Chrystus

Macierzyństwo, moje spojrzenie

Posted on

Niejako pozbawiony telewizji, a i w przestrzeni internetu nie zawsze podążam za prądami innych, zupełnie przypadkiem wpadłem na wpis pani Pauliny Młynarskiej, która w żenujący sposób, przy najmniej dla mnie, popłynęła w temacie kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Słusznie zauważyła, iż kampania skierowana jest do wąskiego grona kobiet. Jednak czy aby na pewno? Gdyby było takie wąskie nie miałoby statystycznie wpływu na przesuwający się statystycznie właśnie wiek zachodzenia w ciążę.

Nie wiem jakie intencje, przy najmniej częściowo miała pani Paulina Młynarska ale ja osobiście uważam, twierdzę, jestem przekonany i w ogóle, że że seks nie jest wyłącznie zabawą, a konsekwencje „wpadki” od tak można usunąć. Nie zamierzam dyskutować o dostępie do aborcji, bo to jest temat bardzo trudny, w którym za wszelką cenę niszczy się te najważniejsze osoby, kobiety. Dyskutuje się odkładając to co najważniejsze gdzieś na bok, zapominając o ludziach. To moje osobiste zdanie. Faktem jest, że są w wielu przypadkach wskazania medyczne dotyczące zdrowia kobiety przy nadziei powodujące iż usunięcie ciąży jest tym rozwiązaniem, które trzeba rozważać. Bez wątpienia jest to dramat dla matki, która dziecka pragnie. Niewątpliwie po aborcji nie ma tak, że nie ma problemów emocjonalnych, że to od takie proste i bezproblemowe. Faktem są komplikacje zdrowotne, że tak ujmę cielesne. Absolutnie nie akceptuję takiego podejścia do seksu i poczęcia życia, iż można je usunąć bo to wpadka, bo przecież miało być tylko tak fajnie. Jak już dwoje ludzi chce uprawiać seks, który jest piękny, może być piękny, jest niesamowity, ale to także podjęcie odpowiedzialności. Jeżeli seks jest jedynie radochą to jest to płycizna, emocjonalna mielizna. Jest akcja, jest reakcja. Każde nasze czyny i słowa mają konsekwencje i trzeba umieć je podejmować. Mogę tylko współczuć tym, dla których seks jest tak płytki emocjonalnie. Kwestia gwałtu to dla mnie obszar, gdzie to kobieta jest jako ofiara najważniejsza i wszelkie środki należy skierować na jej wsparcie. Nawet zdrowotnie może się okazać, że donoszenie i urodzenie będzie lepsze od aborcji, ale to powinna być przede wszystkim decyzja kobiety, ale decyzja podjęta rzetelnie. Dla mnie zdrowie to nie tylko ciało ale i umysł. Zdrowie psychiczne jest równie istotne, a zdrowie w ogóle należy rozpatrywać kompleksowo. To nie jest przecież tak, że każdy przypadek jest taki sam – za każdym razem są to indywidualne tragedie i historie i każda jest inna, jak każdy inny osobowościowo jest człowiek.

Macierzyństwo nie jest jak to określiła autorka, zapewne prowokacyjnie, psim obowiązkiem kobiety, suki jak to padło niejednokrotnie w treści. Jedne mają ku temu predyspozycje, inne nie. Wykwalifikowane profesjonalistki, obyte w świecie, podróżujące, podobnie jak profesjonaliści, obyci w świecie, podróżujący – nie oznacza, że mądre, mądrzy. Mądrość niestety nie idzie szczególnie często w parze z wiedzą, stąd też i rozróżnienie mądrości i wiedzy. Podobnie jak z faktem, iż nie zawsze większość ma racje. Problemem wieku jest to, że w pewnym momencie jest już zbyt późno na to by zrobić to i tamto, także by być Rodzicem. Osobiście uważam, że wolę być młodszym rodzicem, niż bardziej dziadkiem – ojcem dla swojego dziecka. Oczywiście doświadczenie życiowe powoduje, że niejako wydaje nam się, że jesteśmy z każdą minutą coraz lepsi, jak dobre wino. Jednak bycie Rodzicem to nie moment odkorkowania butelki, a nawet takie porównanie jest totalnie niepełne. Bycie Rodzicem to totalna rewolucja w życiu 🙂 i trzeba to przeżyć by móc zdecydowanie większą podstawę by o tym mówić, a mówić warto o tym 🙂

Odniesienie się pani Pauliny Młynarskiej do Pań w kasach w ogóle nie wiem jak należy potraktować, czy może jako pogardę dla nieudaczników życiowych? Może w ogóle co innego miała autorka na myśli. Dla mnie to takie pokazanie, że są zawody gorsze, złe, beznadziejne – a według mnie brak etosu pracy, szacunku dla pracy to jeden z głębokich problemów naszego kraju. A już totalnie mnie rozbawiło „… pod dyktando kościoła…” – bo to przykład nadinterpretacji i także niewiedzy. To, że kościół katolicki reprezentuje jakże bezkompromisową postawę w zakresie aborcji ma zarówno plusy jak i minusy. Pomijając jakże wiele problemów kościoła hierarchicznego trudno, choćby na logikę, zdrowy rozsądek, odmówić racji w potępianiu swobodnego dostępu do aborcji i tym samym sprowadzania seksu do wyłącznie chemicznej reakcji organizmu na fizyczne zbliżenie dwojga ludzi. Osoby wierzące, katolicy mają takie samo prawo do wyrażania swojej opinii jak i zwolennicy aborcji. Czy niejako automatycznie stają się źli? Zupełnie inną kwestią, absolutnie życiową, jest to, że życie to seria kompromisów i regulacje na poziomie społecznym wymagają kompromisów. Kwestia aborcji to kwestia bardzo trudna, nie dająca się rozwiązać, uregulować na ostro, to raczej pływanie w szerokim pasie granicznym. Niewątpliwie edukacja seksualna jest niezbędna, wiedza o budowie człowieka, znajomość elementarnych zasad rządzących naszymi ciałami, ale także cała masa pracy w warstwie emocjonalnej, a więc i etycznej to fundament dla młodych ludzi. Seks nie może być traktowana wyłącznie jako przyjemność, fizyczna zabawa bez konsekwencji. Pracuję z młodymi ludźmi i widzę głównie ludzi zarażonych „współczynnikiem doraźnej korzyści”, nie umiejących podjąć odpowiedzialności, udźwignąć konsekwencji własnych czynów i słów – to jest wręcz pandemia. Dojrzałość emocjonalna jest tu odległym lądem, którego większość z nich nie odkryła, ale już fizycznie mogą stać się Rodzicami. Edukacja seksualna pozbawiona pracy z uczuciami, aspektami etycznymi jest po prostu pozbawiona sensu.

Niewątpliwie pani Paulina Młynarska stanowi przykład osoby bardzo dobrze radzącej sobie z wyzwaniami życia i to bardzo dobrze, lecz nie oznacza to, że większość ma aż tak dobre predyspozycje. Autorka poruszyła także bardzo istotne kwestie, jak ściąganie alimentów, realnie dostępne tanie żłobki i przedszkola, a ja od siebie dodam, że powinny być darmowe, a nie tanie bo to wówczas jest realnym wsparciem Rodziców, a przede wszystkim pokrywające 100% zapotrzebowania. Nie łudźmy się ale przedszkole i szkoła to miejsca gdzie nie wychowuje się zamiast Rodziców, ale miejsca, przestrzenie gdzie kształtuje się i doskonali zachowania i postawy społecznego funkcjonowania. Autorka poruszyła także kwestie ściągalności alimentów – jakże istotną kwestię, która obecnie jest po prostu regulowana beznadziejnie.

Panie Paulina Młynarska twierdzi, że posiadanie potomstwa to w połowie kwestia męskiej połowy świata. Jednak czy tego chcemy czy nie dzieci dziedziczą więcej genów po matce niż po ojcu i owszem już wychowanie dziecka to w połowie obowiązek ojca i w połowie matki. Autorka stwierdziła dobitnie, cytuję „A pozostałe 98,5 procent kobiet w wieku rozrodczym, które za sprawą dyktowanej przez episkopat polityki nie mają dostępu do antykoncepcji…” – to ja chyba mam problemy ze wzrokiem w hipermarketach. Poza tym nie znam środków chemicznych, w tym leków, które nie mają skutków ubocznych. Nie środków medycznych, które nie wpływają negatywnie. Listy skutków ubocznych i działanie terapeutyczne to suma, która ma być ostatecznie dodatnia dla pacjenta, ale nie oznacza, że nie ma negatywnych następstw poza tymi pozytywnymi. Nie jestem specjalistą w kwestiach medycznych, ale im mniej czegokolwiek się bierze tym lepiej. Mam choróbsko autoimmunologiczne i leki zażywać muszę, a im mniejsze dawki tym lepiej. Episkopat nie dyktuje polityki. Nie przypominam sobie by ustawy i regulacje prawne pisali biskupi. To zdanie jest po prostu nieprawdziwe, a co najmniej niepełne. Wyrażanie opinii to jedno, a pisanie ustaw to drugie.

Równość między kobietą i mężczyzną to dla mnie przede wszystkim równość w prawie, wynagrodzeniach, prawie do rozwoju osobistego. Jestem mężczyzną i jestem jaki jestem, nie mogę tego co kobieta i na odwrót. Nie ma równości cielesnej, ani duchowej. Nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób mężczyzna przewyższa kobietę. Dlatego Rodzina jest Rodziną pełną kiedy jest i żona, matka i mąż, ojciec gdyż i dla siebie i dla dzieci stanowią komplementarność – zarówno w ujęciu życia codziennego jak i emocjonalnego, czy duchowego. Brak jednego tylko pierwiastka nie jest ostatecznie dramatem, ale nie jest też czymś pożądanym, czy pozytywnym, a rozpad małżeństwa da o sobie znać u dzieci, prędzej, czy później, czy tego chcemy, czy nie.

Chcemy połowy świata, połowy kasy, połowy pracy i połowy zmartwień związanych z posiadaniem potomstwa. Połowy.

Paulina Młynarska

Połowy absolutnej się nie da. Nie wiem jakbyśmy wszyscy chcieli, ale myślę, tak mi się wydaje, że więzi miłości matki i dziecka są znacznie silniejsze niż ojca i dziecka, przy najmniej na znacznym etapie. Nie wiem jak bardzo bym kochał, a kocham bardzo moje dziecko, a miłość jego matki jest i tak mocniejsza. Nie wątpliwie poza tym połowa obowiązków wychowania spada na oboje Rodziców, co dla mnie jest zupełnie naturalne.

Spodobał mi się ten tekst: https://parenting.pl/portal/najlepszy-wiek-zeby-zajsc-w-ciaze

Reklamy

Droga Krzyżowa subiektywnie, stacja II

Posted on

Stacja II, Jezus bierze Krzyż.
Stacja II, Jezus bierze Krzyż.

Jezus bierze Krzyż. Poprzednio napisałem jak sam poczułem ten mój własny krzyż. Dźwigam go codziennie. Jestem wdzięczny, że czasem go nie czuję, a innym razem, że ciąży. Jest dla mnie świadectwem, przypomnieniem.

To początek wykonania wyroku na Jezusie Chrystusie. Nie możemy dostrzec, dziś to niemożliwe, onegdaj w tamtym czasie również. Przyjmując, iż ów krzyż, który zaczyna dźwigać Chrystus waży tyle ile zebrane w nim przewinienia i grzechy ludzi, Chrystus musi być synem Bożym, gdyż nikt inny nie mógłby go udźwignąć. Ci co mu pomagają być może doznają tej swoistej łaski Bożej mocy. Tak sobie myślę, że bez wątpienia Bóg Ojciec mógł uratować swojego syna.

Tu kolejna istotna kwestia, posłuszeństwo. Możemy czasem narzekać, nawet krytykować, że przykładowo to kazanie, tego księdza, na mszy było jakże ostre, gorzkie jak piołun. Ci co przyszli mogli się zrazić do kościoła – czyż Bóg nie wybacza? Ależ tak, a jego miłość, miłosierdzie są nieskończone. Jednak nikt nie będzie zbawiony, nikt nie dostąpi życia wiecznego w niebie bez sądu jego czynów, jego słów, bez osądzenia kim był wobec innych na ziemi. To co czyni mi każdego dnia określa nas, czyni nas tymi kim jesteśmy. Mamy wolną wolę, możemy wybierać jakimi ścieżkami wędrujemy pośród meandrów codziennego ziemskiego życia.

Dziękuję Bogu, za wszelkie trudności w moim życiu, za niepowodzenia, za troski, za trudne chwile z dzieciństwa, za moje własne błędy. Przecież mógł mnie od nich uchronić, lecz czyż to nie najepsze możliwości by dowieść na początek samemu sobie, że można być dobrym, że można próbować. Może udowadniając to sobie przede wszystkim jednak dajemy świadectwo Jemu, że warto było odkupić nasze grzechy.

Ta stacja ma dla mnie, szczególnie w ostatnim czasie, ogromne znaczenie:

Każdy z nas winien swoje problemy i trudności nosić we własnym krzyżu, każdego dnia.

Nie można swoich trosk, problemów, trudności przerzucać na innych, obciążać ich, a samemu oczekiwać, iż oni rozwiążą je dla nas, bez nas. Bardzo dobrze, według mnie, wpisuje się tu bycie odpowiedzialnym „za innych” oraz „wobec innych”. Pierwsze podejście jest toksyczne, niszczące relacje, drugie budujące nową jakość. Wyjątkowo jedno bycie „odpowiedzialnym za” jest bardzo dobre – „za siebie samego”.

Uznając, iż Chrystus nigdy nie obciąży nas naszym własnym krzyżem, którego nie bylibyśmy w stanie unieść to kiedy wydaje nam się, a ja tak miałem, że jednak nie jesteśmy w stanie to oznacza, że nie znamy własnych możliwości, nie wierzymy w nie, deprecjonujemy własną wartość.

Uważam osobiście, iż dzięki temu, że dźwigam swój własny krzyż, powoli uczę się tego co mogę, doceniam swoją wartość – mogę wynieść swoje własne doświadczenie życia, dawać świadectwo innym. Nie przerzucę na nich swojego doświadczenia, ale mogę być odpowiedzialnym wobec nich – dzielic się sobą, swoimi uczuciami, pomóc gdy poproszą, gdy trzeba, czasem być przewodnikiem, zaufać, ale nie kontrolować, nie mówić co należy, bo każdy, choćby ze wsparciem najblizszych, czy przyjaciół ale jednak samodzielnie powinien podejmować swój krzyż.

Droga Krzyżowa, cyklicznie w Wielkim Poście, cyklicznie co roku daje nie tylko mi możliwość odkrycia, doświadczenia, zaczęcia na nowo.

Droga Krzyżowa subiektywnie, stacja I

Posted on

Od kilku lat gdzieś tam we mnie tliła się potrzeba by jakoś siebie określić w Wielkim Poście, by odnieść się sam w sobie do Drogi Krzyżowej. Mam tak, że jak już coś spisuję to i przy tym mam te najgłębsze przemyślenia. Lubię pisać, bo potem można do tego wrócić. Osoby, które mnie znają wiedzą, że jestem osobą wierzącą, a w nomenklaturze pewnej „praktykującą”. Wiara jest dla mnie czymś bardzo osobistym, a przez to że mnie określa staje się publiczna. Gdybym był chorągiewką to nie powiewam raz w tę, raz w tamtą bo akurat jestem w domu, czy w pracy. Jestem jaki jestem w każdej chwili i miejscu. Bardzo lubię modlitwą rozmawiać, w ciszy i spokoju. Lubię, bardzo rozmawiać o duchowym rozwoju, a każdy z nas ma w tym swoją własną drogę. Są tacy, którzy w wierze przeżywają zupełnie inaczej niż ja, mając inny punkt widzenia wnoszą choćby stary temat w świeżym spojrzeniu. Są tacy, którzy nie wierzą, a to ich wybór, co nie oznacza, że rozmowa przy herbacie może być niemiła. Szacunek dla innych jest dla mnie istotny, to fundament w relacjach społecznych.

Postanowiłem w tym roku zrealizować tę ideę która tliła się we mnie i odniosę się do tego co czuję, jak myślę, jakie mam wnioski po rozważaniach każdej ze stacji Drogi Krzyżowej. Przeważnie bardziej, lub mniej odnajduję się przy rozważaniach, kiedy uczestniczę. Lubię Drogę Krzyżową, bo to jakby wypunktowanie, możliwość zwrócenia uwagi na coś co umyka mi w życiu codziennym. Dlaczego „subiektywnie”, bo to moje przemyślenia i wnioski. Oczywiście na potrzeby blogu miejscami uogólnione. Internet to wspaniałe miejsce dzielenia się wiedzą, spostrzeżeniami, przeżyciami i uczuciami, ale każdy ma swoją prywatność, która jest tylko jego i nikogo innego.

Sięgnąłem do kilku źródeł w internecie. W końcu większość co przeszukuje internet, wyszukując rozważań o Drodze Krzyżowej i tak by tam zawędrowała, no może nie zawsze ale jednak…. Nie śmiem nawet podchodzić tu do rozważań teologicznych. Podkreślenie tej subiektywności ma świadczyć, że to moje przemyślenia, być może tu i ówdzie właściwe, a tu i tam nie.

W tej chwili w myślach pojawiło się pytanie, dlaczego ja tak lubię Drogę Krzyżową? Może dlatego, że za nim wszedłem ponownie na ścieżki wiary było kilka wydarzeń, które mnie niejako doświadczyły wiarą. Jednym z nich było doświadczenie niemal fizyczne, w czasie pracy, niejako z zaskoczenia. Bardzo wyraźnie poczułem na ramieniu własny krzyż, który dźwigam w swoim własnym życiu. To było niesamowite w przeżyciu. Ja, inżynier, technokrata, technolog, naukowiec czułem wyraźnie ucisk krzyża na ramieniu. To tylko słowa, ale było to jedno z głębszych doświadczeń w wierze jakich doznałem.

Stacja I Drogi Krzyżowej
Stacja I

Chrystus został skazany w ujęciu boskim dosłownie za nic, absolutnie bezpodstawnie. Został pomówiony, wyśmiany, a jego nauczanie umniejszone. Celowo i z premedytacją zniszczono w ludzkim wymiarze Jego godność. Niesłuszne oskarżenia, wyszydzanie, negatywne budowanie czyjegoś wizerunku, spotykamy się z tym codziennie, może nie osobiście, ale jednak każdego dnia obserwujemy takie działania. Dziś wystarczy w eter rzucić plotkę by ktoś padł jej ofiarą i to niemal bez szans na obronę swojego imienia. Kuriozalność sytuacji polega na tym, że oskarżyciel pozostaje w cieniu, nie ponosi odpowiedzialności za wyrządzone krzywdy, a właśnie to on powinien musieć udowodnić moc oskarżenia.

Powinniśmy być świadomi jak łatwo można manipulować innymi. Jak łatwo my niejednokrotnie ulegamy temu co nam się przekazuje. Prawda, czym jest, jaka jest jej definicja? Elementarne prześledzenie rozważań na ten temat samo w sobie stanowi intelektualną podróż i nie lada gratkę. Od jakiegoś czasu staram się podchodzić do większości informacji z automatycznym dystansem, przyjąć coś do wiadomości, ale kwestie wiarygodności informacji są już jakby inną kwestią. Szczególnie niebezpieczne w przekazie medialnym są, jak to określam, słowa komentarza, uzupełnień, gdybania. Pożar mostu Łazienkowskiego – pierwotnie podawano, że pali się jego konstrukcja, a w rzeczywistości nie tyle co konstrukcja samego mostu, a pomostu technicznego. To przecież zasadnicza różnica.

Ile razy sami dokonywaliśmy osądu kogoś, czasem po samym wyglądzie, a potem nasze sądy okazywały się jakże nieprawdziwe. Ważną dla mnie szkołą w tym zakresie była praca w Komisji Stopni Instruktorskich w moim macierzystym hufcu harcerskim. Niejednokrotnie stałem, nie tylko ja, cała komisja, przed typowym zadaniem zamknięcia próby instruktorskiej, dopuszczenia nowej osoby do instruktorskiego grona wychowawców. Z rzadka kiedy można było wykorzystać osobiste doświadczenie ze wspólnej z kandydatem pracy harcerskiej. Podstawą była próba, sprawozdanie, opinie innych instruktorów, rozmowy z kandydatem. Trudno tu mówić o wystarczających zasobach wiedzy, a jednak decyzję należało podjąć. To były niejednokrotnie trudne wyzwania. Współuczestniczyłem w osądzeniu, czy dany kandydat zrealizował swoją próbę pozytywnie i czy będzie dopuszczony do złożenia Zobowiązania Instruktorskiego. Pracując jako akademik cieszyłem się, iż nie kojarzę imion i nazwisk studentów z ich obliczem. Wiadomo, czasami ktoś podpadł. Dzięki temu kiedy sprawdzałem wyniki egzaminu, kolokwium, czy projekty sprawdzałem je, a nie przede wszystkim osobę, która je zrealizowała.

Piłat sądząc i skazując Chrystusa postępował według swojej mądrości, pod naciskiem Arcykapłanów i podburzonego tłumu. Nie jest w stanie wykroczyć poza ograniczający go krąg, ani obaw i lęków, ani napierających na niego Arcykapłanów. W opozycji do prawiących mowy Piłata, Arcykapłanów mamy wymowną ciszę ze strony Chrystusa. Ilekroć my ulegamy, dajemy się zwieść podszeptom, własnym lękom, byle tylko nie stanąć na pierwszej linii, nie przeciwstawić się, nie stanąć za kimś murem, byle nie znaleźć się w centrum uwagi. Nie musimy dokonywać bohaterskich czynów, lecz jednak gdzie w nas znajduje się ta granica, po przekroczeniu której przestajemy być sobą, czyny nie wynikają z postaw. To bardzo niebezpieczna sytuacja, gdyż w rzeczywistości to nie nasze postawy określają nasze zachowania, lecz właśnie zachowania syntezują postawy. Zarówno postępowanie Piłata,  a przede wszystkim Chrystusa uzmysławia mi, że jakże niejednokrotnie człowiek bywa ograniczony w mądrości, nie mogąc wyrwać się ze schematów postępowania. Milczenie Chrystusa świadczy mi, iż czasem trzeba milczeć. Ja milczę kiedy zdaję sobie sprawę, że chyba „nic nie wiem” w danej sytuacji. Można wyrazić potoki pustych słów, ale nie będą one miały żadnej mądrości. Wówczas cisza wręcz o niej świadczy, o tym że człowiek wie gdzie jest jego miejsce w tym co się wokół dzieje. Chrystus bez wątpienia jako człowiek i Bóg wiedział, a jego mądrość bezapelacyjnie przerastała tych co go osądzili.

Życzenia Bożonarodzeniowe

Posted on

Betlejemski żłobek Chsrytusa

Wszyscy moi, nasi (ja, Żona, syn, nasze pięć kotów) Przyjaciele, a także Rodzino, Znajomi, Czytelnicy tego bloga składamy Wam życzenia, jakże radosne, jakże obiecujące, bo Bożonarodzeniowe. Dla mnie osobiście za każdym razem to radość, że na nowo, z Nowym Rokiem, ale i kolejnym dniem mogę pracować nad sobą, stawać się, czy lepszy, to już inni ocenią, ale dążyć ku temu by być lepszym. Wam życzę by Święta Bożego Narodzenia przeminęły w ich duchu, Rodzinnie, z najbliższymi, by były źródłem energii na dalszy czas.

 

Wilki Dwa

Posted on

wilkidwa

Gdy zobaczyłem tę książkę nie mogłem przejść obojętnie, wręcz od razu wzbudziła się chęć by ja mieć, ją czytać, czerpać z niej siły do pracy nad sobą. Robert „Litza” Friedrich oraz Adam Szostak OP stworzyli monologi w formie dialogu jako rekolekcje adwentowe w internecie w 2013 roku. Trafiły do mnie jakże silnie, jakże dogłębnie, bardzo mnie wsparły. Nie odkryłem ich tak do końca sam, lecz dzięki przyjacielowi Krzysztofowi dałem się porwać tym rekolekcjom, nie ja, lecz mój umysł.

Oczekiwałem z niecierpliwością kolejnego odcinka tych rekolekcji. Każdy z nich, każdy z poruszanych tematów w mniejszym lub większym stopniu dotyczył mnie, tego co się we mnie działo, co ze mną się działo. Proste słowa, proste opowieści, choć trudne tematy, zagadnienia, dobro i zło. Dla mnie nie w tych rekolekcjach błahości, miałkości, czego można się spodziewać, określając je „prostymi słowami”. Prostymi bo zrozumiałymi, w mig przeszywającymi moje wątpliwości, czy kruszącymi pychę, pychę zbudowaną we mnie dzięki temu złemu wilkowi.

Wierzę, czasem wątpię. Nie wstydzę się tego, że wierzę w Boga. Mam wolną wolę i mogę wybierać, tak wybrałem. Inni mogą wybrać inną drogę, to ich wybory. Długie lata byłem gościem w miejscu zwanym kościołem, a moje ścieżki w życiu nie były ścieżkami w wierze. Lepiej mi jednak na ścieżkach wiary, lecz co to znaczy lepiej? Po prostu ja czuję się lepiej, odczuwam większy spokój, rodzinne życie toczy się lepiej. Wyzwania, choć nieraz trudne, obciążające podejmuje, bo wiem, że nie jestem sam, przenigdy nie jestem sam. Nawet kiedy w życiu mym wydaje mnie się, że muszę sam się zmagać z problemami to w rzeczywistości nie jestem sam. Rozpoznawanie dobra i zła dzięki wartościom, które wyznaje może nie jest łatwiejsze, czy trudniejsze, ale odczuwam to inaczej, doświadczam osobiście tego zmagania się we mnie dwóch wilków. Wartości są tu dla mnie kluczowe, ale nie zamykam oczu, nie zakrywam uszu. Proszę i wierzę, że zdrowy rozsądek również jest niezwykle istotny w mym życiu, w życiu każdego z nas. Zadaję wiele pytań, wątpię, poszukuję odpowiedzi, bo tak trzeba. Jednak czuję, iż moja wiara, moje życie teraz jest inne, czuję większe oparcie w wartościach. Tak mam ja, takie jest moje doświadczenie, moje świadectwo.

Przyznam się, że niezwykle trudno mi szło pisanie powyższego akapitu i cały czas czuję jak jego słowa są jak piasek między zębami. Myślę, że jest tak dlatego, iż próbowałem pisać o odczuwaniu, przeżywaniu, uczuciach, a o tym trudno jest pisać, tylko czasem udaje się ubrać w słowa, coś co jest tym czymś, do czego zmierzamy.

Gdy zobaczyłem tę książkę, przypomniały mi się obrazy, odczucia, pozytywne z tamtego czasu oczekiwania na kolejny odcinek i przeżywanie tych rekolekcji w sobie. Nie mogłem sobie odmówić i nabyłem ją drogą kupna i czytam. Nie spieszę się. Jakbym ponownie mógł przeżyć te rekolekcje, a może dlatego tak mnie zainteresowała wersja książkowa, gdyż jest nieco poszerzona, uzupełnia to co było wcześniej. Polecam tym, którzy poszukują czegoś co ich poruszy w konkretnym kierunku, a tym innym polecam by po prostu przeczytać, może coś się wyniesie dla samego siebie. Ja czytam, uważam, że warto 🙂

Kiedy odchodzą najbliżsi

Posted on Updated on

Kiedy odchodzą najbliżsi, nagle czy niby pozornie jest czas by się pożegnać to jednak myślę, że nie można być przygotowanym na to, na odejście kogoś bliskiego. Dziś moja mama Lidia Morek z domu Pawłowska, siostra mistrza szabli Jerzego Pawłowskiego, również uprawiająca szermierkę, skończyłaby 76 lat. Odeszła nagle 1 października 2014 roku, 2 dni temu, nagle, nie bez walki ale jej już nie ma tu na Ziemi, nie ma jej duszy. Czy byłem przygotowany? Nie byłem. W sytuacjach kryzysowych jestem niejako z automatu zmobilizowany i działam. Pogotowie, czekanie na karetkę. To były moje ostatnie chwile z moją Mamą. Potrzymałem ją za rękę, trzymając jednocześnie kroplówkę. Pomogłem przenieść na nosze do karetki. Potem, potem zebrałem potrzebne rzeczy dla Mamy do szpitala, część jej dokumentacji medycznej, dokumenty i pojechałem.

W czerwonej strefie SORu Szpitala Bielańskiego widziałem ją jeszcze siedzącą z maską tlenową. Odebrałem jej rzeczy, chciałem do niej podejść. Gdyby nie nowy pacjent pozwolili by mnie. Potem widziałem ją po raz ostatni, śpiącą, zaintubowaną, pod respiratorem. Serduszko jej biło jak należy. Powiedziano mi, że mam zadzwonić za 2 godziny. Pojechałem do domu. Nie było lęku, nie było informacji, że jest bardzo źle. Kiedy zadzwoniłem o 1 w nocy, jak miałem, dowiedziałem się, że Mama jest na R kardiologicznej na oddziale i spokojnie mam się zgłosić po 11, po obchodzie. 10 minut później telefon z prośbą o kontakt z oddziałem. Moja mama nie żyła, zmarła, jak się później okazałao po godzinnej reanimacji, uprzednich próbach stymulowania jej serduszka elektrycznie. Nie udało się. Co czułem? Nie wiem, działałem jakby z rozpędu, realizowałem konieczne zadania. Podziękowałem pani doktor z oddziału, za jej sposób rozmowy. Rozumiem co przeżywają kiedy mówią, że ktoś zmarł. To nie jest łatwe. Powoli z czasem przychodzi odczuwanie, przeżywanie, nie da się tego uniknąć.

Żałuję, że nie było mnie przy mamie do końca, ale i tak nie mógłbym być przy niej ze względu na czynności lekarzy. Udało mnie się przespać i rozpocząć działania formalne. Jestem bardzo wdzięczny lekarzom, w tym ordynatorowi oddziału za godne podejście. Nie czułem się jak intruz, wręcz przeciwnie. Pielęgniarki, lekarze byli bardzo pomocni. Bardzo im za to dziękuję. Rozmawiałem z ordynatorem, podjąłem działania administracyjne. Spokojnie bez nadzwyczajnych emocji. Dzwoniłem do Rodziny, do jej przyjaciół i znajomych. To nie łatwe działanie. Na początku odpowiadałem na pytania jak, kiedy, dlaczego, czy, a może… potem w miarę upływu czasu odmawiałem, choć rozumiałem fakt potrzeby wiedzy, lecz coraz trudniej było i jest mi o tym mówić. To po trosze jakby nierealny film, sen, który silnie odczuwany wydaje się jawą, a nie sennym przeżyciem. Niestety to prawda, realna, namacalna. Namacalna bo połowa domu straciła swojego mieszkańca, swoją Panią, moją Mamę. Zrobiło się tam pusto. Niedojedzona zupa, nie dokończone kanapki i herbata. Rozstawiona deska do prasowania. Jakby moja Mama na chwilę wyszła, zaraz wróci. Dopiero po pewnym upływie czasu odkrywam, że już nie będzie całej masy drobnych rzeczy związanych z moją Mamą. Tego drapania po plecach, tylko Ona tak umiała. Tej szarlotki jej roboty, niepowtarzalnego smaku, wspólnego oglądania śmiesznych filmów i zdjęć ze zwierzętami, pracy jej rąk jako krawcowej, obsztorcowania, uśmiechu, bycia. Jej życie tu na Ziemi przeminęło, teraz to już sprawa Chrystusa. Teraz tylko dopilnowuję jej godnego pożegnania tu na Ziemi. Była dla mnie jednym z fundamentów życia, a więc reperkusje jej braku w mym ziemskich żywocie będą jeszcze odczuwalne. Słowo, które przychodzi na myśl to „pustka”. Tym bardziej bolesna, że powstała nagle, z zaskoczenia.

Żałuję, że nie wywierałem na mojej Mamie presji, że wręcz nie namawiałem skutecznie by w końcu udać się do kardiologa, by rozpoznać jej problemy. To poczucie winy syna, który przyjmuje, że za mało poświęcał swojej Mamie czasu, za mało rozmów, za mało szczerych rozmów. Teraz już za późno, absolutnie i nie odwracalnie. Żyliśmy obok siebie w domu, każde w swojej części. Mój syn, jej wnuczek, bardzo przeżywa jej odejście. Była jakby zawsze od kiedy pamiętał, zawsze mógł na nią liczyć. Wczoraj odwracając myśli serfowałem po internecie i w oko wpadł smieszny filmik z psem w wodzie. Moja mama kochała psiaki. Pomyślałem, trzeba zawołać Mamę, ucieszy się. Po chwili ten błysk świadomości, ale jej nie ma, nie powiesz jej już nic, nie obejrzysz z nią i nie pośmiejesz się wspólnie. Odrętwienie, smutek, pustka. Pamiętam swoje słowa sprzed kilku dni „Jeszcze zajrzę”. Chciałem nawet porozmawiać, ale nie zajrzałem, coś mnie pochłonęło i nie zajrzałem. Teraz już nie mam tej możliwości. Mogę zejść do pustych pokoi, gdzie jeszcze unosi się jej ślad, ślad pracy jej dłoni, jej myśli, jej pomysłów, jej trosk i radości.

Jak niewielu wie, że wiele lat temu, kiedy była młoda, młodsza niż ja jej syn teraz, była sportowcem, nie byle jakim, choć żyjącym w cieniu swojego brata Jerzego Pawłowskiego. Ten zegarek na jej ręku. Pamiętam go…

moreklidia_01

Energia dla życia

Posted on

energia_zyciowa

Co powoduje, że mamy taki czas, że jesteśmy w stanie podnieść ciężary, wspiąć się na szczyt, przeżyć wyzwanie na granicach własnych możliwościach? Co nas napędza, co daje tej energii dla życia. Mogę jedynie starać się odpowiedzieć co napędza mnie, a przynajmniej tak mnie się wydaje.

Czasem złość popycha nas do działania. Pokażę na co mnie stać, na złość przeciwnościom. Kiedy zamiast przygnębienia, zamartwiania się, poczucia żałości, umartwiania się, poczucia krzywdy wypełnia mnie złość to wówczas działam. Nie zawsze na złość komuś, raczej w moim przypadku na złość sytuacji. Kiedy kolejne opcje życiowe walą się jak zamki z kart to albo można poddać się depresji, przestać sobie radzić i tak często się dzieje. Można jednak wykorzystać ten wewnętrzny gniew i złość, a to daje energię do działania, do poradzenia sobie z tym co mnie spotyka. Jednak złość to także droga na ciemną stronę, a wówczas łatwo przekroczyć granicę i zacząć krzywdzić innych. Zatem trzeba uważać, kontrolować swoje działania bo kiedy gniew zamieni się w szał nic już poradzić się nie da. Mnie rzadko kiedy do działania popycha złość czy gniew choć zdarzało się i tak.

Zdecydowanie wolę działać bo mam dla kogo, dla mojej żony, dla mojego syna, dla mojej rodziny, Oni mnie potrzebują. Zwątpienie w bycie ważnym dla najbliższych jest czymś co i mnie dopadło, a to dojmujące uczucie bycia zbędnym i niewartościowym. Jestem osobą wierzącą i nie mam wątpliwości, że w takiej sytuacji jaka przytrafiła się mnie byłem w stanie dzięki wsparciu Jego i mojego anioła stróża poprosić o pomoc. Otrzymałem ją i powróciło poczucie radości z tego co się ma, poczucie bycia potrzebnym. Wówczas ja dostaję tej energii dla życia, do działania, do zdobywania szczytów, działania na granicach swoich możliwości, do pomagania innym, szczególnie tym którzy tej pomocy potrzebują. Kiedy dopada mnie ciemność, zwątpienie podejmuję modlitwę i mrok rozprasza się na tyle, że wierzę, iż mogę stawić mu czoła. Tak mam 🙂

Bliżej moim ziemskim zmysłom jest muzyka, która daje mi niezmiernie dużo, ładuje moje akumulatory. Melodia, a także i słowa piosenek działają jak żywa energia, która potrafi mnie długo utrzymywać na fali 😉 Sam chodzę na lekcje wokalu i gry na flecie poprzecznym i śpiewam już dużo lepiej 😀 z całym szacunkiem dla słuchaczy. Kiedy mogę puszczam swoje ulubione utwory, zamykam oczy i daję się ponieść nutom. Bardzo wówczas się odprężam i nabieram sił do pokonania kolejnych życiowych wyzwań. Często potrafię wysłuchiwać w kółko jednego utworu. Muzyka, która szczególnie trafi mi do uczuć pozwala mi na pisanie wierszy, czy choćby tego wpisu 😉

Właśnie ta muzyka, którą pierwszy raz usłyszałem na końcu filmu „Hobbit. Pustkowie Smauga” – „I see fire”.