Podróże

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Współpasażerowie

Posted on

Komunikacja publiczna zbliża ludzi, choć przeważnie trzymamy się silnie tego, iż wokół siebie roztaczamy swoją strefę wpływów, choćby milimetrową ale jednak, a wtargnięcie do której traktujemy niemal jak wypowiedzenie wojny. Niedawno miałem okazję, bo przyjemnością bym tego nie nazwał. Wykończony siedzeniem nad pewnym projektem po nocy z lubością dorwałem miejsce i niemal natychmiast zapadłem w drzemkę. Jadę prawie z jednego krańca na drugi metrem. Względnie ustawiam się w miejscu takim by nie stać przy drzwiach. Mniejsza jakby z tym.

Rano w pobliżu mnie zadekowało się 2 mężczyzn, którzy na oko 18 lat mieli już istotnie za sobą, ale byli młodsi raczej ode mnie. Jeden z nich z oddali wyglądał na fana rapu albo techno, nie rozróżniam perfekcyjnie, więc mogłem się pomylić. To jednak był rap, gdyż cały wagon słuchał puszczanych kawałków. Były one tłem dla nieco donośnego głosu delikwenta, który opowiadał drugiemu swoje podboje nad innym przedstawicielami ludzi. Włączał w to bogatą mimikę, choreografię pomimo porannego szczytu w metrze. Prezentowane zasób słów, jak łatwo się domyślić niezwykle ubogi dopełniał całości. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem czy zainterweniować, czy jednak warto się narażać dla innych. Czy w ogóle można wygenerować jakikolwiek przekaz zrozumiały dla adresata wypowiedzi? Jasne, że warto ale Ci inni w większości zastosowali odcięcie się podłączając się do własnego świata muzyki przez słuchawki ze smartfonów. Odpuściłem sobie i tak popadając w przerywaną drzemkę dałem radę do końca przebywania we wspólnej przestrzeni. Wysiedli stację przed moją.

Zaszyłem się w pokoju, zweryfikowałem nieco przygotowanie do wykładu i pomny swojego stanu postanowiłem się zdrzemnąć. Niestety dzielna ekipa hydrauliczno-budowlana podjęła o 7:30 wyzwanie kucia otworu poprzez ścianę w szachcie do jednej łazienek. Tak zmotywowany ruszyłem do pracowni by coś zrobić jeszcze przed wykładem.

Tego samego dnia wieczorny powrót do domu również okazał się szansą do obcowania, tym razem, z 4 indywiduami. W odróżnieniu od porannych Ci wieczorni, każdy z osobna, prezentował się wstępnie jako „gość z którym można spróbować ustalić fakty bez sięgania po noże”. Tym razem głośność całej czwórki była większa, zasób słów nieco większy, ba a nawet były próby udawania mówienia po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Wręcz poligloci. Właśnie w przypadku tej grupy dało się zauważyć jakże ciekawą kwestię. Odniosłem wrażenie, że każdy z osobna był w porządku, sprawiał wrażenie osoby odpowiedzialnej, kulturalnej. Jednak to co zaprezentowali w wagonie wulgaryzmy, picie alkoholu, poziom rozmowy, stosunek do klobiet – jednym słowem „żenua”, dramat kulturowy. Nietrudno było się zorientować, że chłopaki jadą po towar do wciągania. Znaczy postanowili osiągnąć wyższy stopień mentackiego stanu świadomości. Jednak w porównaniu do nich mentaci odgrywali znaczącą rolę. Ponieważ stan co poniektórych wskazywał już na poluzowanie hamulca ręcznego własnego sumienia i tym razem postanowiłem nic nie robić. Może powinienem, ale czy jakby chłopcy postanowili inaczej porozmawiać czy mógłbym oczekiwać wspracia od innych współpasażerów? To pytanie retoryczne. Tym razem ja wyszedłem wcześniej od tej ekipy.

Kolejny dzień, rano, mój stan świadomości zbliżony do tego sprzed doby, a nawet pogłębiony, powolne reakcje myślowe, ale wykład względnie w głowie ułożony. Wsiadam do wagonu metra i ustalam swoja pozycję przy końcu wagonu, tak by nikomu nie wadzić, bo przecież wychodzę za wiele stacji. W pewnym momencie Pani siedząca za moimi plecami rozpoczęła konwersację przez komórkę. Skończyła stację przede mną. Ja staram się nie rozmawiać przez telefon zbyt długo, jakoś ani chcę by inni słuchali co u mnie lub tak u kogoś, ani chcę przeszkadzać komuś. Głos Pani był, przy najmniej, dla mnie idealnie wpadający mi w uszy, lekko irytujący i naprawdę co mnie obchodzi półtoragodzinne męczenie się nad w czym wyjść, a i sam dialog przypominał mi pewien skecz kabaretowy. Moje wymowne spojrzenie na Panią nie odniosło żadnego efektu. Znów dałem radę.

Trochę mam za złe samemu sobie, że choćby nie zwróciłem spokojnie uwagi. Może doświadczenie sprzed kilku tygodni kiedy najpierw spokojnie zwróciłem uwagę trójce młodych ludzi, w tym jednemu chłopakowi, że siedzą niemalże rozwaleni na siedziskach w autobusie, a Pani z zakupami musi stać. Dziewczyny stwierdziły, że nie słyszą, być może w ogóle nie kumają po polsku. Chłopak wygenerował opór. Sama Pani, którą znam i wiedziałem, że jedzie dalej, tam gdzie ja, będzie tak stała jakieś 15-20 minut. Chłopak próbował być szarmancki i ustąpić miejsca kolejnemu dziatkowi, znaczy przesunąć się na miejscu typu 1,5 siedziska by ktoś usiadł, samemu jednocześnie zajmując 3/4 siedziska. Taki mały gbur, cham, tak wychowany, że ma prawo. Generalnie siedział aż wysiadł ale nie generował w paśmie słyszalnym komunikatów werbalnych pod moim adresem. W każdym bądź razie zirytowała mnie sama Pani, która powiedziała, że nie musi siedzieć, więc niejako w sposób najgorszy wsparła moje działanie. gdyby choć zaznaczyła, że choć postoi to jednak ja mam rację. Tak to jest…

Jesień, TIR, podróż, inne

Posted on Updated on

Czasem czuję się bezradny, choć niby wiem co może trzeba czynić, ale jednak niepewność działań, rozmów jest na tyle wielka, że paraliż wydaje się być całkiem niezłym określeniem. Dzisiaj niecodzienna okazja bym mógł doznać nieco spokoju i ciszy podmiejskiego naszego miejsca. Po podwiezieniu syna do gimnazjum wyruszyłem dalej, na wschód do naszego miejsca. Poranny szczyt nie sprzyja przejazdowi przez całe miasto. Awaria jednego TIRa niemalże blokuje skutecznie trójpasmową trasę i to nie kilka kilometrów przed owym nieszczęśnikiem. Po pokonaniu tej przeszkody już bez większych przeszkód dojechałem na miejsce. Pomijam …, który kiedy ja już stałem na czerwonym przed przejściem dla pieszych mnie wyprzedził. Udało się trąbnąć na pieszych bo a nóż byłąby tragedia.

W trakcie jazdy udało mnie się posłuchać rozmowy w radiu WNET (106,2 FM), w której młody człowiek, student albo już absolwent SGH opowiadał nieco o ekonomii, tym, że na uczelnie profesorowie nie mają specjalnego wyboru i muszą uczyć to co ustali ministerstwo, a o samym sobie opowiedział, że jest mówcą i zajmuje się osobistym rozwojem, szczególnie licealistów (może i gimnazjalistów). A co takiego powiedział? Po pierwsze jak co w przypadku kiedy ktoś siebie określa jako mówcę ma już znaczenie. Bardzo często używał słowa „EEEEE”, które brzmiało bardzo wyraźnie, a ja nadal nie wiem co oznacza. Wtrącał słowa i określenia z języka angielskiego. Jaki z tego wniosek – mówcą przy najmniej dla mnie nie jest. Sztuka retoryki jest dla tego Pana nadal w obszarze poznawania. Umiejętność używania jezyka polskiego również. Niestety w obliczu, jak się mnie wydało, przekonania o własnych predyspozycjach, tego typu spostrzeżenia mogą nie być w ogóle przyjęte przez owego Pana. Mogę się także mylić, a nawet bym w tym przypadku chciał.

Dowiedziałem się od tego Pana, że w zasadzie nie trzeba mieć dobrych ocen w podstawówce by pójść do dobrego gimnazjum, dobrych ocen w gimnazjum by… itd., że można wybrać inne ścieżki rozwoju. No cóż, gdybym mógł polemizować to bym powiedział, że w aktualnym systemie edukacyjnym w Polsce trzeba mieć dobre oceny by móc mieć możliwość wyboru! Inna kwestia czy dobrze się wybierze, czy samą kwestię wyboru potraktuje się należycie. Niestety Pan nie zaznaczył kwestii zasadniczej, wręcz kolosalnie istotnej, iż przyszłość każdy z nas może zbudować przede wszystkim na umiejętnościach popartych wiedzą, nie zaś na samej wiedzy. Tego zabrakło.

Zupełną nieprawdą jest, iż Profesorowie na uczelniach muszą stricte nauczać tego co „wymusza” ministerstwo. Funkcjonują, konkretne wymagania co do treści programowej, lecz już w jej zakresie istnieje nie małe pole manewru, a więc z ministerstwa nie przychodzą plany konkretnych przedmiotów, gdyż te powstają na samych uczelniach. Tu również ten Pan minął się z prawdą, a właśnie prawda legła u stwierdzenia, które sugerowało, iż na uczelniach niekoniecznie naucza się prawdy, gdyż sa wymagania ministerstwa?!? Jeżeli ów młody Pan by przy tym obstawał to nie przychodzi mi nic inne w pierwszym skojarzeniu jak określenie „zawężony horyzont poznawczy”. Po pierwsze sama prawda może wyglądać różnie z różnych perspektyw, lecz tu nie miejsce by teraz się zagłębiać w owe dywagacje.

Podróż płynęła dalej, radio było już wyłączone, a ja rozmarzyłem się na chwilę by mnie ktoś w końcu powiózł a nie ciągle ja muszę wozić innych, ale to akurat skromna fanaberyjka. Tym razem rekompensowane były moje małe żale innymi drobnymi rzeczami. Grą spadających liści w mglistych promieniach Słońca przebijających się przez coraz bardziej łyse korony drzew oraz spokojem wokół mnie. Wyjazd do naszego miejsca był chwilą oddechu od codziennych trosk, których jednak nie da się ani wyprzeć, ani zapomnieć, trzeba im stawić czoła. Odwlekać też nie ma co.

Powrót, powrót przede wszystkim przed korkami… szkoda czasu.

Dla wrażeń wizualnych garść zdjęć jesiennych z Puszczy Kampinoskiej.

Tatry w maju

Posted on

Żona i syn bawili w okolicach Zakopanego. Poniżej efekt w postaci kilku zdjęć. Kocham góry, lecz czasem nie dane jest mi po nich powędrować.

Kocham podróżować

Posted on

Czym jest podróż? Czym jest dla mnie? Nieustanną wędrówką, nierzadko wyłącznie w głąb samego siebie. Lubię stawiać kroki, przemieszczać się z punktu A do punktu B. Lubię delektować się krajobrazem, bliskością natury. Jednak kiedy przemierzam kamienne miasta, pełne asfaltu na ulicach, brukowanych chodników, szklanych tafli elewacji to i tak pasjonują mnie mijani ludzie. Choć dla mnie każda rzecz, czy to kamień, czy to drzewo, a nawet brama starej kamienicy ma to coś, istnieje jak swoisty byt. Wyobrażam sobie mijając pewne miejsca, także samotne głaz gdzieś na ścieżce szlaku w lesie, czy górach, że właśnie on, czy to był lub było świadkiem pierwszego pocałunku, łez radości i ludzkiego dramatu, narodzin życia,  walki na śmierć i życie. Wszystko co mijamy to niemi świadkowie wydarzeń, jak kamery monitoringu, lecz by tego doznać musimy pozwolić przepłynąć tym emocjom przez nas samych, czasem dotknąć kamień. Jakie to szczęścia nas dotyka, że możemy chłonąć obrazy, dźwięki życia i nuty muzyki, delektować się zapachami i emocjami. Kiedy czuję łzy spływające po policzku wiem, że muzyka moich uczuć jest dobrze nastrojona, że empatia jest ze mną, we mnie, wokół, przebiega między nogami. Nie musimy pielgrzymować do odległych miejsc by przeżyć podróż. Jakże radosne jest głębsze poznanie i doznanie własnego życia. Czasem krótki spacer z pozoru jedynie tak dobrze znanymi uliczkami dostarcza nam tyle nowego.

Lubię czasem, a nawet nierzadko, by nie napisać, że często wędrować w ciszy, niby samotnie, ale z kimś, w takim tandemie, braterstwie, przyjaźni. Chłonę wówczas wszystkimi zmysłami to co mnie otacza. Kiedyś żałowałem, że nie zrobiłem takiego to a takiego zdjęcia. Dziś wiem, że wówczas dane jest mi coś przeżyć znacznie pełniej niż skupienie się na kadrze, światłu, na łapaniu i zaklinaniu w zatrzymanym obrazie uczuć. Skupiam się na uczuciach przeżywania. Jakże to piękne, czasem pełne smutku, czasem radości, czasem zwyczajnie przeoczone. Jednak przede wszystkim wówczas czuję życie, pełne i prawdziwe życie, obdarte z powierzchowności i płycizn. Można wówczas dostrzec dotychczas niedostrzegalne, wyłapać to coś co wcześniej ginęło za kurtyną prawdziwej sceny. Uwielbiam zaglądać za nią.

Może to błędne spostrzeżenie, ale wokół mnie Ci, którzy sięgają głębiej, nie boją się włożyć siebie do nieznanej skrzyni, wejść na schody prowadzące gdzieś tam, właśnie Ci przeważnie wierzą, jedni w Chrystusa, inni w coś innego, ale wierzą.

Kiedy stoję pod ciemnym niebem pełnym gwiazd
Wyciągam ramiona by dotknąć iskierek radości
Warkocz komety owiewa lodem me dłonie w blasku Słońca,
Tajemnicza cisza cienia Księżyca budzi moje sny
Wówczas staję na szczycie pod firmamentem nieboskłonu,
A kiedy patrzę za siebie cały rząd światełek błyska radośnie
A ja cały czas sięgam do gwiazd w nieba atlasie
Mogąc dojrzeć przez zwierciadła odległe spirale
Galaktyk Słońca pełne blasku gwiezdnego ciepła.
Patrzenie w tył to historia moich kroków,
A w przodzie mgła i ścieżka kamieni w niej
Prowadzi mnie w moje sny pośród dnia każdego
Bym mógł dotknąć kamień szlaku mego,
Poznać jego wspomnienia i nuty wiatru wokół,
Cudowny szum kropel wiosennego ciepła,
Radość zaklętą w obrazach albumów kroków,
Smutek przemijania życia na końcu ścieżki,
Nieznane słowa modlitw w zakątkach duszy…

Być może żadna podróż się nie kończy, ale każde kolejne drzwi życia serwują nam kolejne wędrowania…

Muzeum Mercedesa

Posted on Updated on

Jeżeli ktoś nigdy o nim nie słyszał, a tym bardziej nie widział to trudno sobie je tak dokładnie wyobrazić. Dopiero jak miałem przyjemność je zwiedzić osobiście mogłem docenić jego wagę, ogrom. Sam budynek jest już architektoniczną perełką. Trzeba to zobaczyć by spróbować objąć wyobraźnią. Historia, jakby to rzec potocznie kawał historii. Twórce tego muzeum nie uciekali również od trudnych historycznie okresów jak choćby II Wojna Światowa. Jednak przede wszystkim to historia samochodów, rozwoju technologii. Jako technolog chłonąłem. Jeżeli ktoś ma okazję gorąco polecam…

Wrażenia z krótkiego wyjazdu

Posted on

Trudno będzie nie napisać gdzie rodzinnie byliśmy. Plan był u swoich podstaw prosty, wręcz genialny. Rzutem na taśmę, choć w stylu wolno-powolnym postanowiliśmy, że Rodzina, nie ja, musi, bo chce, pojeździć na nartach. Ja nie mogę, ale ewentualnie biegówki lub górołażenie. Musiało być blisko więc wybór padł na Góry Świętokrzyskie i prywatną kwaterę w Świętej Katarzynie.

Pani miła, sympatyczna, a sunia pilnująca obejścia, wręcz cudownie zabawna. Niby kuchnia dla gości osobna, ale nawet bez deski do krojenia. W szafce jednak kieliszki były. Odkurzane było już jakiś czas temu. Generalnie w porządku, ale szczegóły jak wiadomo odgrywają swoją rolę. Dom był dla mnie zimny, jakby bez swojego ducha, pusty jakiś. Starzy instruktorzy harcerscy z nas, a więc warunków pięciogwiazdkowych również nie oczekuję. Pierwszej nocy wyspałem się jak nie wiem 🙂 Cisza, a normalnie mieszkam przy ruchliwej ulicy. Brak futer, czyli naszych kociaków. Nic nas nie pacało o 4:30. Po prostu bomba. Drugiej nocy zmogła mnie migrena na zmianę pogody i to była okropna noc, ale cóż to nie wina miejsca.

Podjechaliśmy pod wyciąg Sabat Krajno. Pierwsze wrażenie super. Stok profesjonalnie przygotowany, wyposażony, doświetlony, wyciągi super, ale tuż obok tzw. park miniatur. Nie będę zachwalał, a może i My jacyś nienormalni, ale naćkane, badziewne. Jedyne miłe osoby z obsługi to Pan w wypożyczalni sprzętu i przy najmniej z wyglądu instruktorzy jazdy na nartach. Ich szefowa, chyba, posiadała elementarne braki w słownictwie magicznym, czyli „Dzień dobry, dziękuję, proszę bardzo” nie należało do tego bogactwa. Nie grzeszyła również subtelnością wygłaszanych ciętych uwag. Mentalnie nas odepchnęła. Muzyka na stoku. Znów może i ja sam nie wiem czego chcę, ale jak już mam słuchać muzyki to jakiejś fajnej, a jeżeli już nie mojej nuty to przy najmniej nie tak głośno.

W końcu ceny… to ja jadę do Austrii. Tyle komentarza w tym miejscu. Nawet jak w Austrii w Alpach drożej to warto dopłacić. Nie wiem kto coś takiego finansuje, współfinansuje i niszczy lokalny krajobraz, architekturę, tradycje i realne walory. Ekonomiczne uzasadnienie takiej mieszanki oferty w pełni rozumiem, ale jednak uważam, że trzeba równać wyżej, wręcz wymuszać podwyższanie kultury i to przez duże „K”. Rozumiem, że po sezonie zimowym ten ośrodek również musi na siebie zarabiać. Jednak ten park linowy bym jakoś inaczej wplótł w otoczenie, a park miniatur, włącznie z World Trade Center, wodospadem Niagary, czy dymiącą Etną starałbym się optycznie odgrodzić od stoku. Bałem się spytać czy zgodnie z reklamą w folderku wulkan Etna dymi, a w wodospadzie Niagara jest woda. Ku uciesze rodziny odegrałem skecz, w którym wykłócałem się z wirtualnym kasjerem o zwrot części kosztów za brak dymu, wody i faktu, że przy piramidzie Cheopsa było jednak nieco za zimno. W moim przekonaniu wygląda to festyniarsko do entej potęgi. Po prostu przykro, bo kiedy popatrzy się na poszczególne elementy to mówimy o wysokiej jakości. Zabrakło całościowej wizji, a szkoda, przy najmniej dla nas. Moją rodzinę po prostu odrzuciło. Doceniamy jeszcze bardziej nasz zwyczajowy cel podróży zimowych, czyli schronisko Odrodzenie w Karkonoszach, w tym jego szefa i całą Ekipę. Dla mnie są jeszcze bardziej lepsi. Niejako całości obrazu dopełnił stojący w szopie przy krajowej „7” całodobowy samoobsługowy sexshop czynny 7 dni w tygodniu. Ktoś go umiejscowił w stodole, chyba, pomalowanej na różowo. Wybaczcie moi drodzy czytelnicy brak zdjęcia, ale warunki pogodowe uniemożliwiały nagłe hamowania i bezpieczne oddawanie się sesji zdjęciowej.

Nie mam wątpliwości, że to miejsce ma swoich zagorzałych fanów bo pomimo takiego mojego odbioru widać tam potencjał, widać tam inwestycje, a może i my trafiliśmy jakoś nie najlepiej. W każdym bądź razie było i minęło. My tam raczej planowo więcej nie zawitamy.

Wyjazd nie był stracony, bo żaden nigdy taki nie jest. Każdy coś nam daje, doświadczenie, widoki, przeżycia. Na pewno ogromne pochwały mogę oddawać, co niniejszym czynię, Ośrodkowi Wypoczynkowemu „Jodełka” w Świętej Katarzynie za klimat w restauracji, za same posiłki i bardzo przesympatyczną obsługę. To miejsce mogę zdecydowanie polecać. Być może gdybyśmy właśnie tam się zadekowali to i cały wyjazd przebiegłby inaczej.

Udało nam się zdobyć Łysicę… spacerkiem, w deszczu z drzew. Jednak to co podczas tego spaceru zadziwiło nas najbardziej to w oczku źródła Świętego Franciszka pławiła się żaba.

Byłbym nieuczciwy gdyby w moim wpisie przeważały negatywne odczucia. Bez wątpienia tam zimą nie wrócimy z myślą o nartach, ale latem raczej kiedyś na pewno. Region oferuje całe bogactwo atrakcji turystycznych i zamierzamy je eksplorować pieszo i na rowerach. To jednak będzie miało miejsce w innym czasie. Póki co musimy odetchnąć. Może to my oczekiwaliśmy czegoś więcej, wręcz zbyt wiele. Zapewne ten ośrodek za 10 lat będzie wyglądał zdecydowanie lepiej. Jednak jest to rozwój regionu, ale mimo wszystko czegoś mi brak… podobnie jak w Sarbinowie nad morzem, brakuje mi tego lokalnego patriotyzmu, zadbania o własną tradycję, historię regionu, a tym architekturę. Tego mi tam brakuje, nie tylko tam…