Podróże

Z tygodnia na tydzień

Posted on Updated on

Z tygodnia na tydzień to… tak miało być o moim nowym, eksperymentalnym cyklu na moim kanale na YouTube ale jakoś będzie nieco jeszcze o czymś.

z_tygodnia_02.jpg

Sam pomysł chodził w moich myślach od początku podjęcia solidniejszej pracy nad kanałem na YouTube. Byłem, jestem i będę twórcą, który uwielbia pracę z obrazem i dźwiękiem.

Dla mnie szczególnie „Z tygodnia na tydzień” będzie cyklem bardzo ważnym. Po pierwsze wyzwaniem jest założona konkretna cykliczność, która polega na emisji filmu w każdy poniedziałek między 6-8 najlepiej, najdalej do 8 rano.

Po drugie podjęcie tego cyklu wymaga ode mnie pracy nad doborem tematów z tygodnia, obserwacji tego co jest ważne ale przede wszystkim wyszukiwania czegoś dobrego. Tak, ma być coś z energią i radością. Jestem według niektórych mistrzem w tematach refleksyjnych, nostalgicznych, smutnych… a życie to jednak coś związanego ze Słońcem, jego ciepłem i radością.

Dla słuchaczy i widzów ma to być coś na lepszy początek nowego tygodnia.

Pierwszy odcinek zrealizowałem na przysłowiowego wariata, a więc, jak to ja, jestem prawie zadowolony. Dostępny jest też w ramach Soundcloud: Z tygodnia na tydzień #1

Po trzecie, a w zasadzie powinno to być miejscu 00 to motywacja do pracy nad własną ekspresją i swoistym swobodniejszym stylem, który dostrzegą może inni. Bo ja czasem jestem duszą towarzystwa ale bardzo, ale to bardzo rzadko 😉

Może „Z tygodnia na tydzień” okaże się w jakiejś swojej części kroniką, lepszą od vloga, a może inną, ważną również jakoś dla innych? Byłoby fajnie, ale to wymaga doskonalenia samego mnie 🙂

Po trzecie o to chodzi o pracę nad sobą, która nie tylko daje mi frajdę tworzenia ale kształtuje i doskonali moje umiejętności.

Dla mnie kanał na YouTube z jednej strony był nieosiągalnym celem, a z drugiej naturalną drogą samorozwoju. Nieosiągalny cel bo wstyd, bo niska samoocena, bo przekonanie, że nie umiem i nie powinienem. Pokonanie własnych lęków, ograniczeń to prawdziwe zwycięstwa jakich dokonujemy. Jest to cholernie trudne ale nie jest niemożliwe. Warto, po trzykroć warto.

U mnie to się zmieniło, a w zasadzie miało początek kiedy to moi nauczyciele od wokalu w Music School dla takich jak ja 😉 powiedzieli, coś w tym stylu:

Co Pan mi tu… pamięć rytmu jest i pamięć dźwięku jest a reszta to tylko wyćwiczenie mięśni…

Niektórym miesiąc zajmuje to co Panu udaje się na pierwszej lekcji (flet poprzeczny).

Nagle okazało się, że przełączyły się te źle nastawione przełączniki w moich myślach i mogę śpiewać i mogę nauczyć się grać na flecie poprzecznym, a w każdym razie mam predyspozycje.

Dlaczego flet poprzeczny? Bo masowo ludziska uczą się gry na gitarze, a ja jak zwykle troszkę po swojemu. Moje samospełniające się przekonania przestały się sprawdzać. To niełatwy proces zmian siebie samego, a dokładnie swojego podejścia do świata, bo jesteśmy jacy jesteśmy i inni już nie będziemy, tak z punktu widzenia leżenia naszych fundamentów ale możemy starać się zmieniać nasze myśli, wierzyć bardziej we własne siły itd.

Mam nadzieję, że uda mnie się ten eksperyment „Z tygodnia na tydzień” albo się skończy się szybko. Kiedy pisałem ten tekst wpadło mi kilka ciekawych kwestii właśnie do kolejnego odcinka. Do zobaczenia i usłyszenia.

Odcinek dostępny także do posłuchania: Z tygodnia na tydzień #1

 

Reklamy

Helsinki – Twierdza Suomenlinna

Posted on Updated on

Czasami chciałbym by ten czas tak nie pędził. Piszę te słowa, a w zasadzie wystukuję na klawiaturze mojego laptopa kilka dni po powrocie z Helsinek. Chciałbym by ten czas tak nie biegł, trochę zwolnił i dał szansę na lepsze jego przeżycie niż w świadomości ogólnego pędu bez szans na głębsze przemyślenia.

Prawda jednak jest taka, iż my sami może spowodować by ten czas tak nie biegł. Nie zatrzymamy go i nie o to chodzi. Może to nawet nie o ten czas chodzi, tylko o to byśmy my sami go nie tracili, nie dawali mu się marnować.

Przy czym udanego leżenia w hamaku z dobrą książką i szumem wiatru w koronach nade mną nie uznaję za czas stracony.

Helsinki dały mi możliwość do pewnego plastycznego kształtowania czasu jaki miałem do dyspozycji. Co prawda rozkręcałem się w tym artystycznym podejściu do czasu już pod koniec pobytu to i tak warto było. W zasadzie osiągnąłem co planowałem, choć jeszcze bym tam został… Ja zawsze w nowym miejscu jestem jak kot z tymczasu w nowym domku 😉 powoli i ostrożnie, a czas płynie.

Twierdza Suomenlinna broni dostępu do Helsinek. Jej architektura, specyficzny klimat miejsca, nie tylko związany z ciśnieniem, wilgotnością i temperaturą oraz dostępność do przeszłości (znów ten czas) stanowi ciekawy miks możliwości spędzania tam czasu.

7. lat temu kąpaliśmy się tam rodzinnie na kąpielisku. Nadal można zwiedzać łódź podwodną wybudowaną pierwotnie (oddaną do użytku w 1933 r.) dla Kriegsmarine i następnie odkupionej od Niemiec przez Finów w 1936 roku. Chcę się powiedzieć U-boot ale nie wiem na ile to wyłącznie konstrukcyjna myśl Finów, może projekt wspólny lub też dostarczony przez Niemców. Jest i można ją zobaczyć, przejść przez cały okręt. Jak dla mnie ekstremalnie mały, a ja lubię ciasne pomieszczenia, ale bez przesady.

Za każdym razem byłem twierdzą Suomenlinną niezmiennie zauroczony. Może to kwestia tych kamieni, z których została zbudowana. Myślę, że wszystkiego po trochu 🙂 Głównym środkiem komunikacji na twierdzę jest prom (bilet w ramach miejskiego systemu komunikacji). O czym wcześniej nie wiedziałem na wyspę prowadzi tunel pod dnem morza. Przeznaczony jest dla karetek, poczty i pojazdów armii fińskiej. Na wyspie można zamieszkać, lecz nie jest to łatwe. Stowarzyszenie (może fundacja) przede wszystkim promują artystów i szkutników, ludzi wolnych zawodów. Niewątpliwym mankamentem, z jednej strony, jest to, że prawie wszystko co zostało na wyspie wybudowane podlega ochronie konserwatora zabytków. Oznacza to utrudnienia w remontach. Z drugiej strony jest to logiczne i zrozumiałe.

Submarine Vesikko – łódź podwodna typu CV-707 wybudowana przez Finów dla niemieckiej marynarki wojennej w 1933 i odkupiona w 1936 r. Załoga liczyła 20 osób. Gdzie oni się tam mieścili nawet uwzględniając, że jedna wachta śpi, a druga jest na służbie.

Mam swoje ulubione miejsca na wyspie z twierdzą, a czas, w którym tam tym razem byłem to czas kiedy mniej jest turystów i mogłem doznać spokoju, mile spędzonego czasu. Naprawdę było warto 🙂

Ze swojego pobytu w Helsinkach powstały dwa vlogi na moim kanale YouTube i zapraszam również do obejrzenia 🙂

 

Helsinki i babie lato

Posted on Updated on

Przyjechałem tu by wypocząć i nabrać sił, by zregenerować nadwyrężone własne ciało i umysł, może nawet by dać nieco wyleżeć się duszy, by nie myślała ciągle, by nie martwiła się ciągle, by nabrała dystansu, bym nabrał nieco dystansu. Zadałem sobie pytanie, czy robię to dla siebie?

Nie tylko. To pierwszy od lat czas niemal tylko dla mnie ale robię to także po to by nabrać choć trochę sił by móc wspierać najbliższych. To czas spędzany w Helsinkach i w ich pobliżu. Dziękuję mojej stryjecznej siostrze Eli za ugoszczenie i czas mi poświęcony 🙂 .

Przez pierwsze dni z tego krótkiego jednak pobytu miałem okazję powędrować po parku (Central Park) w Helsinkach i Luukki Recreation Area. Poniżej zamieszczone zdjęcia wykonałem w obu tych miejscach. Podobnie jak w Polsce jest wysyp grzybów, których niemal nikt nie zbiera :-\

Przylatując do Helsinek niezamierzenie choć szczęśliwie przywiozłem ze sobą pogodę 😉 i jak na tę porę roku tu jest ciepło, a słonecznie tak jak nie było przez wakacje. Jednocześnie słoneczne światło jest bardzo ostre i wykonanie niezłego zdjęcia wymaga trochę pokombinowania. Nie przykładam się specjalnie, a w Luukkaa Recreation Area wszystkie zdjęcia i filmy nakręciłem SONY EXPERIA X ze względu na fakt, iż aparat postanowił ze mną nie jechać. Przecież nie napiszę, że go jakoś tak nie zabrałem ze sobą ;-).

Przede wszystkim jednak odczucia wizualne ewidentnie są tylko częściowo zaklęte w wykonanych przeze mnie zdjęciach. Naprawdę uwielbiam Finlandię, która kojarzona z zimnem, polarnymi nocami mimo wszystko posiada niesamowitą bogatość roślin, szczególnie w dolnym piętrze i ściółce.

Liczne porosty świadczą o czystości środowiska naturalnego.

Cechą Finów jest aktywność w różnego rodzaju sportach zarówno wyczynowo, półwyczynowo lub po prostu dla samej rekreacji . Podczas wędrówek minąłem wiele osób starszych ode mnie rześko i z zaangażowaniem wędrujących z kijkami. Wiele osób biega, trenuje biegówki na specjalnych rolkach albo jeździ na rowerze. Często organizowane są biegi na orientacje. W miejscowości po Helsinkami liczba naprawdę porządnych hal z lodowiskami w zestawieniu z Polską…

To co bardzo zwróciło moją uwagę to gdy wędrowaliśmy w Luukkaa Recreation Area mijaliśmy wiele Rodzin z dziećmi, a wiele z nich to minimum troje pociech. Naprawdę było radośnie.

Infrastruktura jest wręcz wspaniale zorganizowana i utrzymana (ścieżki, chaty z paleniskami, grillami, toalety, pomosty, ścieżki). Tu trzeba jednak podkreślić, iż nie jest niszczona, a czystości można pozazdrościć.

Wszystko razem powoduje, że wędruje, czy po prostu delektuje się widokami, odgłosami naprawdę wyjątkowo dobrze. Dokonałem dobrego wyboru by właśnie tu przyjechać i odpocząć.

W każdym z tych dwóch miejsc, parku w samych Helsinkach i w Luukki są wydzielone, choć nie ogrodzone, obszary lasu, który jest pozostawiony sam sobie. Jedyna ingerencja człowieka polega na ewentualnym uprzątnięciu fragmentu drzewa ze ścieżki.

 

Rowerowanie

Posted on Updated on

Woda w butelce

Czas płynie nieubłaganie i jak widać niejednokrotnie do niego nawiązuję. Czas należy szanować, choć nie stronić od szaleństw, od czasu do czasu. Różne zdrowotne i życiowe zakręty odwodziły mnie od regularnych ćwiczeń fizycznych. Waga sobie rosła i rosła i urosła. Teraz kiedy większość tych niemiłych rzeczy mam już za sobą trzeba rozprawić się z wagą. Dieta, o której wcześniej nie jeden raz pisałem, no cóż nie była przeze mnie przestrzegana. Czy żałuję? Nie wątpliwie tak. Nie tylko z powodu niezmiennego problemu mojego choróbska (REA), czy innych przypadłości ludzi po 40-ce. Po prostu czułem się lepiej, zdrowiej :), lżej i w ogóle. Problemy jak wiemy można zażerać i ja zażerałem, no może nie aż tak, ile to słowo „żreć” potocznie znaczy. Mój jeden kot to faktycznie żre i żre. W każdym bądź razie udało mnie się jak to się mówi potocznie – ogarnąć życiowo i żeglować dalej.

Gdzieś w centrali w moim mózgu (sztab sił połączonych) obradował i zaordynował, że kryzys się skończył i wracamy do regularnych ćwiczeń i dbania o siebie. Co prawda generał Smaczek zdecydowanie  obstawał przy możliwościach smakowania kontrolnego, lecz był sam. Być może czeka go dymisja. To się jeszcze okaże. Żartować można i trzeba, nie można być za poważnym i zbytnim wesołkiem też. W każdym bądź razie staram się każdego dnia na kijkach lub/i na rowerze. Z kijkami to chwilowo bardzo ostrożnie. Nowe buty po niecałych 8 km dały popalić mojej lewej stopie i bez plastra nie da rady. Po wymianie pary na nową projekt współfinansowany przeze mnie polegający na dalszym rozchodzeniu butów trwa. Zostały mi do wdrożenia codzienne ćwiczenia rozciągające i kilka siłowych.

W ostatnich dniach zaczęło się dziać i jakoś daję radę. Nie można odpuszczać, absolutnie nie można poddawać się, choćby nie wiem jak złe rzeczy nam się przytrafiały. Kiedy jest bardzo źle, kiedy nic nie daje się zrobić sama walka by dać sobie pomóc jest tym niepoddawaniem się. Wiem dokładnie o czym piszę, choć nie piszę wszystkiego. Zawsze można uciec do przodu, zawsze można poprosić o pomoc, lecz nikt i nigdy za nas nie przeżyje naszego życia.

Jak to chęć napisania o dzisiejszym rowerowaniu zamieniła się w takie dywagacje 🙂 Rok temu nie byłbym w stanie podjąć tego wysiłku by zrobić to nie tylko dla siebie, ale co równie istotne dla mojej Żony. Rok, minęło 365 dni i jest inaczej. Czy jest dobrze? Jest lepiej! Czy się boję? Ależ oczywiście, ale strach to strach przed czymś co jeszcze nie zaistniało. Można go zagnać do zagrody. Nie można go w sobie zniszczyć, ale nie można dać mu rządzić sobą.

Zatem rowerowanie, w końcu… wzdłuż Wisły po bulwarach, jeszcze nie dokończonych ale było przyjemnie, bardzo. Może czasem jeszcze nie jestem tym kim byłem, a kim powinienem ale byłem i nadal jestem zadowolony z tych przejażdżek. Przede wszystkim była to nasza wspólna przejażdżka, tylko we dwoje, tam i z powrotem, choć nie na miarę Hobbita 😉 ale jednak. Warto było i zamierzam to podtrzymać. Poniżej kilka fotek, ale i link do trasy: rowerowanie dnia dzisiejszego.

Woda, jak ta w butelce to jak woda do życia, a jazda była nad wodą i tej wody wokół brakuje. Zdjęć z rowerowania nie ma dużo bo w nim nie chodziło o nie, ale o kręcenie tymi pedałami, o ten pęd powietrza wokół, o miejsce, o to, że razem.

 

Teraz trzeba dalej iść :), czy jechać :), czy się wspinać :), czy żeglować :), może czasem zawracać ale przeć do i nadal dostrzegać subtelności wokół siebie.

Współpasażerowie

Posted on

Komunikacja publiczna zbliża ludzi, choć przeważnie trzymamy się silnie tego, iż wokół siebie roztaczamy swoją strefę wpływów, choćby milimetrową ale jednak, a wtargnięcie do której traktujemy niemal jak wypowiedzenie wojny. Niedawno miałem okazję, bo przyjemnością bym tego nie nazwał. Wykończony siedzeniem nad pewnym projektem po nocy z lubością dorwałem miejsce i niemal natychmiast zapadłem w drzemkę. Jadę prawie z jednego krańca na drugi metrem. Względnie ustawiam się w miejscu takim by nie stać przy drzwiach. Mniejsza jakby z tym.

Rano w pobliżu mnie zadekowało się 2 mężczyzn, którzy na oko 18 lat mieli już istotnie za sobą, ale byli młodsi raczej ode mnie. Jeden z nich z oddali wyglądał na fana rapu albo techno, nie rozróżniam perfekcyjnie, więc mogłem się pomylić. To jednak był rap, gdyż cały wagon słuchał puszczanych kawałków. Były one tłem dla nieco donośnego głosu delikwenta, który opowiadał drugiemu swoje podboje nad innym przedstawicielami ludzi. Włączał w to bogatą mimikę, choreografię pomimo porannego szczytu w metrze. Prezentowane zasób słów, jak łatwo się domyślić niezwykle ubogi dopełniał całości. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem czy zainterweniować, czy jednak warto się narażać dla innych. Czy w ogóle można wygenerować jakikolwiek przekaz zrozumiały dla adresata wypowiedzi? Jasne, że warto ale Ci inni w większości zastosowali odcięcie się podłączając się do własnego świata muzyki przez słuchawki ze smartfonów. Odpuściłem sobie i tak popadając w przerywaną drzemkę dałem radę do końca przebywania we wspólnej przestrzeni. Wysiedli stację przed moją.

Zaszyłem się w pokoju, zweryfikowałem nieco przygotowanie do wykładu i pomny swojego stanu postanowiłem się zdrzemnąć. Niestety dzielna ekipa hydrauliczno-budowlana podjęła o 7:30 wyzwanie kucia otworu poprzez ścianę w szachcie do jednej łazienek. Tak zmotywowany ruszyłem do pracowni by coś zrobić jeszcze przed wykładem.

Tego samego dnia wieczorny powrót do domu również okazał się szansą do obcowania, tym razem, z 4 indywiduami. W odróżnieniu od porannych Ci wieczorni, każdy z osobna, prezentował się wstępnie jako „gość z którym można spróbować ustalić fakty bez sięgania po noże”. Tym razem głośność całej czwórki była większa, zasób słów nieco większy, ba a nawet były próby udawania mówienia po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Wręcz poligloci. Właśnie w przypadku tej grupy dało się zauważyć jakże ciekawą kwestię. Odniosłem wrażenie, że każdy z osobna był w porządku, sprawiał wrażenie osoby odpowiedzialnej, kulturalnej. Jednak to co zaprezentowali w wagonie wulgaryzmy, picie alkoholu, poziom rozmowy, stosunek do klobiet – jednym słowem „żenua”, dramat kulturowy. Nietrudno było się zorientować, że chłopaki jadą po towar do wciągania. Znaczy postanowili osiągnąć wyższy stopień mentackiego stanu świadomości. Jednak w porównaniu do nich mentaci odgrywali znaczącą rolę. Ponieważ stan co poniektórych wskazywał już na poluzowanie hamulca ręcznego własnego sumienia i tym razem postanowiłem nic nie robić. Może powinienem, ale czy jakby chłopcy postanowili inaczej porozmawiać czy mógłbym oczekiwać wspracia od innych współpasażerów? To pytanie retoryczne. Tym razem ja wyszedłem wcześniej od tej ekipy.

Kolejny dzień, rano, mój stan świadomości zbliżony do tego sprzed doby, a nawet pogłębiony, powolne reakcje myślowe, ale wykład względnie w głowie ułożony. Wsiadam do wagonu metra i ustalam swoja pozycję przy końcu wagonu, tak by nikomu nie wadzić, bo przecież wychodzę za wiele stacji. W pewnym momencie Pani siedząca za moimi plecami rozpoczęła konwersację przez komórkę. Skończyła stację przede mną. Ja staram się nie rozmawiać przez telefon zbyt długo, jakoś ani chcę by inni słuchali co u mnie lub tak u kogoś, ani chcę przeszkadzać komuś. Głos Pani był, przy najmniej, dla mnie idealnie wpadający mi w uszy, lekko irytujący i naprawdę co mnie obchodzi półtoragodzinne męczenie się nad w czym wyjść, a i sam dialog przypominał mi pewien skecz kabaretowy. Moje wymowne spojrzenie na Panią nie odniosło żadnego efektu. Znów dałem radę.

Trochę mam za złe samemu sobie, że choćby nie zwróciłem spokojnie uwagi. Może doświadczenie sprzed kilku tygodni kiedy najpierw spokojnie zwróciłem uwagę trójce młodych ludzi, w tym jednemu chłopakowi, że siedzą niemalże rozwaleni na siedziskach w autobusie, a Pani z zakupami musi stać. Dziewczyny stwierdziły, że nie słyszą, być może w ogóle nie kumają po polsku. Chłopak wygenerował opór. Sama Pani, którą znam i wiedziałem, że jedzie dalej, tam gdzie ja, będzie tak stała jakieś 15-20 minut. Chłopak próbował być szarmancki i ustąpić miejsca kolejnemu dziatkowi, znaczy przesunąć się na miejscu typu 1,5 siedziska by ktoś usiadł, samemu jednocześnie zajmując 3/4 siedziska. Taki mały gbur, cham, tak wychowany, że ma prawo. Generalnie siedział aż wysiadł ale nie generował w paśmie słyszalnym komunikatów werbalnych pod moim adresem. W każdym bądź razie zirytowała mnie sama Pani, która powiedziała, że nie musi siedzieć, więc niejako w sposób najgorszy wsparła moje działanie. gdyby choć zaznaczyła, że choć postoi to jednak ja mam rację. Tak to jest…

Jesień, TIR, podróż, inne

Posted on Updated on

Czasem czuję się bezradny, choć niby wiem co może trzeba czynić, ale jednak niepewność działań, rozmów jest na tyle wielka, że paraliż wydaje się być całkiem niezłym określeniem. Dzisiaj niecodzienna okazja bym mógł doznać nieco spokoju i ciszy podmiejskiego naszego miejsca. Po podwiezieniu syna do gimnazjum wyruszyłem dalej, na wschód do naszego miejsca. Poranny szczyt nie sprzyja przejazdowi przez całe miasto. Awaria jednego TIRa niemalże blokuje skutecznie trójpasmową trasę i to nie kilka kilometrów przed owym nieszczęśnikiem. Po pokonaniu tej przeszkody już bez większych przeszkód dojechałem na miejsce. Pomijam …, który kiedy ja już stałem na czerwonym przed przejściem dla pieszych mnie wyprzedził. Udało się trąbnąć na pieszych bo a nóż byłąby tragedia.

W trakcie jazdy udało mnie się posłuchać rozmowy w radiu WNET (106,2 FM), w której młody człowiek, student albo już absolwent SGH opowiadał nieco o ekonomii, tym, że na uczelnie profesorowie nie mają specjalnego wyboru i muszą uczyć to co ustali ministerstwo, a o samym sobie opowiedział, że jest mówcą i zajmuje się osobistym rozwojem, szczególnie licealistów (może i gimnazjalistów). A co takiego powiedział? Po pierwsze jak co w przypadku kiedy ktoś siebie określa jako mówcę ma już znaczenie. Bardzo często używał słowa „EEEEE”, które brzmiało bardzo wyraźnie, a ja nadal nie wiem co oznacza. Wtrącał słowa i określenia z języka angielskiego. Jaki z tego wniosek – mówcą przy najmniej dla mnie nie jest. Sztuka retoryki jest dla tego Pana nadal w obszarze poznawania. Umiejętność używania jezyka polskiego również. Niestety w obliczu, jak się mnie wydało, przekonania o własnych predyspozycjach, tego typu spostrzeżenia mogą nie być w ogóle przyjęte przez owego Pana. Mogę się także mylić, a nawet bym w tym przypadku chciał.

Dowiedziałem się od tego Pana, że w zasadzie nie trzeba mieć dobrych ocen w podstawówce by pójść do dobrego gimnazjum, dobrych ocen w gimnazjum by… itd., że można wybrać inne ścieżki rozwoju. No cóż, gdybym mógł polemizować to bym powiedział, że w aktualnym systemie edukacyjnym w Polsce trzeba mieć dobre oceny by móc mieć możliwość wyboru! Inna kwestia czy dobrze się wybierze, czy samą kwestię wyboru potraktuje się należycie. Niestety Pan nie zaznaczył kwestii zasadniczej, wręcz kolosalnie istotnej, iż przyszłość każdy z nas może zbudować przede wszystkim na umiejętnościach popartych wiedzą, nie zaś na samej wiedzy. Tego zabrakło.

Zupełną nieprawdą jest, iż Profesorowie na uczelniach muszą stricte nauczać tego co „wymusza” ministerstwo. Funkcjonują, konkretne wymagania co do treści programowej, lecz już w jej zakresie istnieje nie małe pole manewru, a więc z ministerstwa nie przychodzą plany konkretnych przedmiotów, gdyż te powstają na samych uczelniach. Tu również ten Pan minął się z prawdą, a właśnie prawda legła u stwierdzenia, które sugerowało, iż na uczelniach niekoniecznie naucza się prawdy, gdyż sa wymagania ministerstwa?!? Jeżeli ów młody Pan by przy tym obstawał to nie przychodzi mi nic inne w pierwszym skojarzeniu jak określenie „zawężony horyzont poznawczy”. Po pierwsze sama prawda może wyglądać różnie z różnych perspektyw, lecz tu nie miejsce by teraz się zagłębiać w owe dywagacje.

Podróż płynęła dalej, radio było już wyłączone, a ja rozmarzyłem się na chwilę by mnie ktoś w końcu powiózł a nie ciągle ja muszę wozić innych, ale to akurat skromna fanaberyjka. Tym razem rekompensowane były moje małe żale innymi drobnymi rzeczami. Grą spadających liści w mglistych promieniach Słońca przebijających się przez coraz bardziej łyse korony drzew oraz spokojem wokół mnie. Wyjazd do naszego miejsca był chwilą oddechu od codziennych trosk, których jednak nie da się ani wyprzeć, ani zapomnieć, trzeba im stawić czoła. Odwlekać też nie ma co.

Powrót, powrót przede wszystkim przed korkami… szkoda czasu.

Dla wrażeń wizualnych garść zdjęć jesiennych z Puszczy Kampinoskiej.

Tatry w maju

Posted on

Żona i syn bawili w okolicach Zakopanego. Poniżej efekt w postaci kilku zdjęć. Kocham góry, lecz czasem nie dane jest mi po nich powędrować.