Góry

Wąwóz Samaria i greccy górale

Posted on Updated on

Wąwóz w Parku Narodowym Samaria to najdłuższy suchy wąwóz w Europie. Zalicza się go do wąwozów nie będących wąwozami rzecznymi, choć przez niemałą jego długość płynie strumień. Dla nas dodatkowo pobyt w tym Parku Narodowym oznaczał najdalej na południe położone miejsce w Europie w jakim mieliśmy wspólnie z żoną i oddzielnie być. Rezydent ostrzegał przed warunkami ale ja bym ostrzegał bardziej, a może dobitniej zwracał uwagę na obuwie jakie powinno mieć się na sobie.

O poranku

Wycieczka była zorganizowana. Wstaliśmy wcześnie, dużo przed śniadaniem. Dzień wcześniej odebraliśmy pakiety śniadaniowe, całkiem smaczne i syte. Na jedzenie w naszym hotelu nie możemy narzekać.  Obawiałem się jedynie, że przy moim apetycie mój pakiet zostanie wchłonięty długo przed śniadaniem. Na szczęście tak się nie stało.

Stwierdziłem, że startujemy powyżej 1000 m n.p.m., a więc może być chłodno. Zresztą poranek był rześki. Wybrałem spodnie taktyczno-turystyczne Helikona, koszulkę termoaktywną, buty taktyczno-sportowe Miltec i oczywiście czapkę. Przebrałem się dopiero na promie powrotnym.

Podróżowaliśmy autokarem i to z przesiadką. Biura podróży organizują wycieczki zbierając turystów z różnych hoteli, a potem jeżeli to koniecznie transferują ich (nas), znaczy łączą w grupy np. Polaków by pilotowi było łatwiej.

Nasza pilotka Pani Kasia, bardzo miła, rzetelna, dobra organizatorka, ale czułem się jak pod opieką Pani Przedszkolanki. Ja i żona chcieliśmy jednak dowiedzieć się czegoś więcej. Udało się ale o tym później 🙂

Dotarliśmy do wrót Parku Narodowego Samaria i po skorzystaniu z WC, zakupieniu jednego kijka trekingowego (dla żony – jako mąż zdobyłem punkty 😉 ) wyruszyliśmy na trasę szlaku przez wąwóz. Bilety mają dwie części, jedna odrywana jest przy wejściu, a druga przy wyjściu z wąwozu. Prosty sposób weryfikacji czy wszyscy wyszli, o ile ktoś to realnie weryfikuje. Według danych crete.pl wąwóz Samaria jest odwiedzany przez około 1000 turystów dziennie!!!

Zaczynamy schodzenie

Według jednego źródła z 1236, a według innego z poziomu 1227 m n.p.m. rozpoczyna się wędrówkę szlakiem przez wąwóz Samaria (ilustracja 1).  Mniejsza o szczegóły. Pierwszy fragment trasy to strome zejście po stopniach, które kiedyś były drewniane. Wzdłuż zejścia w wielu miejscach barierki z drewna, a także rozpięta metalowa siatka chroniąca przed spadającymi kamieniami.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 1. Wejście na szlak w wąwozie Samaria.

Parka Narodowy Samarii, który otacza wąwóz został ustanowiony w 1962 roku i jest jedynym greckim parkiem narodowym na Krecie. Tylko w nim występuje w stanie dzikim kreteńska dzika koza kri-kri (jeden z 300 gatunków, które można spotkać w parku). Początkowo wystartowaliśmy w międzynarodowym peletonie.

Niezaprzeczalnie Park Narodowy Samarii chroni te wszystkie najważniejsze walory, zarówno krajoznawcze (ilustracja 2 i 3) jak i przyrodnicze i antropogeniczne, powstałe w wyniku działania człowieka.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 2. Widok na początku wędrówki.
wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 3. Widok tuż przed wejściem na szlak.

Przed nami około 17 km marszu. Początkowo w cieniu drzew i krzewów ale od samego początku po kamienistym gruncie. Moje stopy w butach jakie miałem szybko przekonują się, że można zliczać napotkane kamienie. Choć jestem piechurem i wiele kilometrów za mną, to pod koniec wędrówki ledwo czułem stopy. Przez kilka następnych dni 😉 odczuwaliśmy efekty tego szybkiego marszu. Buty z vibramową podeszwą to moim zdaniem podstawa do wędrówki tym wąwozem.  Czarna koszulka termoaktywna i nawet długie spodnie nie spowodowały bym się przegrzał czy jakoś bardziej odwodnił. Po pierwsze dlatego, że początkowo szliśmy w chłodzie i w cieniu, a potem wędrówka przebiegała w ciągu wiatru od morza. Szczególnie w drugiej połowie marszu słońce operowało znacznie bardziej ale ten wiatr… Fakt, trzeba uważać, słońce i wiatr to zwodnicze zestawienie.

Sztuka równoważenia kamieni

Nie dało się nie zauważyć efektów miłośników sztuki równoważenia kamieni (Stone Balancing) – ilustracje 4 i 5. Trzeba mieć czas i to lubić ale faktem, że robi to wrażenie. Na trasie szlaku w wąwozie wielokrotnie napotykaliśmy na ustawione kamienie, ale tylko w pierwszej części natknęliśmy się na takie kamienne miasteczko 😉 – ilustracja 4 i 5.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 4. Przykład sztuki wyrównoważania kamieni.
wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 5. Miasteczko wyrównoważonych kamieni 😉

Pokazane przykłady nie są tak efektowne jakie można zobaczyć na YouTube czy Instagramie ale i tak robią wrażenie. Przecież to w sumie godziny pracy wymagającej cierpliwości i skupienia. Tak czy siak robi wrażenie.

Woda

Woda (ilustracja 6) w wąwozie Samaria odgrywa bardzo istotną rolę bo właśnie ją można nabyć jako wodę mineralną. Woda Samaria jest czerpana ze źródeł w parku narodowym i jest przebadana na całej długości występowania. Jest zdatna do picia wprost ze źródła i wiele takich czerpalni jest na trasie wędrówki (ilustracja 7). W niższej części wąwozu gdzie wędruje się wzdłuż, ponad strumieniem, czasem po kamieniach silną uwagę zwraca się na to by absolutnie nie wchodzić stopami, butami do nurtu strumienia.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 6. Jeden z mikrowodospadów występujących w strumieniu.

Woda zawsze mnie urzeka, szczególnie w takim surowym dla niej klimacie. Musiałem stanąć i nieco pobawić się czasem ujęcia. Kolor wody, który podkreśla jej czystość i klarowność. Zupełnie inny niż w rodzimej Polsce. Takich stonowanych barw nigdzie jeszcze nie widziałem.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 7. Źródełko wody Samaria.

Takich źródełek jak na ilustracji 7 jest wiele wzdłuż szlaku co pozwala na systematyczne uzupełniania zapasów wody. W dodatku jako to z wodą ze źródełka, jest ona chłodna i orzeźwiająca.

Nieco estetykę psuje (Grecja to Grecja i mają swoje rozwiązania wodociągowe) wodociąg z rur z tworzywa sztucznego, które szczególnie w końcowym fragmencie szlaku biegną wzdłuż wąwozu i strumienia. To wodociąg do nadmorskiej miejscowości Aija (Agia) Rumeli (tak jakby Nowej Samarii). Ponoć kiedyś stary wodociąg próbowano, skutecznie, na wielu odcinakach zamaskować kamiennym murkiem. Nota bene Kreta to kraina nie tylko kotów 😉 ale i murków 🙂 Wzdłuż całego szlaku są rozmieszczone liczne stacje przeciwpożarowe i widoczny jest wodociąg je zasilający. Tu i ówdzie leżą skrzynki z gaśnicami.

Z jednej strony szkoda, że te rury są tak widoczne ale w sumie jakoś mi nie przeszkadzały. Kwestie wodociągowe i tak są interesujące bo z perspektywy polskich warunków klimatycznych tu na Krecie bardzo dużo odcinków wodociągów po prostu leży na ziemi i nie jest w żaden sposób schowana. Nie ma nawet przymrozków, a więc nic nie zamarza, nie przemarza co daje zupełnie inne możliwości realizacji przyłączy.

Wioska Samaria

Pobliski płaskowyż Omalos służył ludziom wyłącznie latem. Górale wypasali owce i uprawiali warzywa. Jednak zimowe warunki były zbyt surowe by można było na płaskowyżu żyć. Wąwóz Samaria był jedynym bliskim miejscem do przeczekania zimy. Wąwóz Samaria stanowił schronienie dla uciekinierów, rebeliantów i partyzantów. Według zasłyszanych informacji nigdy nie został zdobyty, ani przez Wenecjan, ani przez Turków, ani przez Niemców. Dziś w Chanii można nabyć weneckie szkiełka na ulicy prowadzącej do Starego Portu Weneckiego, a Niemcy stanowią znaczną liczbę turystów. Z Turcją, a z Turcją nadal panują napięte stosunki.

Wioska była zamieszkana do utworzenia Parku Narodowego Samarii, czyli do 1926 roku. Dziś wioska to ruiny domostw, punkt medyczny, lądowisko dla helikopterów, kościół i siedziba zakonu (ilustracja 8 i 9).  Kościół, potem cerkiew to jeden z ważniejszych zabytków w parku. W jednym z klasztorów na wyspie półwyspie Atos znajduje się cudowna ikona z cerkwi w wąwozie Samaria.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 8. Stacja pogodowa i stacja strażników parku narodowego.
wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 9. Jedne z wielu pozostałości po domostwach w wiosce Samaria.

W wiosce Samaria mieliśmy możliwość spotkania kozy kri-kri. Odnośnie jedzenie okazała się tak samo namolna jak nasz kot Maciuś 😉 .

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 10. Koza kri-kri podczas biernego wymuszania dokarmiania od turystki.

Oczywiście pamiętajmy, że w zasadzie nigdzie i nigdy nie należy dokarmiać zwierząt w parkach narodowych. Niestety różnie z tym bywa.

Wioska Samaria leży mniej więcej po środku szlaku i ja już odczuwałem trudy wędrówki, a szczególnie stopy dopraszały się uwagi 😉

Druga połowa

Dalej za wioską jest już w zasadzie płasko, poza paroma wyjątkami i to już bardziej spacer. Dla mnie tym bardziej, że stopy mówiły powoli dość 😉 ale co? Ja nie przejdę 😉 ?!? W tej części wąwozu możemy delektować się wysokimi ścianami wąwozu (do 500 m wysokości) – ilustracja 11. Powoli wąwóz zwęża się by w swym najwęższym miejscu mieć prześwit około 3,5 m. Ta swoista brama w 1770 roku uratowała niemal 4000 kobiet i dzieci. Turcy nie zdołali pokonać obrony tej „bramy”, która obsadzona była przez 200 Greków pod wodzą Giannisa Bonatosa.

wawóz Samaria - Grecja - Kreta
Ilustracja 11. Za chwilę skończy się szeroki szlaki i zaczniemy wędrować gęsiego.

Po wyjściu z wąwozu czeka na nas mała kafejka i możliwość napicia się prawdziwego wyciskanego świeżego soku z pomarańczy z lodem. Skwapliwie korzystamy z tej możliwości. By dotrzeć do miescowości Aija (Agia) Rumeli trzeba jeszcze przejść 2,5 km w pełnym słońcu lub skorzystać z busika. My stwierdziliśmy, że po 17 km szlaku w wąwozie 2,5 km nie robią już na nas żadnego wrażenia i do końca doszliśmy na własnych nogach. Obiad, kąpiel (nie miałem sił), zaokrętowanie się na prom, potem autokar i powrót do hotelu.

Niedosyt

Niedosyt doświadczenia przyrody (jako ekipa popuszczykampinoskiej.pl), której w tym parku jest niemało. W planach mamy powrót by móc bardziej skupić się na roślinności i przyrodzie jako takiej. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie nie dziś ale wkrótce. Tzn. z drugiej strony dla samego porównania różnych ekosystemów i doświadczenia piękna nie tylko od strony wizualnej ale także aromatów. By tego dokonać pewnie trzeba będzie przenocować w Aija (Agia) Rumeli. Niestety dotarcie do punktu startu, a potem konieczność skorzystania z promu o 17:30 skutecznie utrudnia dłuższe kontemplowanie piękna przyrody w wąwozie.

Źródła

Chcecie dowiedzieć się więcej to zapraszam do artykułu Wąwóz Samaria. Przygotuj się do trekingu na Krecie.

Reklamy

Tatry w maju

Posted on

Żona i syn bawili w okolicach Zakopanego. Poniżej efekt w postaci kilku zdjęć. Kocham góry, lecz czasem nie dane jest mi po nich powędrować.

Wrażenia z krótkiego wyjazdu

Posted on

Trudno będzie nie napisać gdzie rodzinnie byliśmy. Plan był u swoich podstaw prosty, wręcz genialny. Rzutem na taśmę, choć w stylu wolno-powolnym postanowiliśmy, że Rodzina, nie ja, musi, bo chce, pojeździć na nartach. Ja nie mogę, ale ewentualnie biegówki lub górołażenie. Musiało być blisko więc wybór padł na Góry Świętokrzyskie i prywatną kwaterę w Świętej Katarzynie.

Pani miła, sympatyczna, a sunia pilnująca obejścia, wręcz cudownie zabawna. Niby kuchnia dla gości osobna, ale nawet bez deski do krojenia. W szafce jednak kieliszki były. Odkurzane było już jakiś czas temu. Generalnie w porządku, ale szczegóły jak wiadomo odgrywają swoją rolę. Dom był dla mnie zimny, jakby bez swojego ducha, pusty jakiś. Starzy instruktorzy harcerscy z nas, a więc warunków pięciogwiazdkowych również nie oczekuję. Pierwszej nocy wyspałem się jak nie wiem 🙂 Cisza, a normalnie mieszkam przy ruchliwej ulicy. Brak futer, czyli naszych kociaków. Nic nas nie pacało o 4:30. Po prostu bomba. Drugiej nocy zmogła mnie migrena na zmianę pogody i to była okropna noc, ale cóż to nie wina miejsca.

Podjechaliśmy pod wyciąg Sabat Krajno. Pierwsze wrażenie super. Stok profesjonalnie przygotowany, wyposażony, doświetlony, wyciągi super, ale tuż obok tzw. park miniatur. Nie będę zachwalał, a może i My jacyś nienormalni, ale naćkane, badziewne. Jedyne miłe osoby z obsługi to Pan w wypożyczalni sprzętu i przy najmniej z wyglądu instruktorzy jazdy na nartach. Ich szefowa, chyba, posiadała elementarne braki w słownictwie magicznym, czyli „Dzień dobry, dziękuję, proszę bardzo” nie należało do tego bogactwa. Nie grzeszyła również subtelnością wygłaszanych ciętych uwag. Mentalnie nas odepchnęła. Muzyka na stoku. Znów może i ja sam nie wiem czego chcę, ale jak już mam słuchać muzyki to jakiejś fajnej, a jeżeli już nie mojej nuty to przy najmniej nie tak głośno.

W końcu ceny… to ja jadę do Austrii. Tyle komentarza w tym miejscu. Nawet jak w Austrii w Alpach drożej to warto dopłacić. Nie wiem kto coś takiego finansuje, współfinansuje i niszczy lokalny krajobraz, architekturę, tradycje i realne walory. Ekonomiczne uzasadnienie takiej mieszanki oferty w pełni rozumiem, ale jednak uważam, że trzeba równać wyżej, wręcz wymuszać podwyższanie kultury i to przez duże „K”. Rozumiem, że po sezonie zimowym ten ośrodek również musi na siebie zarabiać. Jednak ten park linowy bym jakoś inaczej wplótł w otoczenie, a park miniatur, włącznie z World Trade Center, wodospadem Niagary, czy dymiącą Etną starałbym się optycznie odgrodzić od stoku. Bałem się spytać czy zgodnie z reklamą w folderku wulkan Etna dymi, a w wodospadzie Niagara jest woda. Ku uciesze rodziny odegrałem skecz, w którym wykłócałem się z wirtualnym kasjerem o zwrot części kosztów za brak dymu, wody i faktu, że przy piramidzie Cheopsa było jednak nieco za zimno. W moim przekonaniu wygląda to festyniarsko do entej potęgi. Po prostu przykro, bo kiedy popatrzy się na poszczególne elementy to mówimy o wysokiej jakości. Zabrakło całościowej wizji, a szkoda, przy najmniej dla nas. Moją rodzinę po prostu odrzuciło. Doceniamy jeszcze bardziej nasz zwyczajowy cel podróży zimowych, czyli schronisko Odrodzenie w Karkonoszach, w tym jego szefa i całą Ekipę. Dla mnie są jeszcze bardziej lepsi. Niejako całości obrazu dopełnił stojący w szopie przy krajowej „7” całodobowy samoobsługowy sexshop czynny 7 dni w tygodniu. Ktoś go umiejscowił w stodole, chyba, pomalowanej na różowo. Wybaczcie moi drodzy czytelnicy brak zdjęcia, ale warunki pogodowe uniemożliwiały nagłe hamowania i bezpieczne oddawanie się sesji zdjęciowej.

Nie mam wątpliwości, że to miejsce ma swoich zagorzałych fanów bo pomimo takiego mojego odbioru widać tam potencjał, widać tam inwestycje, a może i my trafiliśmy jakoś nie najlepiej. W każdym bądź razie było i minęło. My tam raczej planowo więcej nie zawitamy.

Wyjazd nie był stracony, bo żaden nigdy taki nie jest. Każdy coś nam daje, doświadczenie, widoki, przeżycia. Na pewno ogromne pochwały mogę oddawać, co niniejszym czynię, Ośrodkowi Wypoczynkowemu „Jodełka” w Świętej Katarzynie za klimat w restauracji, za same posiłki i bardzo przesympatyczną obsługę. To miejsce mogę zdecydowanie polecać. Być może gdybyśmy właśnie tam się zadekowali to i cały wyjazd przebiegłby inaczej.

Udało nam się zdobyć Łysicę… spacerkiem, w deszczu z drzew. Jednak to co podczas tego spaceru zadziwiło nas najbardziej to w oczku źródła Świętego Franciszka pławiła się żaba.

Byłbym nieuczciwy gdyby w moim wpisie przeważały negatywne odczucia. Bez wątpienia tam zimą nie wrócimy z myślą o nartach, ale latem raczej kiedyś na pewno. Region oferuje całe bogactwo atrakcji turystycznych i zamierzamy je eksplorować pieszo i na rowerach. To jednak będzie miało miejsce w innym czasie. Póki co musimy odetchnąć. Może to my oczekiwaliśmy czegoś więcej, wręcz zbyt wiele. Zapewne ten ośrodek za 10 lat będzie wyglądał zdecydowanie lepiej. Jednak jest to rozwój regionu, ale mimo wszystko czegoś mi brak… podobnie jak w Sarbinowie nad morzem, brakuje mi tego lokalnego patriotyzmu, zadbania o własną tradycję, historię regionu, a tym architekturę. Tego mi tam brakuje, nie tylko tam…

 

Góry… X Zlot Forumowiczów npm

Posted on

Zlot forumowiczów npm to dla mnie okazja przede wszystkim do spotkania TYCH ludzi. Z jednymi rozmawiam więcej, z innymi ledow zdążymy uścisnąć sobie dłonie. Jedni dla mnie są guru w górach, inni podobnie jak ja człapią sobie w swoim tempie. Pełen przekrój osobowości. Chyba jednak jedno nas łączy. Nie zawsze umiemy to opisać, czy zrobić zdjęcie, nie napomykając o uczuciach, ale wszyscy w górach odnajdujemy to coś, każdy z nas ma swoje własne coś co wzbudza te motylki gdzieś tam w naszych trzewiach. Połączenie góry i TYCH ludzi po prostu jest bezcenne…

Dzień wyjazdu jak zwykle w pośpiechu. Wyjeżdżając wiem, że czegoś zapomniałem, choć nie wiem czego konkretnie. Statystyka, ona zawsze ma rację. W drodze, na miejscu okazuje się oczywiście czego nie wziąłem. Tym razem 3, może 4 rzeczy, ale pamiętam tylko, że pewnego leku na moje stawy. Pierwsze wyzwanie to odebrać żonę z centrum Warszawy. Na szczęście godziny jeszcze przedkorkowe, ale za to wyjazd z Warszawy daje nam pierwsze straty w harmonogramie. Poza tym samochodzik nasz kochany to nie rakieta, nie lubi nadprędkości. Toczymy się do przodu, aż do Częstochowy gdzie korek nas zatrzymuje na ponad pół godziny, a może nawet godzinę. W ciemnościach około 22 dojeżdżamy do Ujsoł. Samochodzik ma wolne i zostaje na plebani miejscowej parafii. Z resztą jak dla mnie to nie jedyne spotkanie z wiarą podczas tego zlotu. O 23:00 wchodzimy na żółty szlak z Glinki na Krawców.

Dostajemy pierwszy prezent osładzający strome podejście. Niebo pełne gwiazd, ale jakich, jak soczystych, klarownych, jasnych. Taki gwiezdny wianek nad głowami. Trudno oprzeć się pokusie poleżenia pod takim nieboskłonem. Krótka przerwa musi wystarczyć, choć Jowisz, Plejady, Orion, Perseusz i inne świecą cały czas nad nami dodając otuchy. W pewnym momencie światło czołówki pada na stalową tablicę. Przyglądam się baczniej, a to II stacja Drogi Krzyżowej. Ostatnia była już za schroniskiem, a więc szlak trudów, piękna, ale już o nieco swoistym innym odczuwaniu. Drałujemy w górę, a prześwity między drzewami na nocne niebo są cały czas tym bonusem. W ogóle lokalizacja ta daje bardzo ciekawe możliwości obserwacji astronomicznych. Żona w pewnym momencie przy kolejnej VI czy VII stacji Drogi Krzyżowej zadaje pytanie, czy przypadkiem nie kończy się przy schronisku. Politycznie nie odpowiadam. Sam nie wiem, a przecież została jeszcze mniej więcej połowa. Glina i błoto nadaje sens nazwie miejscowości – Glinka. Buty oblepione, spodnie utytłane, ale walimy cały czas do góry. Jaka odczuwam radochę. Dzięki telefonowi kontaktujemy się z Agnieszką Żero. Wiedzą, że „idziemy”. Około 2 w nocy wchodzimy do schroniska. Niemal 4 godziny od samochodu. Szukam kondycji, a żona udaje się spać tak szybko jak to tylko możliwe. Zbliżając się do schroniska błyski fleszy i odgłosy biesiady były
znakami, że to już, tuż za tymi świerkami, no prawie, ale wiadomo jak to dodaje sił.

Nie byłem w stanie zliczyć naszych, bo część już spała, ale według naocznych świadków było nas 30. Atmosfera wydawała się wspaniała, a jaka lektura, te opowieści, te znajome twarze, te historie. Szkoda, że tak późno dotarliśmy ale i
tak się cieszę, nadal, że nam się udało, że samo przejście do schroniska też było wartościowe samo w sobie. Spać…

Oczekiwanie na wrzątek o poranku było czasem rozmów, śniadania, które spożyliśmy na zewnątrz. Gospodarz jest nieco intrygujący, a jego nazwisko mówi wiele, ale generalnie jest OK! To czego żałuję, że nie zrobiłem uroczego zdjęcia naszych buciorów na półkach w przedsionku. Widok jakże uroczy i wielce wymowny. Stare, nie najmłodsze dechy półek, drewno wokół, utytłane buty. Taka swoista magia butów wędrowców. Poranne zdjęcie grupowe dopełniło porannych przygotowań i w drogę…

Pogoda przeczyła temu iż zlot jest jesienny. Krókie spodenki, t-shirt, a na niebie ani chmureczki, błękit nieba, Słońce. Dzień szykował się przedni i taki też się okazał. Wyruszyliśmy planowo do Lipowskiej, lecz większość noclegów była
zaklepana w Rysiance. Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego schroniska przed nami była droga do przejścia. Choć nasza grupa traciła zamek nie jeden raz to wędrowało się bardzo przyjemnie w doborowym towarzystwie. Przerwy w wędrówce na podziwianie widoków, czy przerwę były czasem rozmów. Bez biegu, w swoim żółwim tempie, niemalże stopa w stopę, powoli w górę. Czułem się jakby wyjęty z codzienności. Ta pogoda, czas, miejsce, a przede wszystkim ludzie. Dzięki temu człowiek może żyć dalej. Schronisko na Rysiance bardzo miło mnie zaskoczyło. Fajna, profesjonalna obsługa, bardzo dobre jedzenie, gleba z materacem. Cóż dodać, cóż ująć, było fajnie. Szybko podjęliśmy decyzję by nocować na Rysiance. W konsekwencji i przy takich a nie innych uwarunkowaniach Zlot przeniósł się do Rysianki. Zanim poszliśmy spać biesiadowaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, lektura, śpiewy, gitara, rozmowy. Oczywiście nie zabrakło kroniki dzięki Zielonej.

Noc na glebie w jadalni pełna wydarzeń 🙂 Pominę te niemiłe, a słowa „O Jezu”, gdy kucharka zapalała światło o 6 nad ranem i jej szybka riposta „Nie Jezus, ale do kuchni muszę się dostać” zapadną mi w pamięci na długo. Planowo mieliśmy
wystartować jak najszybciej, lecz wschód Słońca nas powstrzymał. Było cudnie, a potem było szybko. Powrót do domu, kolejne kilometry w drodze. Już mi tego górołażenia brakuje, no i przede wszystkim Was…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.2

Posted on Updated on

Wyjechaliśmy, znaczy Ja, żona, Przyjaciel z żoną, czyli taki dwurodzinny wyjazd przyjaciół. Podróż zaczęła się pod wieczór w niedzielę a celem były Brzegi Dolne gdzie mieliśmy pozostawić samochód w umówionym miejscu. Dotarliśmy na miejsce późno w nocy, zgodnie z przewidywaniami i nie chcąc przeszkadzać naszemu dorodziejowi przespaliśmy się w samochodzie, prawie wszyscy. Przyjaciel wybrał karimatę, śpiwór i kurtkę między samochodem a ogrodzeniam kościoła.

Po przebudzeniu, rozprostowaniu kości wszelakich ruszylismy do Ustrzyk Dolnych w celu wymiany środków płatniczych na chrywny i zorganizowania transportu przez granicę. Wyjazd był troszeczkę niedogotowany i ani nie miałem zielonej karty ani mety po stronie ukraińskiej do pozostawienia swego pojazdu. Udało się. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi dogoniliśmy marszrutkę do Starego Sambora. Kto nie jechał marszrutką i lokalnymy ukraińskimi drogami to wybaczcie ale to trzeba przeżyć. Słowa, zdjęcia, a nawet filmy tu nie wystarczą.

Stary Sambor był tylko miejscem przesiadkowym na naszej trasie. Kolej na Ukrainie w przeciwieństwie do naszego PKP i tworów pokrewnych jeździ gdzie tylko może i pociągiem dotarliśmy do wsi Sianki, skąd z buta ruszyliśmy do Libuchory. Deszcz, deszcz, deszcz,…, deszcz przez 48 godzin non stop, z przerwą na mrzawkę. Moje buty zdzierżyły, pozostałych już nie. Dzięki skutecznej osłonie plecaków byliśmy prawie nie mokrzy, pomijając nieco kurtki, spodnie, buty, czapki, siebie samych.

Jedną noc, przed Libuchorą spędziliśmy u życzliwego gospodarza w jednej z jego izb. Skojarzenie: sucho i ciepło. Pierwsze spotkanie ze sławojką, nie w życiu, ale jednak. Konstrukcyjnie wiadomo rytu jeszcze rzymskiego. Legiony rzymskie też takie miały. Co jeszcze przez pierwsze 2 dni zwróciło moją uwagę – krowy, wszędzie. Nawet ukuliśmy powiedzenie, że wędrujemy krowim szlakiem. Kolejnego dnia w deszczu, przez krzaki, bo droga jakoś nie ta i nie do końca jak z mapy wynikało dotarliśmy do Libuchory. Wieś długa na „wiele” kilometrów. Mając do przejścia jeszcze 7 km pod koniec dnia do tutejszego schroniska skorzystaliśmy z podwózki takim starym, typowym lokalnym medycznym środkiem transportu, nie, zdecydowanie nie radzę próbować nawet próbować wyobrażać sobie w miejsce tego czegoś naszej karetki. Tak ten pojazd, półciężarówka się nazywała. Oprócz noszy i naszej czwórki była jeszcze co najmniej szóstka podróżnych plus nowa pralka, której pilnowaliśmy.

Schronisko, hmmm…, pamiętacie jeszcze harcerskie schronisko w Suchych Rzekach w Bieszczadach? Coś w tym stylu, lecz znacznie mniejsze. Po rozmowie z kierownikiem schroniska (dochodzącym) i jego ofercie podwózki po 48 godzinach w deszczu postanowiliśmy zmodyfikować nasze plany i przez Stryj pojechaliśmy do Lwowa.

Tu mieszkaliśmy u przyjaciela. Lwów, każdy kamień to historia. Jakże inne to miasto, jakże przepełnione historią. Jakże ciekawe. Pomimo swojego uroku jeszcze długa droga zanim osiągnie choćby lekki blask świetności. Cmentarz Łyczakowski, Cmenatarz Orląt, rynek, Wysoki Zamek z kopcem upamiętniającym Unię Lubelską, kościoły, stare kamienice. Tam historia jest żywa, obecna niemal wszędzie. Zamierzam jeszcze nie jeden raz powrócić do tego pięknego miasta.

Po dwóch dniach we Lwowie w obliczu poprawy pogody wyruszamy ponownie w góry. Tym razem planujemy Pikuja zdobyć od wsi Biłasowice. Pierwszy nocleg pod namiotem, pierwsze gotowanie w garowni na ognisku. Kolejnego dnia, jeszcze w chmurze wchodzimy na Pikuja, a potem połoniną, a pogoda poprawiała się z każdą minutą. Oj Słońce dopiekło nam. Kolejne 3 noce pod namiotami. Do tego potwierdzenie źródła wody, od pół godziny do godziny. Potem doniesienie jej na miejsce. Rozpalenie ogniska, gotowanie i posiłek profilkiem z jednego kociołka. Eksperymentalne dania z ryżem, kaszą gryczaną, jaglaną, suszem warzywnym, soczewicą i innymi składnikami stanowiły danie główne.

Wędrowanie połoniną to delektowanie się widokami. Cisza nocy w górach jest kojącą moje codzienne problemy miksturą. Zachód Słońca, czy jego wschód, warte czekania w ciszy. Piękno tego świata jest dla mnie w górach lub na pokładzie żaglowca. Jednak powracam w góry, nie dla ich wysokości, nie dla szczytów tylko dla ich przeżywania w wędrówce, w trudach, w skwarze i zimnie.

W związku z tym, że nasi przyjaciele kontynuowali swoje wędrownia w Gorcach na część zdjęć i ja czekam z pewną niecierpliwością. W końcu na jakichś będę. Mój aparat wyczerpał kartę, a że mi jeszcze upadł na ekran LCD (SONY NEX) bez dodatkowego wizjera niczym nie mogłem zarządzać, o przeglądaniu zdjęć nie mówiąc. Część zdjęć była robiona na czuja z kompletną niewiedzą jak wyjdzie.

Powrót nastąpił pociągiem z Sianek do Starego Sambora i marszrutką pod przejście w Krościenku. Tu parę godzin zajęło nam łapanie stopa i dzięki, jedynie, uprzejmości pewnego małżeństwa z Polski udało nam się powrócić do kraju.

Tylko cienka granica między dwoma państwami, a tak różne światy. Cieszę, że pomimo wielu problemów żyję w Polsce.

Będą kolejne części, kolejne zdjęcia i coś jeszcze…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.1

Posted on

Plan wydawał się prosty i został prawie zrealizowany. Jednak zanim do samego planu i jego realizacji, odmiennej od pierwowzoru. Najpierw o odczuciach bo zdjęcia są w stanie obróbki, mapka w stanie opracowywania, a opis gdzieś jeszcze na brudno.

Można wiele usłyszeć, wiele przeczytać ale na Ukrainie trzeba być, trzeba ją zobaczyć. Poznać tych wspaniałych ludzi. Miałem przyjemność skorzystać z ich życzliwości.  Cienka granica dzieli nas Polaków i Polskę od „innego świata”, świata doświadczonego przez dziesięciolecia komunizmem. Trudno mi słowami opisać kontrastowość jaka jest tak ewidentnie zauważalna. Wszystko jest takie odmienne i jednocześnie takie bliskie, bynajmniej nie w fizycznym rozumieniu. Widziałem Lwów, piękne miasto z minioną świetnością. Nie ma co udawać, że nie było kiedyś polskie, choć większość mieszkańców wokół to byli Ukraińcy. Trudno nie odczuć, że władze robią co mogą by wymazać z historii miasta jakąkolwiek polskość. Jakimś cudem ocalał pomnik Mickiewicza na placu jego imienia. Jednak nie łudźmy się ale plac wzbogacił się o pomnik bohatera narodowego Ukrainy. Brak w zasadzie jakichkolwiek polskich tablic informacyjnych w miejscach jednoznacznie z polskością związanych uznaję co najmniej za niezrozumiałe, choćby w kontekście turystyki. Wchodząc na kopiec na Wysokim Zamku nie ma ani jednego słowa kto go usypał, skąd była ziemia, ku uczczeniu czego. To jest przykre.

Historii nie można zmienić. Była jaka była. Dla mnie jej konsekwencje są przykre. Od zawsze uważam, że Polska i Ukraina powinny być silnie współpracującymi krajami. Niepodległość Ukrainy jest dla mnie czymś absolutnie naturalnym, choć można odczuć, że szczególnie wschodnia Ukraina ma konotacje silnie prorosyjskie. Polacy walczyli z Ukraincami i Ukraincy z Polakami. Obie strony zabijały się nawzajem. Szkoda, że tak potoczyły sie losy.

Lwów to żywa historia, gdzie niemal każdy zaułek mógłby się doczekać odrebnej wielotomowej udokumentowanej historii. Tę historię się widzi, czuje. Przepływa ona przez człowieka jakby mimochodem. Jakże inna jest wędrówka po warszawskiej starówce.

W górach, w które wyruszyłem przede wszystkim doświadczyłem zaś tego czego w naszych polskich już prawie się nie da. Po pierwsze brak turystów, znaczy tłumu turystów. W góry ruszam dla oczyszczenia, odreagowania, oderwania od codziennych, wielkomiejskich, rodzinnych problemów i problemików. Wschód, czy zachód Słońca, piękno nieba, cisza bezwietrznych godzin i szum wiatru wokół mnie. Wizualna uczta na połoninach. Czyste piękno, radość, szczęście…

Jak w żagle złapać spokój… w górach

Posted on Updated on

… a pojechać sobie w góry. 11 listopada wysiadłem z pociągu w Katowicach. Jesień z lekkim wiaterkiem omiatała mnie lekkim chłodkiem. Przede mną były 4 godziny czekania na przyjaciela i dalsza podróż. Święto Narodowe, jak ważne dla nas w Polsce, a jednocześnie ciekawy czas na obserwacje. Przechadzając się ulicami i uliczkami Katowic wędrowałem z niewidoczną ciszą i pustką. Ulice, które podejrzewam o gwar mnóstwa ludzi, tego dnia były wyludnione i opustoszałe, sklepy i inne miejsca uciech naszych portfeli zamknięte. Nie wszystkie i nie całkowicie, lecz wiele z nich tak wyglądało. To ciekawe doświadczenie.

Pod wieczór zajechaliśmy do schroniska Andrzejówki, gdzie już byli inni moi znajomi z pewnego górskiego forum. Wieczorne biesiadowanie, rozmowy, opowieści, wrażenia,… w końcu sen. Ta cisza, brak kocich futerek wpadających o 4:30 na mnie i wybudzających ze snu. Górskie wędrówki i spacery w spokoju i bez pośpiechu, tym razem zupełnie na spokojnie dały mi ten czas odprężenia. Szczególnie czułem się wyjątkowo kiedy w ciszy, pośród pożółkłych jesiennych traw siedzieliśmy w czwórkę na stoku i patrzyli na odległe pagórki pogrążone we mgle, oświetlonej zachodzącym Słońcem. Było cudnie… W ogóle pogoda był przecudna – błękitne niebo przez cały czas, prawie zero wiatru i chmur na niebie, gorące Słońce roztaczające ciepełko wokół nas. Jedynie to, że tym razem na naszym forumowym zlocie byłem sam bez rodziny był elemencikiem braku czegoś, ale i tak było fantastycznie. W dniu powrotu z przyjaciółmi wpadliśmy w Góry Sowie i podziwialiśmy widoki z wieży widokowej na Wielkiej Sowie.

To był ten czas odpoczynku, rozmów, bycia sobą w cudownym miejscu (Góry Kamienne i Sowie), a przede wszystkim bycia z ludźmi, tymi dobrymi, ze swoją bracią. Wówczas był czas na wszystko, jakże odmienny od tego, tu i teraz, pełnego pośpiechu, braku chwili spokoju i ciągłego pędzenia gdzieś. Kocham ten spokój i ciszę.

Kocham także samo podróżowanie… szczególnie to podróżowanie pociągiem, kiedy nie wiadomo kto będzie siedział obok. Tym razem w jedną stronę rozmawiałem z osobą zajmującą się planami wieloletnimi, a w drugą z nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Obie rozmowy były bardzo ciekawe, a pani nauczycielka ma koty, a więc polubiliśmy się od pierwszego zdania. Jak dobrze pamiętać takie rozmowy, pełne wzajemnego szacunku, zrozumienia, z nutą ciekawości. Choć sam przebieg i ich treści zanikają z upływem czasu to jednak to wrażenie, ta pamięć tamtych odczuć, tak pozytywnych, pozostają dłużej ciesząc mnie. To były dobre podróże…

Właśnie, a jak sobie poradziłem z moją dietą – no cóż w plecaku była rozmrożona mrożonka miksu wieloowocowego, mleko sojowe, banany, susz warzywny, a także mikser i szpinak w liściach. Z kuchni schroniska pożyczyłem garnek do przygotowywania sobie moich śniadań. Poprosiłem o ugotowanie mojej zupki z moich składników i też nie było problemu. Schronisko Andrzejówka serwuję poza tym i tak dobre, wręcz wyśmienite dania, sądząc co widziałem i co usłyszałem od spożywających przyjaciół i innych gości. Nadal muszę, a przede wszystkim chcę, doskonalić swoje wyjazdowe menu i kuchnię, ale widzę coraz w żywszych barwach inne moje wyjazdy…