Warszawa

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Śnieg i uśmiech

Posted on

W dniu w zasadzie wczorajszym, a dokładnie wczoraj wieczorem zaskoczyły nas, mnie, żonę, syna i koty niespodziewane, lecz zapowiadane bez przekonania opady śniegu :). Czekałem na śnieg, bo lubię zimę, bo lubię kiedy biały śnieg we dnie kiedy wieczór trwa od rana do nocy dają taką swoistą jasność, aż się serce bardziej raduje.

Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014

Współpasażerowie

Posted on

Komunikacja publiczna zbliża ludzi, choć przeważnie trzymamy się silnie tego, iż wokół siebie roztaczamy swoją strefę wpływów, choćby milimetrową ale jednak, a wtargnięcie do której traktujemy niemal jak wypowiedzenie wojny. Niedawno miałem okazję, bo przyjemnością bym tego nie nazwał. Wykończony siedzeniem nad pewnym projektem po nocy z lubością dorwałem miejsce i niemal natychmiast zapadłem w drzemkę. Jadę prawie z jednego krańca na drugi metrem. Względnie ustawiam się w miejscu takim by nie stać przy drzwiach. Mniejsza jakby z tym.

Rano w pobliżu mnie zadekowało się 2 mężczyzn, którzy na oko 18 lat mieli już istotnie za sobą, ale byli młodsi raczej ode mnie. Jeden z nich z oddali wyglądał na fana rapu albo techno, nie rozróżniam perfekcyjnie, więc mogłem się pomylić. To jednak był rap, gdyż cały wagon słuchał puszczanych kawałków. Były one tłem dla nieco donośnego głosu delikwenta, który opowiadał drugiemu swoje podboje nad innym przedstawicielami ludzi. Włączał w to bogatą mimikę, choreografię pomimo porannego szczytu w metrze. Prezentowane zasób słów, jak łatwo się domyślić niezwykle ubogi dopełniał całości. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem czy zainterweniować, czy jednak warto się narażać dla innych. Czy w ogóle można wygenerować jakikolwiek przekaz zrozumiały dla adresata wypowiedzi? Jasne, że warto ale Ci inni w większości zastosowali odcięcie się podłączając się do własnego świata muzyki przez słuchawki ze smartfonów. Odpuściłem sobie i tak popadając w przerywaną drzemkę dałem radę do końca przebywania we wspólnej przestrzeni. Wysiedli stację przed moją.

Zaszyłem się w pokoju, zweryfikowałem nieco przygotowanie do wykładu i pomny swojego stanu postanowiłem się zdrzemnąć. Niestety dzielna ekipa hydrauliczno-budowlana podjęła o 7:30 wyzwanie kucia otworu poprzez ścianę w szachcie do jednej łazienek. Tak zmotywowany ruszyłem do pracowni by coś zrobić jeszcze przed wykładem.

Tego samego dnia wieczorny powrót do domu również okazał się szansą do obcowania, tym razem, z 4 indywiduami. W odróżnieniu od porannych Ci wieczorni, każdy z osobna, prezentował się wstępnie jako „gość z którym można spróbować ustalić fakty bez sięgania po noże”. Tym razem głośność całej czwórki była większa, zasób słów nieco większy, ba a nawet były próby udawania mówienia po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Wręcz poligloci. Właśnie w przypadku tej grupy dało się zauważyć jakże ciekawą kwestię. Odniosłem wrażenie, że każdy z osobna był w porządku, sprawiał wrażenie osoby odpowiedzialnej, kulturalnej. Jednak to co zaprezentowali w wagonie wulgaryzmy, picie alkoholu, poziom rozmowy, stosunek do klobiet – jednym słowem „żenua”, dramat kulturowy. Nietrudno było się zorientować, że chłopaki jadą po towar do wciągania. Znaczy postanowili osiągnąć wyższy stopień mentackiego stanu świadomości. Jednak w porównaniu do nich mentaci odgrywali znaczącą rolę. Ponieważ stan co poniektórych wskazywał już na poluzowanie hamulca ręcznego własnego sumienia i tym razem postanowiłem nic nie robić. Może powinienem, ale czy jakby chłopcy postanowili inaczej porozmawiać czy mógłbym oczekiwać wspracia od innych współpasażerów? To pytanie retoryczne. Tym razem ja wyszedłem wcześniej od tej ekipy.

Kolejny dzień, rano, mój stan świadomości zbliżony do tego sprzed doby, a nawet pogłębiony, powolne reakcje myślowe, ale wykład względnie w głowie ułożony. Wsiadam do wagonu metra i ustalam swoja pozycję przy końcu wagonu, tak by nikomu nie wadzić, bo przecież wychodzę za wiele stacji. W pewnym momencie Pani siedząca za moimi plecami rozpoczęła konwersację przez komórkę. Skończyła stację przede mną. Ja staram się nie rozmawiać przez telefon zbyt długo, jakoś ani chcę by inni słuchali co u mnie lub tak u kogoś, ani chcę przeszkadzać komuś. Głos Pani był, przy najmniej, dla mnie idealnie wpadający mi w uszy, lekko irytujący i naprawdę co mnie obchodzi półtoragodzinne męczenie się nad w czym wyjść, a i sam dialog przypominał mi pewien skecz kabaretowy. Moje wymowne spojrzenie na Panią nie odniosło żadnego efektu. Znów dałem radę.

Trochę mam za złe samemu sobie, że choćby nie zwróciłem spokojnie uwagi. Może doświadczenie sprzed kilku tygodni kiedy najpierw spokojnie zwróciłem uwagę trójce młodych ludzi, w tym jednemu chłopakowi, że siedzą niemalże rozwaleni na siedziskach w autobusie, a Pani z zakupami musi stać. Dziewczyny stwierdziły, że nie słyszą, być może w ogóle nie kumają po polsku. Chłopak wygenerował opór. Sama Pani, którą znam i wiedziałem, że jedzie dalej, tam gdzie ja, będzie tak stała jakieś 15-20 minut. Chłopak próbował być szarmancki i ustąpić miejsca kolejnemu dziatkowi, znaczy przesunąć się na miejscu typu 1,5 siedziska by ktoś usiadł, samemu jednocześnie zajmując 3/4 siedziska. Taki mały gbur, cham, tak wychowany, że ma prawo. Generalnie siedział aż wysiadł ale nie generował w paśmie słyszalnym komunikatów werbalnych pod moim adresem. W każdym bądź razie zirytowała mnie sama Pani, która powiedziała, że nie musi siedzieć, więc niejako w sposób najgorszy wsparła moje działanie. gdyby choć zaznaczyła, że choć postoi to jednak ja mam rację. Tak to jest…

Wybory samorządowe

Posted on Updated on

jablko

Czasem czuję się jakby politycy żonglowali jabłkami z drzewa obietnic przedwyborczych.

To już za chwilę kiedy pójdę, rodzinnie pójdziemy zagłosować w wyborach samorządowych. Nie jest to przejaw zaślepienia jakąkolwiek opcją czy poglądami politycznymi jakiegoś ugrupowania. Osobiście uważam, że na wszelkie wybory należy chodzić to mój obowiązek jako mieszkańca naszej Polski, Polaka. Jednocześnie uważam obowiązującą w Polsce ordynację wyborczą za złą i niejasną. Dla mnie frekwencja wyborcza na poziomie poniżej 50%, nie legitymizuje jakiejkolwiek władzy, to farsa i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony uważam, że gdyby 90% było nieważnych przy frekwencji 95% to byłby to znacząco istotniejszy sygnał od wyborców, a tak jest jak jest.

Od lat dostrzegam taką dziwną zależność na poziomie samorządowym, iż nie tak mało kandydatów na radnych dzielnicy, czy gminy startuje z list partyjnych bo samodzielnie nie mają szans, albo tak uważają, albo dają się przekonać. Osobiście przedwyborcze obietnice, szczególnie w ujęciu poszczególnych partii są słowami i niczym więcej, a już na pewno nie mam do nich zaufania. Od 1989 roku twierdzę, że pełnienie przez polityków służby w kontekście Polski jest nieprawdziwym stwierdzeniem. Nie lubię wypowiadać się w tematach politycznych bo z jednej strony każdy ma prawo do własnego zdania, poglądów, postaw i zachowań, o ile z założenia swojego nie są krzywdzące innych. Wracając do meritum to mam zgryz wewnętrzny, gdyż znam niektórych kandydatów osobiście i jestem do ich działań, postaw i zachowań pozytywnie nastawiony, co najmniej. Jednak, ale, jest to ziarnko piasku w bucie. Niby iść się da ale uwiera coraz bardziej. Tym czymś wzbudzającym u mnie wątpliwości decyzyjne jest fakt, iż osoby te kandydują z list partyjnych, w dodatku partii, z którymi ja się nie utożsamiam. Co robić? Pytanie retoryczne, które rozstrzygnę do wyborów. Logika podpowiada mi, że powinienem na nich zagłosować. Znam ich, rozmawiam z nimi, wiem co myślą, a więc niejako mam większą nadzieję, że realnie przysłużą się miejscu, w którym mieszkam i żyję.

Inną kwestią są już dla mnie wybory prezydenta miasta, w zasadzie o tyle lepsze gdyż bezpośrednie, w przeciwieństwie do burmistrzów dzielnic. Dzięki temu mamy od kilku ładnych lat wędrówkę burmistrzów z jednej do drugiej dzielnicy, a więc piastują tę funkcje osoby, które nie są z danej dzielnicy. Według mnie to nie jest dobre rozwiązanie, a burmistrzów należy wybierać w wyborach bezpośrednich.

Mnie jako mieszkańca Wólki Węglowej w Warszawie, części Bielan drażni, delikatnie ujmując, to niesystem gospodarowania odpadami. Pamiętam jak w 2008 roku podejmowałem po wyborach pracę w naszym samorządzie lokalnym były przeprowadzane szerokie konsultacje w tym zakresie. Już wówczas można było powiedzieć, że problem był podnoszony, zgłaszano uwagi i… co z tego? Ano dopóki nie zmieniła się ustawa, pewna pani prezydent uparcie nie podejmowała tej kwestii ze skutkiem pozytywnym. Niby oczywiście rozbudowuje się infrastrukturę kanalizacyjną związaną z oczyszczalnią ścieków. Jednak kanalizowanie regionów Warszawy, które kanalizacji nie mają to już zagadnienia, których nawet superbohaterowie nie byliby w stanie doprowadzić do końca. Jedynym inwestorem w Warszawie w zakresie wodociągowym i kanalizacyjnym jest MPWiK. Nikt inny,  żaden inny podmiot, a co najwyżej można zostać podwykonawcą. Taką wiedzę mam po spotkaniach z przedstawicielami władz, MPWiK, miasta, mediów. Takie rozwiązanie systemowe nazwałbym patologicznym, gdyż zapewnia funkcjonowanie MPWiK bez względu na realne koszty inwestycji. Jeżeli tak jest, to tak być nie powinno.

Kanalizacja to jedno, a odpady bytowe, segregowalne, zielone? Kiedyś wiedziałem, iż śmieci bytowe odbierają ode mnie co drugą srodę, a segregowalne raz w miesiącu. Dziś obsługuje nas MPO i harmonogram odbiorów to jak efekt działania generatora liczb losowych. Trudno się w nim zorientować, a więc czasem się nie udaje, gdyż pojemniki mamy wystawiać przed posesję. Kiedyś Panowie brali je i odstawiali tam gdzie stoją u mnie na posesji i nigdy nie było z tym problemu. Ja to ja, mam syna, a co mają począć osoby starsze, mieszkające samotnie? Znów pytanie retoryczne. W każdym bądź razie niedaleko mnie jest sławna w kraju kompostowania śmieci. Wątpliwej jakości aromaterapia doprowadza ludzi do obłędu. Cuchnie, śmierdzi, trudno inaczej to określić. Znów, ja, moja rodzina to jeszcze, ale ludzie mieszkają zdecydowanie bliżej od nas. Oczywiście wiedzieli gdzie kupują dom, ale wówczas to coś, co jest górą śmieci, to coś co jest kompostownią miało być pozamykane. Jednak MPO wygrało przetarg, odbiera śmieci i coś z nimi musi zrobić. Moim zdaniem MPO nie było, nie jest i nie wiem czy kiedyś będzie w stanie sprostać wyzwaniu jakiego się podjęło. Przypomnę, że nie wygrała, żadna inna firma w Warszawie, posiadająca profesjonalną sortownię odpadów (np. BYŚ, też się mieści niedaleko nas). Kompostowanie zbiera śmieci, nie jest w stanie raczej przeprowadzić właściwego sortowania by kompost wytwarzać z odpadów do tego nadających się. Wiele lat temu słyszałem opowieść, o tym, iż kompost z tej kompostowni to się nie nadaje do niczego, gdyż zawiera m.in. szklane odłamki. Gdyby jeszcze ten kompost powstawał ze starannie wyselekcjonowanych odpadów zielonych, ale tak nie jest.

Dlaczego o tym piszę, bo nie mało kandydatów na radnych, na prezydenta Warszawy podejmuję to zagadnienie w swoich wystąpieniach i obietnicach przedwyborczych. Poczekam, uwierzą jak zobaczę. Tu pewny jestem tylko jednej kandydującej osoby, może dwóch, gdyż problem kompostowni dotyczy ich osobiście.

czyste_radiowo

 

Wiosna 2014

Posted on

Jakaś taka wczesna ta wiosna, a jakże odmienna tam gdzie mieszkam, gdzie tak blisko mam do Puszczy Kampinoskiej. Każdego dnia obserwowałem jak różna jest wiosna w mieście, jaka tam gdzie mieszkam i jaka w puszczy. Lubię tę puszczańską, jest taka jakby niedobudzona, przeciągająca się przed ostatecznym powstaniem z łóżka. Kiedy to piszę jest już wspaniale rozwinięta, a puszcza jest taka soczyście świeża, aż chciałoby się ją schrupać.

Czas biegnie nieubłaganie, kolejna wiosna, pora roku wzbudzająca nadzieję, dająca więcej ciepła, ale nadal potrafiąca zaskoczyć przymrozkiem. Rano bywa chłodno i w drodze do pracy muszę założyć kurtkę, lecz kiedy wracam ciepło Słońca roztapia mnie niemal dosłownie.

Lubię wiosnę, bardzo lubię, a szczególnie burze, które wręcz uwielbiam dla tej rewii świetlnych błysków, tego wiatru i ciszy przed spektaklem, tych odgłosów przewalanych kamieni w niebiosach. W tym roku jeszcze żadnej w obiektywie nie utrwaliłem. Czasem wręcz poluję z aparatem na pioruny energii, ale coraz częściej przeżywam ten spektakl tylko go obserwując.

Mgła

Posted on

Nie chodzi ani o film, lecz o zwykłą mgłę w nocy. Mgła zawsze dostarcza tajemniczości nawet tej okolicy, którą znamy jak własną kieszeń. Mgła wybudza z odrętwienia naszą wyobraźnię, która pomna naszych doświadczeń (filmów, książek, życia) dostarcza nam  wizualizacji, powodujących gęsią skórkę. Poniżej zdjęcia z zeszłego tygodnia, kiedy to w pidżamie po prostu musiałem sięgnąć po aparat i zrobić te zdjęcia.

Zima w Puszczy Kampinoskiej

Posted on

Zdjęcia te stanowią dowód, że zima przez jakiś czas zagościła w Puszczy Kampinoskiej.

Można było zaszaleć na biegówkach, pozjeżdżać na sankach, czy po prostu delektować się spacerem.