Wspomnienia

Star Wars VII Przebudzenie Mocy

Posted on Updated on

Rey - Star Wars (TM) VII Przebudzenie Mocy

Żadnego spojleru tu nie znajdziesz!

Pełen obaw wkroczyłem na kinową salę. Generalnie wyprawa kinowa była ważna nie tylko bo to VII część Gwiezdnych Wojen (Star Wars (TM)) ale także dlatego, że seans obejrzałem wraz z synem. Za każdym razem inaczej odbierałem kolejne filmy związane z uniwersum Gwiezdnych Wojen.

Pamiętam, jako flashback, kiedy byłem po raz pierwszy z pierwszych razów na Gwiezdnych Wojen, części IV, Nowa Nadzieja. Byłem wówczas dzieciakiem co do kina chodził z rodzicami :). Ofiarą wówczas padł mój ojciec. Jednak kiedy to było… sądząc, że ludzie siedzieli na podłodze, schodach na sali kinowej może to był 1979, ale wówczas miałem 6 lat, a więc zakładam późniejsze lata kiedy to grano (do 1982 roku). W każdym bądź razie pamiętam absolutnie wypełnioną salę w nieistniejącym już kinie Relax w Warszawie.

Te emocje, aż nie można było usiedzieć w spokoju na fotelu. Efekty specjalne albo z tego fotela wysadzały, albo wciskały. Zasiane ziarno uniwersum Gwiezdnych Wojen zostało podówczas zasiane i kiełkuje do tej pory, no może w tej chwili nieco jesieni w tym rozroście.

Kolejne, poprzedzające części I, II i III niejako przyjąłem w sposób bez jakichś nadmiernych emocji, a z czasem przyjąłem je jako naturalne i będące w porządku.

VII część, Przebudzenie Mocy, wywarły na mnie jak najlepsze wrażenia, zbliżone do mojego pierwszego seansu w życiu. Dałem się na nowo porwać Gwiezdnym Wojnom i pomimo pozorów, pomimo pewnych nieścisłości film wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwierdził mnie, iż jest to świat, w którym mógłbym żyć. Oczywiście nie zabrakło swoistej nostalgii, która doprowadziła do rozmyślań nad tym jak ja sam zmieniałem się przez całe te dziesięciolecia, od tego pierwszego razu, przez kolejne, aż do dziś.

Warto, warto, warto, niezależnie od pewnych kwestii warto i ja jestem ukontentowany.

Reklamy

Kotka Szarotka już za tęczowym mostem

Posted on

Kotka Szarotka
Kotka Szarotka

19 lat z nami, w naszym domu, od niemal początku. Kalendarzowo tyle lat ile nasze małżeństwo trwa, ale jej już nie ma. Już od jakiegoś czasu nie słyszała, a wzrok zapewne już też nie dopisywał. Powiadałem, iż nie dowęszy tak dobrze jak kiedyś, czego skutkiem były mylenie człowieków. Sztywność stawów, zwyrodnienia ale jak to kotka trzymała się dzielnie do ostatniego czasu.

Coś było nie tak, ale nie było też i jednoznacznych objawów, a kiedy te się pokazały było w zasadzie za późno. Zapelenie płuc u 19-letniej kotki to w zasadzie wyrok. Próbowaliśmy My człowieki, ona chyba podjęła decyzję za nim my się oswoili, że to już koniec. Nie jadła, leżała, bezdechy, płyn w płucach. Nie mruczała, co miała w zwyczaju kiedy brałem ja na ręce. Nie współpracowała, nie chciała jeść, tylko piła, nie wstawała i przez ten płyn w płucach i trudności w oddychaniu nie zmrużyła ani na chwilę oczu. Kiedy podjęliśmy ostatnią próbę, zainicjowaliśmy dla niej ostatnią szansę zamiast poprawy nastąpiło skokowe pogorszenie. Ona chyba wcześniej od nas podjęła swoją kocią decyzję. Usnęła i ma swoje miejsce i takie takie i takie w naszej pamięci. Byłem z nią do końca. Smutno się robi kiedy tak o tym pisze, łzy gdzieś tam się gromadzą. Jestem silnie przywiązany do tych futerek naszych. Naszych? One należą do nas, a my według ich do ich stada.

19 lat to tak jakby była zawsze. Nie ważne było, czy wyjeżdżałem na obóz harcerski, wypad w góry, do pracy, czy w delegacje, ona czekała przy furtce w dniu, w godzinie mojego powrotu. Wychowała się niemal dosłownie na mnie. Była przez te wszystkie lata z nami do przedwczoraj.

Jakże nam miłośnikom zwierząt, tym do których futerka się jeszcze garną personifikować je, przypisywać im nasze ludzkie cechy. Trudno, smutno, brakuje Szarotki. Co było minęło, zmianie nie ulegnie, teraz jej już nie ma. Ta nadzieja, ta myśl, że i futerka mają jakieś życie po życiu. Ciekawie się złożyło, że kiedy zmarł mój Ojciec, kilka miesięcy po tym, odeszła kotka, która jako jedyna lgnęła do mojego Ojca. Szarotkę bardzo lubiła moja Mama, która zmarła w dniu św. Teresy, a na drugie miała właśnie Teresa. Szarotkę uśpiliśmy, co nie daje mi spokoju, w dniu św. Patryka opiekuna zwierząt, ale przejęty nie wiedziałem o tym.

Oby każde futro mogło odejść w godności.

Mr. Spock

Posted on

Stare czasy, które wydają się tak bardzo odległe. Bohaterowie z minionych dni. Aktor Leonard Nimoy jako Mr. Spock w serialu i filmach pełnometrażowych „Star Trek” tworzył dla mnie charakterologicznie jedną z najciekawszych postaci. Był dla mnie onegdaj pozytywnym bohaterem, z tą swoją nieodzowną logiką. Być może odegrał tym swoją role w moim życiu.

Logika i zdrowy rozsądek są dla mnie niesłychanie istotne. Może za bardzo, może tylko czasem, a może… Nie ma to tu i teraz znaczenia.

To znak czasu. Kolejna śmierć kogoś, kto jako nie on był dla mnie ciekawy i ważny, kiedyś tam. Czas, upływa nieubłaganie, czasem się wlecze niemiłosiernie, czasem wydaje się pędzić…

Kiedy odchodzą najbliżsi

Posted on Updated on

Kiedy odchodzą najbliżsi, nagle czy niby pozornie jest czas by się pożegnać to jednak myślę, że nie można być przygotowanym na to, na odejście kogoś bliskiego. Dziś moja mama Lidia Morek z domu Pawłowska, siostra mistrza szabli Jerzego Pawłowskiego, również uprawiająca szermierkę, skończyłaby 76 lat. Odeszła nagle 1 października 2014 roku, 2 dni temu, nagle, nie bez walki ale jej już nie ma tu na Ziemi, nie ma jej duszy. Czy byłem przygotowany? Nie byłem. W sytuacjach kryzysowych jestem niejako z automatu zmobilizowany i działam. Pogotowie, czekanie na karetkę. To były moje ostatnie chwile z moją Mamą. Potrzymałem ją za rękę, trzymając jednocześnie kroplówkę. Pomogłem przenieść na nosze do karetki. Potem, potem zebrałem potrzebne rzeczy dla Mamy do szpitala, część jej dokumentacji medycznej, dokumenty i pojechałem.

W czerwonej strefie SORu Szpitala Bielańskiego widziałem ją jeszcze siedzącą z maską tlenową. Odebrałem jej rzeczy, chciałem do niej podejść. Gdyby nie nowy pacjent pozwolili by mnie. Potem widziałem ją po raz ostatni, śpiącą, zaintubowaną, pod respiratorem. Serduszko jej biło jak należy. Powiedziano mi, że mam zadzwonić za 2 godziny. Pojechałem do domu. Nie było lęku, nie było informacji, że jest bardzo źle. Kiedy zadzwoniłem o 1 w nocy, jak miałem, dowiedziałem się, że Mama jest na R kardiologicznej na oddziale i spokojnie mam się zgłosić po 11, po obchodzie. 10 minut później telefon z prośbą o kontakt z oddziałem. Moja mama nie żyła, zmarła, jak się później okazałao po godzinnej reanimacji, uprzednich próbach stymulowania jej serduszka elektrycznie. Nie udało się. Co czułem? Nie wiem, działałem jakby z rozpędu, realizowałem konieczne zadania. Podziękowałem pani doktor z oddziału, za jej sposób rozmowy. Rozumiem co przeżywają kiedy mówią, że ktoś zmarł. To nie jest łatwe. Powoli z czasem przychodzi odczuwanie, przeżywanie, nie da się tego uniknąć.

Żałuję, że nie było mnie przy mamie do końca, ale i tak nie mógłbym być przy niej ze względu na czynności lekarzy. Udało mnie się przespać i rozpocząć działania formalne. Jestem bardzo wdzięczny lekarzom, w tym ordynatorowi oddziału za godne podejście. Nie czułem się jak intruz, wręcz przeciwnie. Pielęgniarki, lekarze byli bardzo pomocni. Bardzo im za to dziękuję. Rozmawiałem z ordynatorem, podjąłem działania administracyjne. Spokojnie bez nadzwyczajnych emocji. Dzwoniłem do Rodziny, do jej przyjaciół i znajomych. To nie łatwe działanie. Na początku odpowiadałem na pytania jak, kiedy, dlaczego, czy, a może… potem w miarę upływu czasu odmawiałem, choć rozumiałem fakt potrzeby wiedzy, lecz coraz trudniej było i jest mi o tym mówić. To po trosze jakby nierealny film, sen, który silnie odczuwany wydaje się jawą, a nie sennym przeżyciem. Niestety to prawda, realna, namacalna. Namacalna bo połowa domu straciła swojego mieszkańca, swoją Panią, moją Mamę. Zrobiło się tam pusto. Niedojedzona zupa, nie dokończone kanapki i herbata. Rozstawiona deska do prasowania. Jakby moja Mama na chwilę wyszła, zaraz wróci. Dopiero po pewnym upływie czasu odkrywam, że już nie będzie całej masy drobnych rzeczy związanych z moją Mamą. Tego drapania po plecach, tylko Ona tak umiała. Tej szarlotki jej roboty, niepowtarzalnego smaku, wspólnego oglądania śmiesznych filmów i zdjęć ze zwierzętami, pracy jej rąk jako krawcowej, obsztorcowania, uśmiechu, bycia. Jej życie tu na Ziemi przeminęło, teraz to już sprawa Chrystusa. Teraz tylko dopilnowuję jej godnego pożegnania tu na Ziemi. Była dla mnie jednym z fundamentów życia, a więc reperkusje jej braku w mym ziemskich żywocie będą jeszcze odczuwalne. Słowo, które przychodzi na myśl to „pustka”. Tym bardziej bolesna, że powstała nagle, z zaskoczenia.

Żałuję, że nie wywierałem na mojej Mamie presji, że wręcz nie namawiałem skutecznie by w końcu udać się do kardiologa, by rozpoznać jej problemy. To poczucie winy syna, który przyjmuje, że za mało poświęcał swojej Mamie czasu, za mało rozmów, za mało szczerych rozmów. Teraz już za późno, absolutnie i nie odwracalnie. Żyliśmy obok siebie w domu, każde w swojej części. Mój syn, jej wnuczek, bardzo przeżywa jej odejście. Była jakby zawsze od kiedy pamiętał, zawsze mógł na nią liczyć. Wczoraj odwracając myśli serfowałem po internecie i w oko wpadł smieszny filmik z psem w wodzie. Moja mama kochała psiaki. Pomyślałem, trzeba zawołać Mamę, ucieszy się. Po chwili ten błysk świadomości, ale jej nie ma, nie powiesz jej już nic, nie obejrzysz z nią i nie pośmiejesz się wspólnie. Odrętwienie, smutek, pustka. Pamiętam swoje słowa sprzed kilku dni „Jeszcze zajrzę”. Chciałem nawet porozmawiać, ale nie zajrzałem, coś mnie pochłonęło i nie zajrzałem. Teraz już nie mam tej możliwości. Mogę zejść do pustych pokoi, gdzie jeszcze unosi się jej ślad, ślad pracy jej dłoni, jej myśli, jej pomysłów, jej trosk i radości.

Jak niewielu wie, że wiele lat temu, kiedy była młoda, młodsza niż ja jej syn teraz, była sportowcem, nie byle jakim, choć żyjącym w cieniu swojego brata Jerzego Pawłowskiego. Ten zegarek na jej ręku. Pamiętam go…

moreklidia_01

Jesień myśli

Posted on Updated on

Rysunek, czy zdjęcie byłoby może i na zdjęciu, lecz nie o jesień tu chodzi, choć wraz z nią przychodzą smutki. Jakże subtelne są znaki zwiastujące burzę rozpaczy i smutków we własnym umyśle. Cały nieprzenikniony do końca zestaw objawów somatycznych, bóle głowy, nawet na rok przed, zwalane na zmiany pogody, coraz rzadsze wpisy na blogu, zawsze jakoś wyjaśniane przed samym sobą. Pewnego razu jednak malutka iskierka, pozornie nie ważna, wręcz błaha wybudza demony sprzed lat, przywraca pamięć i nakazuje stawić im czoła, lecz któż jest na to przygotowany. Nagle człowiek zostaje wyłączony z codziennego funkcjonowania. Celowo nie użyłem słowa „normalnego” bo czy codzienne bywa zawsze normalnym.

Czy to dobrze, czy źle? Prędzej czy później trzeba stawić czoło własnym demonom, rozliczyć, przede wszystkim samego siebie. Czy można to zrobić samemu? Nie. Ja nie potrafię, choć wiele muszę sam. Gdy ma się na tyle sił by prosić o pomoc nie jest źle, bo jeszcze ma się te siły, lecz wewnątrz nas samych mogą trwać burze i tornada. Jak powiedzieć bliskim, jak prosić o pomoc, kiedy przestać udawać, kiedy zwyczajne codzienne działania przestają radować, kiedy wnętrze ciąży i przygniata, kiedy… człowiek przestaje akceptować samego siebie.

Co pomaga mnie, a w zasadzie pomagają, najbliżsi, szczególnie żona, której nie jest przez to łatwo, choć obciążanie ich jest dla mnie równie ciężkie, pewna osoba, która po prostu mnie leczy, ale i rozumie, a także przyjaciele ze Wspólnoty Modlitewnej dla Dorosłych, ich modlitwy, także moje. To wszystko razem pomaga mi kroczyć ku pokonaniu, przede wszystkim samego siebie. Mogę im tylko dziękować i modlić się za nich, potem także służyć swoją pomocą.

Dlaczego taki osobisty wpis, tuż obok „Kocich wieści”, bo jeżeli tym wpisem pomogę komuś, kto może ma jak ma to będzie to dla mnie wiele znaczyło, bo mam nadzieję odnaleźć w końcu swoją własną ścieżkę życia, zawsze jednak z Chrystusem.

Ilu spośród nas skrywa swoje własne tajemnice z przeszłości. One w końcu dają o sobie znać…

Stowarzyszenie Aktywnie Przeciw Depresji

Czas płynie

Posted on

Czas nie jest jednostajny, targają nim burze, sztormy, doświadcza ciszy bez wiatru. W każdym z tych stanów nie jest mi dobrze. Choć uwielbiam sztorm na morzu, czy burze pełne błyskawic. Szum kropel deszczu po dachu domu jest czymś co uwielbiam. Mimo wszystko jednak lubię stagnację w życiu, brak nagłych zmian.  Jednak one następują, czy tego chcę, czy nie. Jestem ich świadom, akceptuję fakt ich istnienia, choć trudno napisać, że na tę chwilę są one dla mnie korzystne.

Jutro 30 września, ostatni dzień mojej pracy na Politechnice Warszawskiej. Kończę swoją trzynastoletnią przygodę z nauką i dydaktyką akademicką. Na uczelnię przeszedłem z przemysłu po 2 latach, tylko dwóch, pracy w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych VIS, podówczas S.A. Obecnie nie ma śladu po tej firmie z historią i tradycją. Z uczelni zaś odchodzę na własną prośbę, podług własnej decyzji. Zawodowo miało być lepiej, potem nie gorzej, a jest… nie tak jak miało być.  Jednak dziś te 13 lat na uczelni, znów ta liczba 13, jak 13 gwoździ. Udało mnie się obronić rozprawę doktorską choć łatwo też nie było. Był rok 2004, czyli potem pracując już jako adiunkt miałem 8 lat na zrobienie habilitacji. Przez pierwsze 4 lata bardzo chciałem, bardzo się angażowałem w dydaktykę, studia podyplomowe. Ostatecznie habilitacji nie robię i już na uczelni raczej nie jej nie zrealizuję.

Kwestie rozwoju, ekonomiczne także odegrały swoje role w podjęciu decyzji. Nie mając już zaplecza w swoim obszarze badawczo-naukowym planowanie ekonomiczne jest co najmniej utrudnione. Kierownik mojego zakładu, profesor, uczciwie wyznając pozyskuje prace, tematy, obszary habilitacyjne, jednak w innym nieco obszarze, a ja pomimo prób nie wpasowałem się. Niestety dziś dla mnie uczelnie ma nie wiele wspólnego z uczelnią, choćby z moich czasów studenckich i temu poświęcę jakiś kolejny wpis. Nie mogłem już akceptować, przyjmować i zgadzać się na postępujące zmiany w funkcjonowaniu uczelni w żaden sposób. To tak naprawdę ostatecznie przechyliło czarę i popchnęło mnie do decyzji o odejściu.

W trakcie swojej pracy na uczelni poznałem wiele ciekawych i wartościowych osób. Jedni się odnaleźli, inni tak jak ja ostatecznie nie i odeszli, tyle, że wcześniej ode mnie. Można by wnioskować, że wręcz żałuję tego czasu spędzonego na uczelni. Absolutnie nie, nie żałuję ani jednej sekundy i jestem wdzięczny, że mogłem tam pracować. Nie oznacza to, że wszystko akceptuję, czy pochwalam. To co jednak jest najbardziej smutne, że ani jednego „dziękuję” za 13 lat pracy. Tak jakbym tam był jedyne 5 minut i nic nie zrobił, a robiłem z zaangażowaniem, poświęcałem uczelni większość swojego czasu. Nie mogę się wykazać znaczącymi sukcesami naukowymi, lecz to efekt zarówno zależny ode mnie jak i od uwarunkowań zewnętrznych.

Jest rok 2013, a jutro ostatni dzień mojej pracy na uczelni. Dokończę sprzątać pokój, przekażę kilka rzeczy, zdam klucze, obiegówkę, odbiorę świadectwo pracy, pożegnam się i nie jeden raz tam pewnie się pojawię. Moje odejście nie oznacza bowiem, że zrywam kontakt. Zawsze wierzyłem i nadal wierzę we współpracę, a ta z założenia miała być kontynuowana. Mimo tego jest to koniec pewnego rozdziału mojego życia. Zaczyna się nowy, jaki on się okaże, to dopiero się przekonam…

Kocham podróżować

Posted on

Czym jest podróż? Czym jest dla mnie? Nieustanną wędrówką, nierzadko wyłącznie w głąb samego siebie. Lubię stawiać kroki, przemieszczać się z punktu A do punktu B. Lubię delektować się krajobrazem, bliskością natury. Jednak kiedy przemierzam kamienne miasta, pełne asfaltu na ulicach, brukowanych chodników, szklanych tafli elewacji to i tak pasjonują mnie mijani ludzie. Choć dla mnie każda rzecz, czy to kamień, czy to drzewo, a nawet brama starej kamienicy ma to coś, istnieje jak swoisty byt. Wyobrażam sobie mijając pewne miejsca, także samotne głaz gdzieś na ścieżce szlaku w lesie, czy górach, że właśnie on, czy to był lub było świadkiem pierwszego pocałunku, łez radości i ludzkiego dramatu, narodzin życia,  walki na śmierć i życie. Wszystko co mijamy to niemi świadkowie wydarzeń, jak kamery monitoringu, lecz by tego doznać musimy pozwolić przepłynąć tym emocjom przez nas samych, czasem dotknąć kamień. Jakie to szczęścia nas dotyka, że możemy chłonąć obrazy, dźwięki życia i nuty muzyki, delektować się zapachami i emocjami. Kiedy czuję łzy spływające po policzku wiem, że muzyka moich uczuć jest dobrze nastrojona, że empatia jest ze mną, we mnie, wokół, przebiega między nogami. Nie musimy pielgrzymować do odległych miejsc by przeżyć podróż. Jakże radosne jest głębsze poznanie i doznanie własnego życia. Czasem krótki spacer z pozoru jedynie tak dobrze znanymi uliczkami dostarcza nam tyle nowego.

Lubię czasem, a nawet nierzadko, by nie napisać, że często wędrować w ciszy, niby samotnie, ale z kimś, w takim tandemie, braterstwie, przyjaźni. Chłonę wówczas wszystkimi zmysłami to co mnie otacza. Kiedyś żałowałem, że nie zrobiłem takiego to a takiego zdjęcia. Dziś wiem, że wówczas dane jest mi coś przeżyć znacznie pełniej niż skupienie się na kadrze, światłu, na łapaniu i zaklinaniu w zatrzymanym obrazie uczuć. Skupiam się na uczuciach przeżywania. Jakże to piękne, czasem pełne smutku, czasem radości, czasem zwyczajnie przeoczone. Jednak przede wszystkim wówczas czuję życie, pełne i prawdziwe życie, obdarte z powierzchowności i płycizn. Można wówczas dostrzec dotychczas niedostrzegalne, wyłapać to coś co wcześniej ginęło za kurtyną prawdziwej sceny. Uwielbiam zaglądać za nią.

Może to błędne spostrzeżenie, ale wokół mnie Ci, którzy sięgają głębiej, nie boją się włożyć siebie do nieznanej skrzyni, wejść na schody prowadzące gdzieś tam, właśnie Ci przeważnie wierzą, jedni w Chrystusa, inni w coś innego, ale wierzą.

Kiedy stoję pod ciemnym niebem pełnym gwiazd
Wyciągam ramiona by dotknąć iskierek radości
Warkocz komety owiewa lodem me dłonie w blasku Słońca,
Tajemnicza cisza cienia Księżyca budzi moje sny
Wówczas staję na szczycie pod firmamentem nieboskłonu,
A kiedy patrzę za siebie cały rząd światełek błyska radośnie
A ja cały czas sięgam do gwiazd w nieba atlasie
Mogąc dojrzeć przez zwierciadła odległe spirale
Galaktyk Słońca pełne blasku gwiezdnego ciepła.
Patrzenie w tył to historia moich kroków,
A w przodzie mgła i ścieżka kamieni w niej
Prowadzi mnie w moje sny pośród dnia każdego
Bym mógł dotknąć kamień szlaku mego,
Poznać jego wspomnienia i nuty wiatru wokół,
Cudowny szum kropel wiosennego ciepła,
Radość zaklętą w obrazach albumów kroków,
Smutek przemijania życia na końcu ścieżki,
Nieznane słowa modlitw w zakątkach duszy…

Być może żadna podróż się nie kończy, ale każde kolejne drzwi życia serwują nam kolejne wędrowania…