego Maciusia. Pomimo początkowego fuczenia Bezik i Maciuś, dwaj koci przyjaciele na zabój. Maciuś jak nie może wskoczyć, bo nie jest w pełni sprawny, to się wspina, a jego główka na bakier nieco dodaje mu niesamowitego uroku. Maciuś okazał się miziakiem niesamowitym, gadułą i niesamowicie kontaktowym kotem. Para Bezik i Maciuś rządzi w domu 🙂 .

Najprawdopodobniej Maciuś nigdy już nie będzie w 100% sprawny fizycznie, ale sobie radzi. Lewe oczko otwiera się coraz częściej, choć być może dożywotnio będziemy dozować żel na suche oczy. Wrzód na gałce ocznej wydaje się zmniejszać. To wszystko jednak nie przeszkadza mu w dokazywaniu (dziś dwie szklanki spisane na straty) i wyrażaniu uczuć.

Dostojny Apsik może i nie jest szczęśliwy ale nie jest wrednie agresywny. Niestety dwa czarnuszki Julka i Kacper są ewidentnie aspołeczne i unikają nowego. W każdym bądź razie Maciuś, Bezik i Apsik (kolejność nie jest przypadkowa) stworzyli struktury zorganizowanej grupy przestępczej dokonującej porwań wszelkiej maści żarełka lub czegoś za takie można uznać. Efekt jest taki, że Bezik i Maciuś lądują na czas kucharzenia i spożywania w łazience lub jakimś pokoju. Inaczej pomimo wszelkich środków z trudem idzie gotować i jeszcze trudniej delektować się smakiem.

Mając dwa młode kocurki, kumple, kontaktowe, miziaste to naprawdę jest fajnie. Cieszę się bo Bezik ma towarzysza i ewidentnie jest bardziej zadowolony. Niestety po przeciwnej stronie mam Julkę i Kacperka, dwa koty (rodzeństwo, choć około 8 miesięcy różnicy w wieku), które są kompletnie nietowarzyskie i trudnomiziaste.

Na fotkach poniżej tylko Apsik, Bezik i Maciuś. Apsik to kot, który chudy nie jest, wręcz puszysty, ale to po prostu grube kości, które jako jedyne mogą unosić tak fajny charakter 😉 (pomimo starań). Apsik przyłapany na zabawie przez człowieka z miejsca udaje, że poprawia kamizelkę, zerka na dewizkę i sięga po gazetę codzienną 😀 Bezik i Maciuś szaleją z reguły, choć Bezik wydaje się być ctrl+C i ctrl+V Apsika 🙂 Dzieje się w domu oj dzieje…

Reklamy

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Życzenia Bożonarodzeniowe

Posted on

Betlejemski żłobek Chsrytusa

Wszyscy moi, nasi (ja, Żona, syn, nasze pięć kotów) Przyjaciele, a także Rodzino, Znajomi, Czytelnicy tego bloga składamy Wam życzenia, jakże radosne, jakże obiecujące, bo Bożonarodzeniowe. Dla mnie osobiście za każdym razem to radość, że na nowo, z Nowym Rokiem, ale i kolejnym dniem mogę pracować nad sobą, stawać się, czy lepszy, to już inni ocenią, ale dążyć ku temu by być lepszym. Wam życzę by Święta Bożego Narodzenia przeminęły w ich duchu, Rodzinnie, z najbliższymi, by były źródłem energii na dalszy czas.

 

Wilki Dwa

Posted on

wilkidwa

Gdy zobaczyłem tę książkę nie mogłem przejść obojętnie, wręcz od razu wzbudziła się chęć by ja mieć, ją czytać, czerpać z niej siły do pracy nad sobą. Robert „Litza” Friedrich oraz Adam Szostak OP stworzyli monologi w formie dialogu jako rekolekcje adwentowe w internecie w 2013 roku. Trafiły do mnie jakże silnie, jakże dogłębnie, bardzo mnie wsparły. Nie odkryłem ich tak do końca sam, lecz dzięki przyjacielowi Krzysztofowi dałem się porwać tym rekolekcjom, nie ja, lecz mój umysł.

Oczekiwałem z niecierpliwością kolejnego odcinka tych rekolekcji. Każdy z nich, każdy z poruszanych tematów w mniejszym lub większym stopniu dotyczył mnie, tego co się we mnie działo, co ze mną się działo. Proste słowa, proste opowieści, choć trudne tematy, zagadnienia, dobro i zło. Dla mnie nie w tych rekolekcjach błahości, miałkości, czego można się spodziewać, określając je „prostymi słowami”. Prostymi bo zrozumiałymi, w mig przeszywającymi moje wątpliwości, czy kruszącymi pychę, pychę zbudowaną we mnie dzięki temu złemu wilkowi.

Wierzę, czasem wątpię. Nie wstydzę się tego, że wierzę w Boga. Mam wolną wolę i mogę wybierać, tak wybrałem. Inni mogą wybrać inną drogę, to ich wybory. Długie lata byłem gościem w miejscu zwanym kościołem, a moje ścieżki w życiu nie były ścieżkami w wierze. Lepiej mi jednak na ścieżkach wiary, lecz co to znaczy lepiej? Po prostu ja czuję się lepiej, odczuwam większy spokój, rodzinne życie toczy się lepiej. Wyzwania, choć nieraz trudne, obciążające podejmuje, bo wiem, że nie jestem sam, przenigdy nie jestem sam. Nawet kiedy w życiu mym wydaje mnie się, że muszę sam się zmagać z problemami to w rzeczywistości nie jestem sam. Rozpoznawanie dobra i zła dzięki wartościom, które wyznaje może nie jest łatwiejsze, czy trudniejsze, ale odczuwam to inaczej, doświadczam osobiście tego zmagania się we mnie dwóch wilków. Wartości są tu dla mnie kluczowe, ale nie zamykam oczu, nie zakrywam uszu. Proszę i wierzę, że zdrowy rozsądek również jest niezwykle istotny w mym życiu, w życiu każdego z nas. Zadaję wiele pytań, wątpię, poszukuję odpowiedzi, bo tak trzeba. Jednak czuję, iż moja wiara, moje życie teraz jest inne, czuję większe oparcie w wartościach. Tak mam ja, takie jest moje doświadczenie, moje świadectwo.

Przyznam się, że niezwykle trudno mi szło pisanie powyższego akapitu i cały czas czuję jak jego słowa są jak piasek między zębami. Myślę, że jest tak dlatego, iż próbowałem pisać o odczuwaniu, przeżywaniu, uczuciach, a o tym trudno jest pisać, tylko czasem udaje się ubrać w słowa, coś co jest tym czymś, do czego zmierzamy.

Gdy zobaczyłem tę książkę, przypomniały mi się obrazy, odczucia, pozytywne z tamtego czasu oczekiwania na kolejny odcinek i przeżywanie tych rekolekcji w sobie. Nie mogłem sobie odmówić i nabyłem ją drogą kupna i czytam. Nie spieszę się. Jakbym ponownie mógł przeżyć te rekolekcje, a może dlatego tak mnie zainteresowała wersja książkowa, gdyż jest nieco poszerzona, uzupełnia to co było wcześniej. Polecam tym, którzy poszukują czegoś co ich poruszy w konkretnym kierunku, a tym innym polecam by po prostu przeczytać, może coś się wyniesie dla samego siebie. Ja czytam, uważam, że warto 🙂

Interstellar – czy warto?

Posted on

interstellar

Zanim poszedłem przeczytałem recenzję na jaką natrafiłem w internecie, napisaną przez Małgorzatę Steciak. Autorka wyraziła swoje zdanie, że Nolan nie osiągnął swojego właściwego kunsztu tym filmem, że nie dorasta ten film do jego poprzednich, jak choćby „Incepcji”. Spodobała mnie się ta recenzja. Nie było w niej pretensjonalności, może nieco na początku. Ciekawy tekst i dobrze mnie się go czytało. Zadałem sobie pytanie, czy ma rację? By jednak na to sobie samemu odpowiedzieć, sam musiałem film obejrzeć i tak też dzisiaj zrobiłem. Niejako oprócz niego dziś też obejrzałem „Fury”, ale właśnie „Interstellar” odcisnął mocniej swoje piętno na moich uczuciach.

Nie chodzę na film by go obejrzeć, lecz by go przeżyć, odczuć, poczuć. Czasami film nie daje mi tych szans, a czasami zaskakuje. Ja mimo wszystko dostrzegłem Nolana w tym filmie, to coś co wskazuje na niego. Faktycznie pierwsza połowa, tu w pełni zgodzę się z autorką, jest lepsza, lecz co to oznacza? Dla mnie tyle, że inaczej ją przeżywałem, niż kolejną połowę. Była bliższa mnie, nam, działa się tu na ziemi, właśnie po raz pierwszy, dla mnie tak udanie, oddająca umierający nasz świat, ginący, lecz nie zniszczony dokumentnie jeszcze. Ludzie pomimo tego co dzieje się wokół nich, nadal żyją. Większość to farmerzy, nawet byli inżynierowie, kosmonauci, piloci. Deszcz jest czymś mitycznym, prawie nikt się nie doskonali w niczym poza zwykłym przeżyciem, zwykłym, przeciętnym graniem w bejsbol. Nawet loty na Księżyć przedstawiono jako propagandowy miraż minionego wieku. Ludzi ograniczyli się do przeżycia w świecie, który umierał. Ziemia jak natura, w której przyszło ludzkości żyć bezpowrotnie umierała. Nie było szans. W takich warunkach podróże kosmiczne wydawały się całkowitą stratą czasu i funduszy. Dziś jakże dla nas naturalne, przy najmniej dla mojego pokolenia, dążenie ku gwiazdom, odkryciom, eksplorowanie w świecie Nolana zostaje zredukowane do codzienności bez marzeń o odkryciach. Dlatego, że to coś z czym mogę się ja niejako szybciej mentalnie skojarzyć bardziej trafia do mnie, do umysłu, do uczuć.

Czy jednak druga część filmu jest beznadziejna? Czy sięganie po wzorce z innych filmów jest w tym przypadku złe? Czy sztampowe wzorce scenariuszowe są tu także złe? Czy bohaterowie grają według kiepskiego scenariusza? Dialogi to „suchary” pełne banałów? Prawda, którą zawsze trudno dostrzec zapewne jest gdzieś w czasoprzestrzeni, poza horyzontem zdarzeń, poza zdolnościami nas by móc ją dostrzec, wyraźnie i w całości. Naukowcy, czołowe umysły swoich czasów i nauk, wyjaśniający sobie oczywistości nie są czymś niezwykłym. Nasze umysły żyją stereotypami, a nawet nasz wzrok nie widzi wszystkiego wokół nas, a mózg musi dobudować resztę wizji. Sam jestem naukowcem, a dziś każdy naukowiec siedzi w wąskim kanionie swojego obszaru. Czasem oczywistości przesłaniają inne kwestie, a czasem trzeba porozmawiać o tych oczywistościach. Takie rozmowy nie są dla mnie czymś dziwnym. Dzięki temu widz, który nie ma nawet zbliżonej wiedzy do możliwości pojęcia kwestii naukowych może poznać zagadnienie, by nie rozpraszał się na szczególe, lecz mógł obejrzeć film.

Czy „międzygalaktyczna siła miłości” może istnieć? Powoli zmierzam ku temu czym ten film dla jest. Na pierwszy rzut oka można nawet zgodzić się, że to … ale czy na pewno? W tym filmie nie Boga, Bogów, jest człowiek, a bohaterowie nie odbywają podróży do innych światów bo coś naukowcy odkryli, lecz dlatego, że Oni, byty wielowymiarowe, na to pozwoliły, umożliwiły. Może to właśnie one zastąpiły Boga? To jednak z punktu widzenia tego do czego zmierzam nie jest kluczowe w tym filmie. Można przystać na to, iż w filmie są uproszczenia, a czasem rozwiązania sytuacji i problemów dzieją się jakby tak od pstryknięcia palcami, ale czy właśnie to nie jest najlepszym wyborem? To każdy widz niech oceni sam w sobie. Któż z nas nie podejmuje decyzji podłóg własnych uczuć, nie ulega im, nie kocha, nienawidzi? Zdolność podejmowania decyzji obiektywnie, bez własnych uczuć nie istnieje, jest nieprawdziwe. Każda decyzja to suma uczuć, podświadomości, która odgrywa w naszych życiu znacznie większą rolę, niż nam się powszechnie wydaje. Obiektywizm to ideał, do którego co prawda możemy dążyć, ale tylko próbować. Nawet robot, czy komputer nie są w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Programy tworzą ludzie, używając matematyki, a więc założeń, uproszczeń. Współczesne nam sztuczne inteligencje zaczynały swoją naukę pod kierunkiem człowieka, a gdyby istniała czysta sztuczna inteligencja, nie byłaby najprawdopodobniej w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Czy tego chcemy czy nie, jako ludzie przede wszystkim podejmujemy decyzje na podstawie intuicji i podświadomości, a wiedza i mądrość mają swój udział, ale tylko udział. Może najbardziej ckliwe to to jak główny bohater powraca po ponad 100 latach dzięki Nim. Film tu pozostawia niedopowiedzenie, pokazuje zdolność dążenia człowieka do dalszego odkrywania, szukania tych osób, które są jemu bliskie.

Dla mnie to film o rodzinie, miłości w rodzinie, miłości do dzieci, miłości do rodzica, więzach między ludźmi, empatii, podejmowaniu odpowiedzialności za swoich bliskich jak i całą ludzkość, ale przede wszystkim w warstwie emocjonalnej. Niby bohaterowie ratują ludzkość, starają się, ale tak naprawdę podróżują wraz z własnymi miłościami, uczuciami lub ku nim, mniej lub bardziej świadomie. Cała otoczka świata Nolana, apokaliptycznego w pierwszej części i sf w drugiej to tylko nośnik dla rdzenia, dla więzów międzyludzkich. Tym ten film okazał się dla mnie. Pewnie będę wracał do niego wielokrotnie. To co okazało się dla mnie osobiście ważne to muzyka, która dla mnie jest jakże ważna, a w połączeniu z obrazem czyni cuda, lub może zniszczyć wszystko. Tu ewidentnie była na właściwym miejscu. Można w tym filmie z łatwością odkryć fragmenty „Odysei” Kubrick’a ale to wersja Nolana, bez zniekształceń, jakże dobrze dobrana w tym filmie.

Oczywiście McConaughey swoją rolą nadaje wartość temu filmowi, a niemal epizodyczna rola Matt’a Damon’a jest najgorsza, ale dla mnie też nie do końca. Jednak ten film jest dla mnie filmem dobrym, gdyż zaoferował odbiorcy coś co dziś spychane jest w niebyt, rodzinę, miłość, rodzicielstwo, nadzieję, zakończenie, które nie jest może super wygraną, ale nie jest przegraną, że warto, że trzeba… Może tylko ja tak go odebrałem, może dlatego, że jestem naukowcem, że jestem ojcem, mężem, może dlatego, że… to już tylko dla tych co mnie znają 😉 Może dlatego, że podświadomie potrzebowałem właśnie takiego filmu i nie dostrzegam ewidentnego kiczu? Może i wszystko gładko płynie, akcje czasem szybciej, czasem wolniej, a rozwiązania się znajdują. Efekt happy end’u? By on zaistniał fabuła musi do niego doprowadzić, a tym samym wpływa na film.

Życzę miłego seansu.

Obóz harcerski

Posted on

Jestem instruktorem, od kiedy to…, a od 1994 roku kiedy to wypowiedziałem instruktorskie zobowiązanie. To już 20 lat temu zapisanych kart historii. Nie liczę ile to obozów organizowałem, a ile współorganizowałem. To coś bez czego trudno żyć, trudno przeżyć wakacje, choć poświęcenie ponad miesiąc czasu na obóz nie jest łatwe w dzisiejszych czasach. Jednak bakcyl obozowania, który opanowuje niewielu nie jest do wyleczenia, choć sam potrafi przeminąć. Organizacja obozu to wyzwanie logistyczne i od tej strony to mnie pociąga. Wybór terenu, uzgodnienia formalno-prawne, a potem… Transport sprzętu, budowa infrastruktury, w tym nawet wiercenie studni, rozstawianie namiotów, budowa urządzeń w namiotach. Dla obozu 150-180 osób potrzeba około 25-30 ton sprzętu, który jest pakowany własnymi siłami na ciężarówki, wypakowywany na obozie i z powrotem ładowany i układany w magazynie. Jeżeli jednak obóz zwija się w deszczu to po powrocie trzeba namioty wysuszyć, a nie są to namioty małe. Trzeba to kochać by temu się poświęcać.

W tym roku miałem okazje uczestniczyć w kwaterce, czyli pracach mniejszej grupy przygotowującej obóz. Potem miałem jedynie okazje odwiedzać obóz w soboty i niedziele. W tym roku nie było mi dane, z wyboru, uczestniczyć w całym obozie. Czasem trzeba jednak odpocząć bardziej nieco. Obóz to praca, to tylko inne spędzenie czasu, ale to jednak praca. Zapewnienie funkcjonującej infrastruktury (kuchnia, magazyny, sanitariaty) wymaga nieustającej uwagi i dbania. Czas obozu to także czas napraw posiadanego sprzętu, jego przeglądu.

Jednak obóz to czas iluzji w opozycji do normalnych dni spędzanych w kole życia dom-praca/szkoła-dom. To czas przeżywania wieczornych spotkań przy gitarze, ogniskach, czy rozmów, na które codzienność nie pozwala w pełni. Ściany namiotów nie zapewniają dużej prywatności, a więc to czas obcowania z innymi ludźmi. W naszym środowisku to czas piękny, bo spędzany z ludźmi, którym się bardziej chce, z ludźmi przychylnymi i pomocnymi. Nie ma tu problemów dnia codziennego. Są oczywiście inne, ale wszystko razem pozwala na odreagowanie od szarości pozostałych dni roku.

Uwielbiam rozgwieżdżone noce i spadające meteory przecinające ciemność kosmosu. Szum kropel deszczu o dach namiotu zawsze mnie kołysze, działa jak kołysanka na stargane nerwy. Lubię burze, choć tu na obozie wolę jak są daleko. Codzienne obcowanie z przyrodą jest tak odmiennym stanem, że wartym przeżycia dla niego samego.

Refleksja

Posted on

Gdy zamykam oczy, odpycham szum cywilizacji, warkot samolotów i samochodów, kroki spieszących się ludzi nie wiadomo dokąd. Cały ten zgiełk w mej głowie spycham, wypycham z siebie by cały znikł i nie krążył we mnie już. Jedynie delikatne słowa żony i przyjaźni dopuszczam w głąb siebie. Staram się pójść tam gdzie spokój, ukojenie. Nie zawsze mam siły, nie zawsze mam odwagę zadbać o siebie, lecz zawsze jestem dla miłości mej, dla mej żony i przyjaźni. Nie szczędzę wysiłków dla Tych co mnie potrzebują, którym mogę pomóc, lecz czasem jakże trudno samemu prosić o pomoc, o wsparcie, o po prostu bycie razem. Są tacy co wiedzą, nie jest nas mało, lecz wiemy co to oznacza.

Kiedy wokół mnie panuje cisza, nie słyszę nawet szeptów miłości i przyjaźni wchodzę na drogę do domu na wzgórzu pośród drzew, skrytego w ich cieniu. Smugi Słońca przenikają przez korony zapewniając subtelny taniec wokół mnie. Szum wiatru kojąco kołysze umysł. Pobliski strumień dołącza się do melodii podtrzymujących me kroki do domu. Siadam na werandzie w wygodnym fotelu przy stoliku z herbatą i książkami. Zagłębiam się w lekturze jeszcze bardziej wpuszczając do siebie spokój i radość, będąc daleko od trosk dnia codziennego, od trosk ciążących na mych dłoniach i rękach, wypełniających umysł.

Jestem w domu, przystani, po trudach. Nie lubię z niego powracać do rzeczywistości zmagań, także z samym sobą. Choć miłość nasza, moja żona mnie wspiera, jest przyjaźń to tęsknię za tym domem, za chwilami tam kiedy odległe błyski grzmotów wieszczą ożywczy deszcz, szumiący po dachu, spływających do beczek. Zimą rozpalam w kominku i w otuleniu koca czytam kolejne karty książek, czy to moich, czy pożyczonych.

Powrót boli, zmusza do wysiłku, do stawiania kolejnych kroków w codzienności…