Rezydenci protestowali

Posted on Updated on

Porozumienie Rezydentów - OZZL
Dzięki uprzejmości Porozumienia Rezydentów OZZL.

Nie było mnie tam (protest Porozmienia Rezydentów OZZL) , a jedynie poprzez medium społecznościowe miałem możliwość śledzenia protestu rezydentów, młodych lekarzy. Nie trudno było napotkać na hejtujące komentarze, które odnosiły się do typowego stereotypu jak to lekarze mają świetnie.

Od lat niezmiennie twierdzę, że gdy warunki pracy są dobre, tym bardziej kiedy są bardzo dobre to łatwiej jest znosić wynagrodzenia, które nie pozwalają na godne życie od wypłaty do wypłaty, godne życie przez miesiąc. Zawsze twierdziłem, że nawet jak w rodzinie tylko jedna osoba pracuje powinno być godnie. Nie należy pomijać wagi siły nabywczej naszych wynagrodzeń.

Oczywiście zapewne niemało lekarzy zarabia bardzo dobrze, ale wówczas moje wątpliwość to to, czy przypadkiem nie pracują za dużo, tym samym stając się pracownikami taśmowymi a nie artystami jednej z najważniejszych sztuk, jaką jest medycyna. Zapewne kilka specjalizacji daje możliwość wysokich zarobków z założenia, ale zdecydowanie mniejszość niż większość. Spróbujcie dorobić jako anestezjolog, a życzę powodzenia, a spróbujcie operację przeprowadzić bez anestezjologa.

Dlaczego uznaje medycynę za sztukę? Każdy z nas zaledwie częściowo spełnia pewne kryteria w naturze fizycznej i psychologicznej jako człowiek. Każdy pacjent jest inny, nawet gdy diagnozuje się tą samą jednostkę chorobową. To wymagające wyzwanie dla lekarzy i terapeutów. Trzeba być po części artystą by móc leczyć, by móc pomagać.

Kwestia wykształcenia dobrego lekarza to nie tylko właściwe predyspozycje kandydata (studenta). Studia trwają 6 lat, potem staż 13 miesięcy, jako rezydent lekarz spędzi od 4 do 6 lat. Po tym okresie ma możliwość zostania lekarzem specjalistą. Proces edukacji i doskonalenia zawodowego powinien zapewnić wykształcenie specjalisty o wysokich kompetencjach. Niesłychanie istotną rolę w przypadku lekarzy (a także terapeutów i rehabilitantów, pielęgniarek) odgrywa praktyka. Zawsze wobec swoich studentów podkreślam, że kluczową rolę odgrywają umiejętności podparte wiedzą. Sama wiedza to zbyt mało by być dobrym fachowcem. W dodatku wiedza medyczna nie stoi w miejscu lecz rozwija się, a więc wymagane jest stałe samodoskonalenie się lekarza!

Przyjęło się, iż doktorant, czy stażysta oraz rezydent muszą jakoś przetrwać. Obserwując stawki stypendiów, czy pensji asystentów to trudno uznać je za godne.

Według mnie w Polsce w ogóle zakłócony jest wskaźnik jakim jest siła nabywcza wynagrodzeń. Nie dotyczy to tylko rezydentów, ale i innych grup zawodowych. To jest chore kiedy osoba ciężko i odpowiedzialnie pracująca, czy choćby tylko sprzątaczka nie może spokojnie zapewnić godnego życia z miesiąca na miesiąc. Jakoś się udaje, ale długotrwały stan „jakoś” jest również destrukcyjny.

Już student powinien mieć takie stypendium, że nie będzie dorabiał tylko studiował. Oczywiście musi funkcjonować logiczny system stypendialny. Stażyści, rezydenci, czy już lekarze specjaliści nie powinni martwić się o dostęp do komputera, brak papieru, czy toneru do drukarki. Oni mają pracować merytorycznie, przyjmować pacjentów, leczyć, praktykować, doskonalić się. Jednocześnie współczuję tym, bo tacy są, którzy się zapętlili i pomimo logicznych wynagrodzeń biorą cały czas za dużo dyżurów, dorabiają to tu, to tam. Nie łudźmy się ale  nie wszyscy są wystarczająco odpowiedzialni. Być może po zakończeniu studiów w zależności od lokaty powinno być zróżnicowanie kwoty do spłaty tego stypendium. Pamiętajmy, że celem jest lekarz fachowiec z empatią.

Uczelnia wyższa.

Wiele mówi się o etyce lekarskiej, ale zajęcia z etyki nie zastąpią tej wyniesionej z domu i tej praktycznej z pracy jako stażysta, rezydent, jako lekarz. Kiedyś mój syn leżał w szpitalu i nijak nie szło wydobyć informacji od lekarza prowadzącego. Pierwsza myśl „gbur”. Z drugiej strony nie wiem ile już pracował, ilu miał pacjentów i ilu nieco emocjonalnych rodziców czy opiekunów, a może był to objaw wypalenia zawodowego. Lekarzy też to dopada. Na zdrowy rozsądek ile lekarz może znieść, to też człowiek, który musi umieć oddzielać swoje życie od emocji pacjentów bo by zwariował. Jednocześnie musi wykazywać empatię, wypełnić papierów tony, szukać toneru do drukarki, wysłuchiwać hejtu i jeszcze, a w zasadzie przede wszystkim dobrze leczyć. Moim zdaniem długotrwałe przebywanie w takich warunkach prowadzi do wypalenia, zniechęcenia, wewnętrznej batalii między jeszcze tlącymi się ideałami wyboru studiów, chęci niesienia pomocy a realiami codziennego życia. W końcu robi się to co robi, ale zniechęcenie wkrada się w funkcjonowanie i trudno z tego od tak wyjść. Wszystko ma znaczenie, nawet lekarz wykonujący USG nie powinien non stop robić tylko np. USG kostki ale doskonalić się w diagnozowaniu innych narządów. Dlaczego? By uniknąć rutyny. Większość z nas żyje z nie pewnością powiązania miesiąca z miesiącem, nie tylko finansowo, ale także co do warunków do pracy.

Kiedy rozmawiałem z lekarką, chyba młodszą niż starszą, w sprawie mojej mamy, kiedy mi mówiła, że zmarła, choć były emocje, choć też nie zaskoczyło mnie to, ale podziękowałem jej, że nie zrobiła tego sucho. Czuć było przejęcie, niewielkie może ale jednak. W końcu to nie łatwe do przekazania, nie wiadomo jak zareaguje rozmówca. Podziękowałem jej za profesjonalizm bo dzięki temu ja też jakoś to przyjąłem. Tej lekarce, w ferworze zamętu wydarzeniem nie pamiętam imienia i nazwiska (Szpital Bielański, 2014) nadal jestem wdzięczny i mam nadzieję, że jej kariera przebiega bardziej po jej myśli.

Jako pacjenci oczekujemy godnych warunków leczenia, lekarzy fachowców, miłych pielęgniarek i w ogóle, ale kiedy jesteśmy zdrowi jakoś tak Oni stają się dla nas jacyś tacy dziwni. Nie zamierzam idealizować lekarzy czy personel medyczny. Pośród nich też są tacy, którzy tam nie powinni być. Tak jest w każdej grupie zawodowej. Żaden system kwalifikacji nie jest idealny.

Nie zamierzam ich traktować inaczej niż jako mistrzów sztuki medycznej. Mają prawo do błędów bo to sztuka, nie da się wszystkiego przewidzieć. Jednak trzeba umieć błąd naprawić lub ponieść konsekwencje. Zawód lekarza ma blaski, ale jak powiadam tam gdzie blaski tam i cienie.

Chcemy żyć godnie, nie koniecznie z wodotryskiem bo pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają łatwiej żyć. Chcemy godnie żyć by nie żyć w stresie dnia codziennego. Chcemy godnie żyć, czyli otrzymywać godne wynagrodzenia za wykonywaną pracę. Chcemy być zrozumiani. Piszę „-my” bo to uniwersalne, niezależnie, czy sprzątaczka, czy dentysta, kierowca, nauczyciel, czy lekarz rezydent.

Już tylko na marginesie. Czy wiecie, że zawód psychologa w Polsce można by uznać za zderegulowany, a przecież jakże jest odpowiedzialny. Warunki, także te formalno-prawne zmieniają się czasem i jak tu planować rozwój?

Reklamy

Futerkowe wieści #2/2016 (3)

Posted on Updated on

Czyżby blog stawał się blogiem kocim?

Takie pytanie zaświtało mi w przestrzeni moich myśli. Chcę napisać, że nie, że nie jest to tylko blog o kotach, bo nie jest, a może jest. W ogóle to mam problem bo:

http://www.darmor.wordpress.com

www.czytodajnia.wordpress.com

i po prostu nie mam pojęcia jak zreorganizować swoje aktywności. Pewnie nie zorganizuję, a po prostu zacznę systematyczniej coś w nich pisać, umieszczać itd. To jedyny klucz do rozwoju obu tych projektów. Pomysł zepnięcia ich w jedną stronę to niepotrzebne przenosiny. Zasady pisania wpisów z punktu widzenia pozycjonowania są jasne i chyba nie warto. To nie są blogi o nie wiadomo jakich statystykach by to robić, a może właśnie jednak scalić… No bo ten blog ma szansę na oglądalność, ma swój potencjał i jakąś już historię. Dlatego coś jednak ulegnie zmianie. Promowanie treści przez google powoduje, że wstawianie krótkich wiadomości mija się prawie z celem, a więc umieszczenia w ramach jednego bloga wpisu i jedynie na drugim krótkiej wiadomości chyba to nie tak jak powinienem robić. Zatem czytodajnia.wordpress.com będzie miejscem, gdzie będą publikowane wyłącznie utwory. Procesy myślowe przebiegają różnie.

Ale dziś znów jednak o kotach w domu, moim, naszym domu. Czas przedstawić aktualnych kocich aktorów.

Maciejka

Maciejka, rodzona siostra, a nawet może i bliźniaczka Maćka. Może już ma z rok życia za sobą. Najpierw bardzo wycofana i taka nieśmiała. No bo ja bym Ciebie bucknęła albo miznęła o nogę ale nie, nie, nie, jeszcze nie, sama nie wiem i w ogóle. Specjalistka kradzieży jedzenia. Póki co trudno ją obsłużyć z czyszczeniem noska, czy obcięciem pazurków 😦

kot maciej

Opiekun stada, gadający non stop przy człowieku, miziak rewelacyjny, pogodny i zadowolony z życia ale… łobuz nad łobuzy, choć kochany. Niezliczona liczba szklanek, kubków, czajniczków, doniczek, chyba 2, jednego naczynia żaroodpornego do piekarnika oraz 2 garnki, 2 miseczki na wodę…

2016_koty_011

Bezik jest takim obywatelem Rzymu, w przeciwieństwie do Maćka z plemion barbarzyńców. Widać jego spokój nawet w jedzeniu, kiedy to delektuje się każdym chrupkiem lub kęsem mokrego, chyba rozważając możliwości eksperymentowania z przyprawami. Bardzo miły, nienarzucający się, spokojne futerko. Pierwszy kot u nas, który doprasza się bycia kotem naręcznym. Trochę w tym kierunku mobinguje, ale co tam 😉

kot apsik

Najstarszy nasz rezydent na kociej emeryturze. Prawdziwy smakosz i wielbiciel spokoju. Zwany Apskiem, vel Pudzianek, vel Pan Krówka, vel Kruszynka co wyśmienicie oddaje jego charakter. Po latach tułaczki ma dom i prawie spokój. Nie trawi Maćka, lubi Bezika 🙂

Julia promieniuje pomysłami.Julia oraz Kacper to nasze czarne rodzeństwo, które nie przepada za sobą, ale oboje nie cierpią pozostałych, co powoduje, że mieszkają w oddzielnej części domu.

Generalnie nie jest aż tak śmiesznie jak na to wygląda. Zgranie tego wszystkiego, znaczy UDRK (Układ Dom Rodzina Koty) nie jest taki prosty. Liczba kotów w naszym domu osiągnęła maksimum naszej tolerancji dla futerek. Nigdy nie było tak, że chcieliśmy tyle, ale tak wyszło. Pomijam koszty pokarmów, regularnych i tych niezaplanowanych wizyt u naszych wetek.

Dodatkowo są różne behawioralne problemy, w tym nietolerowanie się wzajemne kocicurów i swoiste wynikające z tego podziały geopolityczne.

Nie wspominam o byciu kuwetowym i codziennych obchodach 5 kuwet rozstawionych w różnych miejscach naszego domu.

Z jednej strony fantastyczna możliwość obserwowania kocich zachowań, umizgów oraz kociego mobingu. To są ciekawe aspekty, ale już nie jeden raz mamy dosyć. Nie chodzi nawet o kwestie super porządku. Nigdy nie byłem zwolennikiem sterylnego porządku i raczej nie będę ale nie lubię sytuacji skrajnie przeciwnej, a nawet nie wyobrażam sobie tego. W zasadzie wszystkie futerka dostarczają nam co jakiś czas argumentów na nie posiadanie kota, ale potem zrobią te swoje oczy, przymiziają się i udają, że sprawy nie było.

Przy czym stres u kota wyraża się różnie, ale często trzeba sprzątać choć kuweta w akceptowanym miejscu nie ruszona, znaczy powierzchnia żwirku niemal jak w ogrodzie zen, nie wzruszona, prawie tafla.

Nie wszyscy domownicy ostatecznie akceptują taki stan rzeczy co również nieco komplikuje UDRK, a w konsekwencji czasem stany nieco niemiłe. Wiadomo, futerek się nie pozbędę, jakbym mógł nawet tak pomyśleć… mógłbym 😛 ale nie zrobię tego. Jedynie kwestie zdrowotne i konieczność nie bycia kotów ze względów medycznych mogłoby spowodować decyzję o przymusowym przesiedleniu, ale póki co nie ma wyraźnych zwiastunów takiej sytuacji.

Z czego wynika nietolerowanie się czarnych i reszty?

Przede wszystkim z faktu, iż czarne Julia i Kacperek zostały uratowane z kociego kataru i jednocześnie nie miały możliwości życia w kocim stadku. Pozostałe żyły w kocich stadkach i wykształciły sobie jakieś tam społecznościowe cechy. Julia i Kacper nie miały takiej możliwości i są totalnymi indywidualistami. Podejrzewam, że nawet najlepiej by im było gdyby były totalnie singlami w swoich domach. Niestety są razem i w ogóle.

Kacperek w strefie pracy twórczej.
Kacperek w strefie pracy twórczej.

Kacperek taki jakiś niedorajda z pechem wpisanym w papierach. To akurat kot wychodzący, choć rzadko, ale… ropień na szczęce, na ogonie, na boku, zwichnięty ogon itd. Jest nieco dziwny, ani miziasty ani wredny, ale często niemiły.

To cała nasza menażeria i o niej od czasu do czasu coś tu napiszę. Trzeba uruchamiać kolejne projekty, w tym i na nowo rozruszać ten blog.

 

Futerkowe wieści #1/2016 (2)

Posted on Updated on

Ha, namówiony przez żonę i usilnie buckany łebkami przez koty postanowiłem by nieco poświęcić się kocim opowieściom, a że jestem techniczny pojawiły się Futerkowe wieści. Ta (2) ano kiedyś pojawił się taki wpis Futerkowe wieści 1/2013 (1) i jak widać było to dawno, bardzo dawno temu. Jednak jak już było (1) to konsekwentnie należy (2) 🙂

Generalnie z kocimi futerkami jest tak, że zawsze, ale to zawsze coś się dzieje. Nie ma tak, że nic się nie dzieje, bo nawet kiedy śpią to wyglądają tak słodko i kochanie, że my człowieki wzdychamy zauroczeni 😉 Wariaty jedne i futra, i człowieki. Mimo wszystko podchodzę do tego jako do bycia pozytywnie zakręconym.

Futerka kocie, zwierzęta są szczere, są jakie są i dlatego być może je kochamy.

Apsik kontrolnie podpatruję co ja piszę i niby nie zwraca na mnie uwagi...
Apsik kontrolnie podpatruję co ja piszę i niby nie zwraca na mnie uwagi…

Generalnie z kocimi futerkami jest tak, że zawsze, ale to zawsze coś się dzieje. Nie ma tak, że nic się nie dzieje, bo nawet kiedy śpią to wyglądają tak słodko i kochanie, że my człowieki wzdychamy zauroczeni 😉 Wariaty jedne i futra, i człowieki. Mimo wszystko podchodzę do tego jako do bycia pozytywnie zakręconym.

Futerka kocie, zwierzęta są szczere, są jakie są i dlatego być może je kochamy.

Życie to odpowiedzialność, więc z jednej strony całe mnóstwo radości, a z drugiej troski. Według kociego urzędu statycznego (KUS) w naszym domu obecnie jest 5 kotów, z czego 2 czarne (Julia i Kacper) mają odpowiednio 7 i 8 lub 6 i 7 lat. Musiałbym w archiwum odszukać ich pierwsze zdjęcia i książeczki zdrowia. Oba futra wyszły jako małe czarne zaflukane kocim katarem w pobliżu magazynu harcerskiego, przy czym jedno przy rozładunku sprzętu po obozie, a drugie gdy pojechałem sprzęt przygotowywać. Nie mogłem ich tak zostawić. Trzeci kocuerek Apsik vel Pan Krówka vel Okruszek vel Pudzianek może mieć podobnie lub i nawet 9 lat. Czwarty to Bezik, około 5-6 miesięcy i piąty Maciuś podobnie, choć wydaje się, że Maciuś jest nieco starszy od Bezika. W całej ferajnie Julka najbardziej się stresuje. W ogóle właśnie Kacperek i Julka są najmniej stadni, wolą człowieka na wyłączność. Pozostała trójka jest bardzo kontaktowa, choć Apsik to taki Bonifacy 😉 – jak ktoś pamięta – często z dystansem.

Odnośnie odpowiedzialności… Julka poważniej zachorowało i od kilku dni odwiedzamy nasze Wetki, ale będzie dobrze 🙂

Jest dobrze, wróciła do swoich zwykłych humorów.

Piąty kot

Posted on Updated on

Koty, wszędzie koty… w domu. Nie to, że jestem wyłącznie miłośnikiem futer kocich, ale tak się jakoś składa, że właśnie futrzaste koty lubią mnie szczególnie. W pierwszych dniach października mój syn wracając do domu niemal wjechał rowerem w kota. Im więcej czasu mija od tamtego wydarzenia tym bardziej uważam, że ten kot (Bezik) z pełną premedytacją spowodował to wydarzenie i zatrzymał mojego syna. Bezik (wiek około 5 miesięcy) mieszka oczywiście z nami 🙂 i jest przemiziasty.

Pewnego dnia zamawiając żarełko u moich Wetek dla innego mojego diabetycznego kocurka dorzuciłem się do puszki na leczenie bezdomniaka po zapaleniu ucha środkowego z kocim katarem, włącznie z porażeniem nerwów lewej strony. Walka o zdrowie tego kocurka Maciusia była ciężka, a Opiekunka bardzo dbała o futrzaste biedactwo. Była jednak tylko karmicielką całego stadka  i poszukiwano nowego domku dla Maciusia. Biedactwo było, no i uległem… nawet się nie broniłem, a jedynie wygenerowałem pytanie do mojej kochanej żony, no bo przesadzić nie można, a kot to życie i nie można być niepoważnym.

Maciuś trafił do nas. Mały (wiek około 5-6 miesięcy), po przejściach, odrastające futerko po wygoleniu pod kroplówki, chudzinka jeszcze po przejściach, spokojny i w ogóle.

Wcielone ADHD kocie, cicha woda brzegi rwie. Po prostu śmigacz z tego Maciusia. Pomimo początkowego fuczenia Bezik i Maciuś, dwaj koci przyjaciele na zabój. Maciuś jak nie może wskoczyć, bo nie jest w pełni sprawny, to się wspina, a jego główka na bakier nieco dodaje mu niesamowitego uroku. Maciuś okazał się miziakiem niesamowitym, gadułą i niesamowicie kontaktowym kotem. Para Bezik i Maciuś rządzi w domu 🙂 .

Najprawdopodobniej Maciuś nigdy już nie będzie w 100% sprawny fizycznie, ale sobie radzi. Lewe oczko otwiera się coraz częściej, choć być może dożywotnio będziemy dozować żel na suche oczy. Wrzód na gałce ocznej wydaje się zmniejszać. To wszystko jednak nie przeszkadza mu w dokazywaniu (dziś dwie szklanki spisane na straty) i wyrażaniu uczuć.

Dostojny Apsik może i nie jest szczęśliwy ale nie jest wrednie agresywny. Niestety dwa czarnuszki Julka i Kacper są ewidentnie aspołeczne i unikają nowego. W każdym bądź razie Maciuś, Bezik i Apsik (kolejność nie jest przypadkowa) stworzyli struktury zorganizowanej grupy przestępczej dokonującej porwań wszelkiej maści żarełka lub czegoś za takie można uznać. Efekt jest taki, że Bezik i Maciuś lądują na czas kucharzenia i spożywania w łazience lub jakimś pokoju. Inaczej pomimo wszelkich środków z trudem idzie gotować i jeszcze trudniej delektować się smakiem.

Mając dwa młode kocurki, kumple, kontaktowe, miziaste to naprawdę jest fajnie. Cieszę się bo Bezik ma towarzysza i ewidentnie jest bardziej zadowolony. Niestety po przeciwnej stronie mam Julkę i Kacperka, dwa koty (rodzeństwo, choć około 8 miesięcy różnicy w wieku), które są kompletnie nietowarzyskie i trudnomiziaste.

Na fotkach poniżej tylko Apsik, Bezik i Maciuś. Apsik to kot, który chudy nie jest, wręcz puszysty, ale to po prostu grube kości, które jako jedyne mogą unosić tak fajny charakter 😉 (pomimo starań). Apsik przyłapany na zabawie przez człowieka z miejsca udaje, że poprawia kamizelkę, zerka na dewizkę i sięga po gazetę codzienną 😀 Bezik i Maciuś szaleją z reguły, choć Bezik wydaje się być ctrl+C i ctrl+V Apsika 🙂 Dzieje się w domu oj dzieje…

Star Wars VII Przebudzenie Mocy

Posted on Updated on

Rey - Star Wars (TM) VII Przebudzenie Mocy

Żadnego spojleru tu nie znajdziesz!

Pełen obaw wkroczyłem na kinową salę. Generalnie wyprawa kinowa była ważna nie tylko bo to VII część Gwiezdnych Wojen (Star Wars (TM)) ale także dlatego, że seans obejrzałem wraz z synem. Za każdym razem inaczej odbierałem kolejne filmy związane z uniwersum Gwiezdnych Wojen.

Pamiętam, jako flashback, kiedy byłem po raz pierwszy z pierwszych razów na Gwiezdnych Wojen, części IV, Nowa Nadzieja. Byłem wówczas dzieciakiem co do kina chodził z rodzicami :). Ofiarą wówczas padł mój ojciec. Jednak kiedy to było… sądząc, że ludzie siedzieli na podłodze, schodach na sali kinowej może to był 1979, ale wówczas miałem 6 lat, a więc zakładam późniejsze lata kiedy to grano (do 1982 roku). W każdym bądź razie pamiętam absolutnie wypełnioną salę w nieistniejącym już kinie Relax w Warszawie.

Te emocje, aż nie można było usiedzieć w spokoju na fotelu. Efekty specjalne albo z tego fotela wysadzały, albo wciskały. Zasiane ziarno uniwersum Gwiezdnych Wojen zostało podówczas zasiane i kiełkuje do tej pory, no może w tej chwili nieco jesieni w tym rozroście.

Kolejne, poprzedzające części I, II i III niejako przyjąłem w sposób bez jakichś nadmiernych emocji, a z czasem przyjąłem je jako naturalne i będące w porządku.

VII część, Przebudzenie Mocy, wywarły na mnie jak najlepsze wrażenia, zbliżone do mojego pierwszego seansu w życiu. Dałem się na nowo porwać Gwiezdnym Wojnom i pomimo pozorów, pomimo pewnych nieścisłości film wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwierdził mnie, iż jest to świat, w którym mógłbym żyć. Oczywiście nie zabrakło swoistej nostalgii, która doprowadziła do rozmyślań nad tym jak ja sam zmieniałem się przez całe te dziesięciolecia, od tego pierwszego razu, przez kolejne, aż do dziś.

Warto, warto, warto, niezależnie od pewnych kwestii warto i ja jestem ukontentowany.

Medialny odbiór

Posted on Updated on

Przekaz dla ludzi

Dziś dzień wyborów (wtedy zacząłem pisać ten post), na swój sposób ważny, lecz czy ty co po nim nastanie będzie z korzyścią dla naszej Polski? Pytanie retoryczne. Jednak coś jest na rzeczy. Lubię ciszę, znaczy nie absolutną, wolę ciszę z szumem wiatru w koronach drzew i górskiego strumienia, śpiewem ptaków, ale bez telewizji. Jednak przekaz informacji jest czymś w dzisiejszych czasach naturalnym zjawiskiem, pełnym przesytu, niestety najczęściej formy nad treścią. Z wyboru i z powodu zwykłych technicznych zaniedbań nie mamy telewizji. Niby internet w zupełności wystarcza, lecz i tak można odczuć całkiem niezły przeciąg informacji.

80% informacji odbieramy wzrokowo i ponoć również 80% informacji nie podlega kodyfikacji – nie da się ich zapisać, opisać w jakiejkolwiek formie. Ciekawe, prawda?! Żyjemy w społeczeństwie informacji, jesteśmy nimi bombardowani każdego dnia, każdej godziny, chyba, że śpimy ale i ten czas nie jest tak spokojny jak kiedyś. Wygrywa ten, kto opanuje umiejętność filtrowania wiadomości, zarządzania nimi, odnajdywania się w gąszczu, pajęczynie zer i jedynek, która niewidocznie oplata nas. Nie jest to jakiś fatalizm, lecz odniesienie się do rzeczywistości. Sam w tym uczestniczę prowadząc wortale i portal technologiczne i każdego dnia pływam w informacjach.

Jednak czy w świecie informacji można odnaleźć czas dla siebie, czas potrzebny na ochłonięcie, wyciszenie się? Ja muszę choć miniony rok nie należał do dających taką sposobność i nie byłem w stanie realnie wypocząć na długie kolejne miesiące pracy. Patrząc na młodsze pokolenia, już nie tylko młodszych, lecz już także pokolenia – to czasem utwierdzam się w przekonaniu, że wyciszenie jest dla mnie konieczne. Bez tego nie złapię dystansu do świata informacji. Czasem jednak spotykam „fighterów” – jak atomowe stosy na kosmicznych statkach z powieści SF, wydają się nie do zdarcia, lecz według mnie tylko wydają się.

Czy jesteśmy w stanie rozpoznawać co dobre a co złe w przekazie, szczególnie medialnym?

Bardzo często stawiam takie pytanie, nie tylko sobie, czasem w grupie, a czasem jako czysto retoryczne. Myślę, że nie jesteśmy w pełni i zawsze rozeznać dobra i zła w tym co widzimy, słyszymy, czytamy. Przekaz bardzo łatwo zmanipulować, zdjęcie pokazać niepełne, odtworzyć słowa wyrwane z kontekstu. Czasem wystarczy tylko komentarz, pozornie dopasowany, praktycznie w ogóle nie związany, by wpaść w misternie uplecioną sieć pułapki przekazu. Emocje, przekaz ma wzniecić pożar emocji w jego odbiorcach. Emocje, gniew nie zawsze, wręcz z reguły nie stanowią dobrych doradców dla naszych zachowań i w konsekwencji postaw. Sprawy nie ułatwiają Ci, którzy od czasu do czasu głoszę, iż to czy tamto to złe rzeczy. Mamy tę świadomość, że to czy tamto stwierdzenie jest przesadzone. Potem idziemy do sklepu, zupełnie niecelowo oglądamy zabawki dla dzieci. Ja osobiście jak widzę pewne lalki to mnie odrzuca. Pomimo starań by bycia na przekór i działania jak przysłowiowy adwokat diabła nie jestem w stanie uznać, że takie zabawki mają sens, jakikolwiek, dla mnie są straszne. Jednak dzieciaki je pragną.

Coś w nas mówi jedno ekran i głośnik co innego. Na ile jesteśmy silni by z jednej strony być w zgodzie z wartościami, które wyznajemy i jednocześnie zachować zdolność samokrytyki. Umiejętność spuszczenia sfory wątpliwości jest dla mnie bardzo istotna. W moim przypadku motywuje mnie do analizy i pomyślenia.

Doszedłem do sytuacji, w której niemal każdą informację w mediach traktuję krytycznie, z dystansem. To jest i nie jest dobra postawa i zachowanie. Może ogromny udział w tym ma to, że jako inżynier nie lubię mieć danych „z sufitu”, że uważam, że wszystko, no większość, należy umieć uzasadnić.

Jednocześnie same media czasem ułatwiają nam rozpoznanie zła albo dobra. Nieudolność prowadzącego audycję czy program TV, brak kompetencji i przygotowania powoduje, iż niejednokrotnie można rozpoznać „medialną ustawkę”. Problem wynika również stąd, że media z jednej strony powinny w pełni korzystać z prawa do wolności słowa, a z drugiej jednak w żaden sposób w naszej Polsce te media nie odpowiadają w pełni za swoje słowa. Takie odnoszę wrażenie.

Dlaczego odnosimy się do czegoś jako wiarygodnego, a dlaczego nie wierzymy innym choć to mogło się wydarzyć?

Mam okazję, miałem ją też niejednokrotnie wcześniej, a mianowicie przysłuchiwania się jak ktoś z ogromnym przekonaniem wyrażał się o tym co spotkało kogoś, niemalże wrzeszcząc, że to kłamstwo, że to niemożliwe, że to… itd. Kompletnie taka osoba nie przyjmowała, iż np. dla mnie to i tamto jest jak najbardziej realne. Żadnej możliwości porozumienia, a co więcej, osoba tak głośno wrzeszcząca i propagująca negatywne fale nie była w stanie w żaden sposób uzasadnić swoich racji, nie przedstawiała żadnego argumentu.

Myślę sobie, że bardzo wiele osób jest w stanie coś zaakceptować, uznać za realne jeżeli w jakiś sposób mieści się to w ich świecie, inaczej jest niemożliwe – syndrom ograniczonego widnokręgu – tak to sobie nazwałem. Co jest tego powodem, być może zazdrość, że coś przytrafiło się komuś innemu. Jednak co chyba najistotniejsze to ten fakt 80% informacji, których nie da się opisać. Mamy przeczucie, odczucie, 6 zmysł, czasem 7 😉 i po prostu wiemy, ale kompletnie nie umiemy tego uargumentować. Trzeba być jednak świadomym takiego ograniczenia. Ma to ogromne znaczenie na forach internetowych, gdzie podstawowym sposobem wymiany informacji (dialogu) są pisane teksty, czasem obrazek. W kontekście rozmowy dwóch lub więcej osób to bardzo ułomny sposób komunikowania – brak całej gamy przekazu pozawerbalnego, a także choćby intonacji głosu. W konsekwencji umiejętności argumentowania, okiełznania emocji są tu niezmiernie ważne.

Wpis ten zacząłem pisać w dniu wyborów. Pewna jego wizja gdzieś pomiędzy wieloma innymi zaginęła i jest jaki jest. Wybory, były, minęły, a co przyniesie przyszłość… Grunt to nie być fanatykiem, chyba że czekolady 😀 Osobiście uważam, iż dla rozwiązania większości problemów na świecie nie potrzeba partii politycznych, lecz zdrowego rozsądku i logiki. Pozwala mi to na stawianie tych samych wymagań, posiadania tych samych oczekiwań od każdego „zwycięskiego” ugrupowania po każdych wyborach. Mamy taki a nie inny ustrój, ani silniejszy prezydent, ani parlament, taką a nie inną ordynację wyborczą i społeczeństwo co ma to wszystko… Uczestniczenie w wyborach to nasz obywatelski obowiązek. To, że nie ma na kogo specjalnie głosować, to inna już sprawa, a zawsze można oddać głos nieważny lub wybrać tzw. mniejsze zło, ale trzeba pokazać, że sprawa własnego kraju jest nam bliska.

Wybory to uczta mediów…

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.