Góry

Tatry w maju

Posted on

Żona i syn bawili w okolicach Zakopanego. Poniżej efekt w postaci kilku zdjęć. Kocham góry, lecz czasem nie dane jest mi po nich powędrować.

Reklamy

Wrażenia z krótkiego wyjazdu

Posted on

Trudno będzie nie napisać gdzie rodzinnie byliśmy. Plan był u swoich podstaw prosty, wręcz genialny. Rzutem na taśmę, choć w stylu wolno-powolnym postanowiliśmy, że Rodzina, nie ja, musi, bo chce, pojeździć na nartach. Ja nie mogę, ale ewentualnie biegówki lub górołażenie. Musiało być blisko więc wybór padł na Góry Świętokrzyskie i prywatną kwaterę w Świętej Katarzynie.

Pani miła, sympatyczna, a sunia pilnująca obejścia, wręcz cudownie zabawna. Niby kuchnia dla gości osobna, ale nawet bez deski do krojenia. W szafce jednak kieliszki były. Odkurzane było już jakiś czas temu. Generalnie w porządku, ale szczegóły jak wiadomo odgrywają swoją rolę. Dom był dla mnie zimny, jakby bez swojego ducha, pusty jakiś. Starzy instruktorzy harcerscy z nas, a więc warunków pięciogwiazdkowych również nie oczekuję. Pierwszej nocy wyspałem się jak nie wiem 🙂 Cisza, a normalnie mieszkam przy ruchliwej ulicy. Brak futer, czyli naszych kociaków. Nic nas nie pacało o 4:30. Po prostu bomba. Drugiej nocy zmogła mnie migrena na zmianę pogody i to była okropna noc, ale cóż to nie wina miejsca.

Podjechaliśmy pod wyciąg Sabat Krajno. Pierwsze wrażenie super. Stok profesjonalnie przygotowany, wyposażony, doświetlony, wyciągi super, ale tuż obok tzw. park miniatur. Nie będę zachwalał, a może i My jacyś nienormalni, ale naćkane, badziewne. Jedyne miłe osoby z obsługi to Pan w wypożyczalni sprzętu i przy najmniej z wyglądu instruktorzy jazdy na nartach. Ich szefowa, chyba, posiadała elementarne braki w słownictwie magicznym, czyli „Dzień dobry, dziękuję, proszę bardzo” nie należało do tego bogactwa. Nie grzeszyła również subtelnością wygłaszanych ciętych uwag. Mentalnie nas odepchnęła. Muzyka na stoku. Znów może i ja sam nie wiem czego chcę, ale jak już mam słuchać muzyki to jakiejś fajnej, a jeżeli już nie mojej nuty to przy najmniej nie tak głośno.

W końcu ceny… to ja jadę do Austrii. Tyle komentarza w tym miejscu. Nawet jak w Austrii w Alpach drożej to warto dopłacić. Nie wiem kto coś takiego finansuje, współfinansuje i niszczy lokalny krajobraz, architekturę, tradycje i realne walory. Ekonomiczne uzasadnienie takiej mieszanki oferty w pełni rozumiem, ale jednak uważam, że trzeba równać wyżej, wręcz wymuszać podwyższanie kultury i to przez duże „K”. Rozumiem, że po sezonie zimowym ten ośrodek również musi na siebie zarabiać. Jednak ten park linowy bym jakoś inaczej wplótł w otoczenie, a park miniatur, włącznie z World Trade Center, wodospadem Niagary, czy dymiącą Etną starałbym się optycznie odgrodzić od stoku. Bałem się spytać czy zgodnie z reklamą w folderku wulkan Etna dymi, a w wodospadzie Niagara jest woda. Ku uciesze rodziny odegrałem skecz, w którym wykłócałem się z wirtualnym kasjerem o zwrot części kosztów za brak dymu, wody i faktu, że przy piramidzie Cheopsa było jednak nieco za zimno. W moim przekonaniu wygląda to festyniarsko do entej potęgi. Po prostu przykro, bo kiedy popatrzy się na poszczególne elementy to mówimy o wysokiej jakości. Zabrakło całościowej wizji, a szkoda, przy najmniej dla nas. Moją rodzinę po prostu odrzuciło. Doceniamy jeszcze bardziej nasz zwyczajowy cel podróży zimowych, czyli schronisko Odrodzenie w Karkonoszach, w tym jego szefa i całą Ekipę. Dla mnie są jeszcze bardziej lepsi. Niejako całości obrazu dopełnił stojący w szopie przy krajowej „7” całodobowy samoobsługowy sexshop czynny 7 dni w tygodniu. Ktoś go umiejscowił w stodole, chyba, pomalowanej na różowo. Wybaczcie moi drodzy czytelnicy brak zdjęcia, ale warunki pogodowe uniemożliwiały nagłe hamowania i bezpieczne oddawanie się sesji zdjęciowej.

Nie mam wątpliwości, że to miejsce ma swoich zagorzałych fanów bo pomimo takiego mojego odbioru widać tam potencjał, widać tam inwestycje, a może i my trafiliśmy jakoś nie najlepiej. W każdym bądź razie było i minęło. My tam raczej planowo więcej nie zawitamy.

Wyjazd nie był stracony, bo żaden nigdy taki nie jest. Każdy coś nam daje, doświadczenie, widoki, przeżycia. Na pewno ogromne pochwały mogę oddawać, co niniejszym czynię, Ośrodkowi Wypoczynkowemu „Jodełka” w Świętej Katarzynie za klimat w restauracji, za same posiłki i bardzo przesympatyczną obsługę. To miejsce mogę zdecydowanie polecać. Być może gdybyśmy właśnie tam się zadekowali to i cały wyjazd przebiegłby inaczej.

Udało nam się zdobyć Łysicę… spacerkiem, w deszczu z drzew. Jednak to co podczas tego spaceru zadziwiło nas najbardziej to w oczku źródła Świętego Franciszka pławiła się żaba.

Byłbym nieuczciwy gdyby w moim wpisie przeważały negatywne odczucia. Bez wątpienia tam zimą nie wrócimy z myślą o nartach, ale latem raczej kiedyś na pewno. Region oferuje całe bogactwo atrakcji turystycznych i zamierzamy je eksplorować pieszo i na rowerach. To jednak będzie miało miejsce w innym czasie. Póki co musimy odetchnąć. Może to my oczekiwaliśmy czegoś więcej, wręcz zbyt wiele. Zapewne ten ośrodek za 10 lat będzie wyglądał zdecydowanie lepiej. Jednak jest to rozwój regionu, ale mimo wszystko czegoś mi brak… podobnie jak w Sarbinowie nad morzem, brakuje mi tego lokalnego patriotyzmu, zadbania o własną tradycję, historię regionu, a tym architekturę. Tego mi tam brakuje, nie tylko tam…

 

Góry… X Zlot Forumowiczów npm

Posted on

Zlot forumowiczów npm to dla mnie okazja przede wszystkim do spotkania TYCH ludzi. Z jednymi rozmawiam więcej, z innymi ledow zdążymy uścisnąć sobie dłonie. Jedni dla mnie są guru w górach, inni podobnie jak ja człapią sobie w swoim tempie. Pełen przekrój osobowości. Chyba jednak jedno nas łączy. Nie zawsze umiemy to opisać, czy zrobić zdjęcie, nie napomykając o uczuciach, ale wszyscy w górach odnajdujemy to coś, każdy z nas ma swoje własne coś co wzbudza te motylki gdzieś tam w naszych trzewiach. Połączenie góry i TYCH ludzi po prostu jest bezcenne…

Dzień wyjazdu jak zwykle w pośpiechu. Wyjeżdżając wiem, że czegoś zapomniałem, choć nie wiem czego konkretnie. Statystyka, ona zawsze ma rację. W drodze, na miejscu okazuje się oczywiście czego nie wziąłem. Tym razem 3, może 4 rzeczy, ale pamiętam tylko, że pewnego leku na moje stawy. Pierwsze wyzwanie to odebrać żonę z centrum Warszawy. Na szczęście godziny jeszcze przedkorkowe, ale za to wyjazd z Warszawy daje nam pierwsze straty w harmonogramie. Poza tym samochodzik nasz kochany to nie rakieta, nie lubi nadprędkości. Toczymy się do przodu, aż do Częstochowy gdzie korek nas zatrzymuje na ponad pół godziny, a może nawet godzinę. W ciemnościach około 22 dojeżdżamy do Ujsoł. Samochodzik ma wolne i zostaje na plebani miejscowej parafii. Z resztą jak dla mnie to nie jedyne spotkanie z wiarą podczas tego zlotu. O 23:00 wchodzimy na żółty szlak z Glinki na Krawców.

Dostajemy pierwszy prezent osładzający strome podejście. Niebo pełne gwiazd, ale jakich, jak soczystych, klarownych, jasnych. Taki gwiezdny wianek nad głowami. Trudno oprzeć się pokusie poleżenia pod takim nieboskłonem. Krótka przerwa musi wystarczyć, choć Jowisz, Plejady, Orion, Perseusz i inne świecą cały czas nad nami dodając otuchy. W pewnym momencie światło czołówki pada na stalową tablicę. Przyglądam się baczniej, a to II stacja Drogi Krzyżowej. Ostatnia była już za schroniskiem, a więc szlak trudów, piękna, ale już o nieco swoistym innym odczuwaniu. Drałujemy w górę, a prześwity między drzewami na nocne niebo są cały czas tym bonusem. W ogóle lokalizacja ta daje bardzo ciekawe możliwości obserwacji astronomicznych. Żona w pewnym momencie przy kolejnej VI czy VII stacji Drogi Krzyżowej zadaje pytanie, czy przypadkiem nie kończy się przy schronisku. Politycznie nie odpowiadam. Sam nie wiem, a przecież została jeszcze mniej więcej połowa. Glina i błoto nadaje sens nazwie miejscowości – Glinka. Buty oblepione, spodnie utytłane, ale walimy cały czas do góry. Jaka odczuwam radochę. Dzięki telefonowi kontaktujemy się z Agnieszką Żero. Wiedzą, że „idziemy”. Około 2 w nocy wchodzimy do schroniska. Niemal 4 godziny od samochodu. Szukam kondycji, a żona udaje się spać tak szybko jak to tylko możliwe. Zbliżając się do schroniska błyski fleszy i odgłosy biesiady były
znakami, że to już, tuż za tymi świerkami, no prawie, ale wiadomo jak to dodaje sił.

Nie byłem w stanie zliczyć naszych, bo część już spała, ale według naocznych świadków było nas 30. Atmosfera wydawała się wspaniała, a jaka lektura, te opowieści, te znajome twarze, te historie. Szkoda, że tak późno dotarliśmy ale i
tak się cieszę, nadal, że nam się udało, że samo przejście do schroniska też było wartościowe samo w sobie. Spać…

Oczekiwanie na wrzątek o poranku było czasem rozmów, śniadania, które spożyliśmy na zewnątrz. Gospodarz jest nieco intrygujący, a jego nazwisko mówi wiele, ale generalnie jest OK! To czego żałuję, że nie zrobiłem uroczego zdjęcia naszych buciorów na półkach w przedsionku. Widok jakże uroczy i wielce wymowny. Stare, nie najmłodsze dechy półek, drewno wokół, utytłane buty. Taka swoista magia butów wędrowców. Poranne zdjęcie grupowe dopełniło porannych przygotowań i w drogę…

Pogoda przeczyła temu iż zlot jest jesienny. Krókie spodenki, t-shirt, a na niebie ani chmureczki, błękit nieba, Słońce. Dzień szykował się przedni i taki też się okazał. Wyruszyliśmy planowo do Lipowskiej, lecz większość noclegów była
zaklepana w Rysiance. Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego schroniska przed nami była droga do przejścia. Choć nasza grupa traciła zamek nie jeden raz to wędrowało się bardzo przyjemnie w doborowym towarzystwie. Przerwy w wędrówce na podziwianie widoków, czy przerwę były czasem rozmów. Bez biegu, w swoim żółwim tempie, niemalże stopa w stopę, powoli w górę. Czułem się jakby wyjęty z codzienności. Ta pogoda, czas, miejsce, a przede wszystkim ludzie. Dzięki temu człowiek może żyć dalej. Schronisko na Rysiance bardzo miło mnie zaskoczyło. Fajna, profesjonalna obsługa, bardzo dobre jedzenie, gleba z materacem. Cóż dodać, cóż ująć, było fajnie. Szybko podjęliśmy decyzję by nocować na Rysiance. W konsekwencji i przy takich a nie innych uwarunkowaniach Zlot przeniósł się do Rysianki. Zanim poszliśmy spać biesiadowaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, lektura, śpiewy, gitara, rozmowy. Oczywiście nie zabrakło kroniki dzięki Zielonej.

Noc na glebie w jadalni pełna wydarzeń 🙂 Pominę te niemiłe, a słowa „O Jezu”, gdy kucharka zapalała światło o 6 nad ranem i jej szybka riposta „Nie Jezus, ale do kuchni muszę się dostać” zapadną mi w pamięci na długo. Planowo mieliśmy
wystartować jak najszybciej, lecz wschód Słońca nas powstrzymał. Było cudnie, a potem było szybko. Powrót do domu, kolejne kilometry w drodze. Już mi tego górołażenia brakuje, no i przede wszystkim Was…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.2

Posted on Updated on

Wyjechaliśmy, znaczy Ja, żona, Przyjaciel z żoną, czyli taki dwurodzinny wyjazd przyjaciół. Podróż zaczęła się pod wieczór w niedzielę a celem były Brzegi Dolne gdzie mieliśmy pozostawić samochód w umówionym miejscu. Dotarliśmy na miejsce późno w nocy, zgodnie z przewidywaniami i nie chcąc przeszkadzać naszemu dorodziejowi przespaliśmy się w samochodzie, prawie wszyscy. Przyjaciel wybrał karimatę, śpiwór i kurtkę między samochodem a ogrodzeniam kościoła.

Po przebudzeniu, rozprostowaniu kości wszelakich ruszylismy do Ustrzyk Dolnych w celu wymiany środków płatniczych na chrywny i zorganizowania transportu przez granicę. Wyjazd był troszeczkę niedogotowany i ani nie miałem zielonej karty ani mety po stronie ukraińskiej do pozostawienia swego pojazdu. Udało się. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi dogoniliśmy marszrutkę do Starego Sambora. Kto nie jechał marszrutką i lokalnymy ukraińskimi drogami to wybaczcie ale to trzeba przeżyć. Słowa, zdjęcia, a nawet filmy tu nie wystarczą.

Stary Sambor był tylko miejscem przesiadkowym na naszej trasie. Kolej na Ukrainie w przeciwieństwie do naszego PKP i tworów pokrewnych jeździ gdzie tylko może i pociągiem dotarliśmy do wsi Sianki, skąd z buta ruszyliśmy do Libuchory. Deszcz, deszcz, deszcz,…, deszcz przez 48 godzin non stop, z przerwą na mrzawkę. Moje buty zdzierżyły, pozostałych już nie. Dzięki skutecznej osłonie plecaków byliśmy prawie nie mokrzy, pomijając nieco kurtki, spodnie, buty, czapki, siebie samych.

Jedną noc, przed Libuchorą spędziliśmy u życzliwego gospodarza w jednej z jego izb. Skojarzenie: sucho i ciepło. Pierwsze spotkanie ze sławojką, nie w życiu, ale jednak. Konstrukcyjnie wiadomo rytu jeszcze rzymskiego. Legiony rzymskie też takie miały. Co jeszcze przez pierwsze 2 dni zwróciło moją uwagę – krowy, wszędzie. Nawet ukuliśmy powiedzenie, że wędrujemy krowim szlakiem. Kolejnego dnia w deszczu, przez krzaki, bo droga jakoś nie ta i nie do końca jak z mapy wynikało dotarliśmy do Libuchory. Wieś długa na „wiele” kilometrów. Mając do przejścia jeszcze 7 km pod koniec dnia do tutejszego schroniska skorzystaliśmy z podwózki takim starym, typowym lokalnym medycznym środkiem transportu, nie, zdecydowanie nie radzę próbować nawet próbować wyobrażać sobie w miejsce tego czegoś naszej karetki. Tak ten pojazd, półciężarówka się nazywała. Oprócz noszy i naszej czwórki była jeszcze co najmniej szóstka podróżnych plus nowa pralka, której pilnowaliśmy.

Schronisko, hmmm…, pamiętacie jeszcze harcerskie schronisko w Suchych Rzekach w Bieszczadach? Coś w tym stylu, lecz znacznie mniejsze. Po rozmowie z kierownikiem schroniska (dochodzącym) i jego ofercie podwózki po 48 godzinach w deszczu postanowiliśmy zmodyfikować nasze plany i przez Stryj pojechaliśmy do Lwowa.

Tu mieszkaliśmy u przyjaciela. Lwów, każdy kamień to historia. Jakże inne to miasto, jakże przepełnione historią. Jakże ciekawe. Pomimo swojego uroku jeszcze długa droga zanim osiągnie choćby lekki blask świetności. Cmentarz Łyczakowski, Cmenatarz Orląt, rynek, Wysoki Zamek z kopcem upamiętniającym Unię Lubelską, kościoły, stare kamienice. Tam historia jest żywa, obecna niemal wszędzie. Zamierzam jeszcze nie jeden raz powrócić do tego pięknego miasta.

Po dwóch dniach we Lwowie w obliczu poprawy pogody wyruszamy ponownie w góry. Tym razem planujemy Pikuja zdobyć od wsi Biłasowice. Pierwszy nocleg pod namiotem, pierwsze gotowanie w garowni na ognisku. Kolejnego dnia, jeszcze w chmurze wchodzimy na Pikuja, a potem połoniną, a pogoda poprawiała się z każdą minutą. Oj Słońce dopiekło nam. Kolejne 3 noce pod namiotami. Do tego potwierdzenie źródła wody, od pół godziny do godziny. Potem doniesienie jej na miejsce. Rozpalenie ogniska, gotowanie i posiłek profilkiem z jednego kociołka. Eksperymentalne dania z ryżem, kaszą gryczaną, jaglaną, suszem warzywnym, soczewicą i innymi składnikami stanowiły danie główne.

Wędrowanie połoniną to delektowanie się widokami. Cisza nocy w górach jest kojącą moje codzienne problemy miksturą. Zachód Słońca, czy jego wschód, warte czekania w ciszy. Piękno tego świata jest dla mnie w górach lub na pokładzie żaglowca. Jednak powracam w góry, nie dla ich wysokości, nie dla szczytów tylko dla ich przeżywania w wędrówce, w trudach, w skwarze i zimnie.

W związku z tym, że nasi przyjaciele kontynuowali swoje wędrownia w Gorcach na część zdjęć i ja czekam z pewną niecierpliwością. W końcu na jakichś będę. Mój aparat wyczerpał kartę, a że mi jeszcze upadł na ekran LCD (SONY NEX) bez dodatkowego wizjera niczym nie mogłem zarządzać, o przeglądaniu zdjęć nie mówiąc. Część zdjęć była robiona na czuja z kompletną niewiedzą jak wyjdzie.

Powrót nastąpił pociągiem z Sianek do Starego Sambora i marszrutką pod przejście w Krościenku. Tu parę godzin zajęło nam łapanie stopa i dzięki, jedynie, uprzejmości pewnego małżeństwa z Polski udało nam się powrócić do kraju.

Tylko cienka granica między dwoma państwami, a tak różne światy. Cieszę, że pomimo wielu problemów żyję w Polsce.

Będą kolejne części, kolejne zdjęcia i coś jeszcze…

Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.1

Posted on

Plan wydawał się prosty i został prawie zrealizowany. Jednak zanim do samego planu i jego realizacji, odmiennej od pierwowzoru. Najpierw o odczuciach bo zdjęcia są w stanie obróbki, mapka w stanie opracowywania, a opis gdzieś jeszcze na brudno.

Można wiele usłyszeć, wiele przeczytać ale na Ukrainie trzeba być, trzeba ją zobaczyć. Poznać tych wspaniałych ludzi. Miałem przyjemność skorzystać z ich życzliwości.  Cienka granica dzieli nas Polaków i Polskę od „innego świata”, świata doświadczonego przez dziesięciolecia komunizmem. Trudno mi słowami opisać kontrastowość jaka jest tak ewidentnie zauważalna. Wszystko jest takie odmienne i jednocześnie takie bliskie, bynajmniej nie w fizycznym rozumieniu. Widziałem Lwów, piękne miasto z minioną świetnością. Nie ma co udawać, że nie było kiedyś polskie, choć większość mieszkańców wokół to byli Ukraińcy. Trudno nie odczuć, że władze robią co mogą by wymazać z historii miasta jakąkolwiek polskość. Jakimś cudem ocalał pomnik Mickiewicza na placu jego imienia. Jednak nie łudźmy się ale plac wzbogacił się o pomnik bohatera narodowego Ukrainy. Brak w zasadzie jakichkolwiek polskich tablic informacyjnych w miejscach jednoznacznie z polskością związanych uznaję co najmniej za niezrozumiałe, choćby w kontekście turystyki. Wchodząc na kopiec na Wysokim Zamku nie ma ani jednego słowa kto go usypał, skąd była ziemia, ku uczczeniu czego. To jest przykre.

Historii nie można zmienić. Była jaka była. Dla mnie jej konsekwencje są przykre. Od zawsze uważam, że Polska i Ukraina powinny być silnie współpracującymi krajami. Niepodległość Ukrainy jest dla mnie czymś absolutnie naturalnym, choć można odczuć, że szczególnie wschodnia Ukraina ma konotacje silnie prorosyjskie. Polacy walczyli z Ukraincami i Ukraincy z Polakami. Obie strony zabijały się nawzajem. Szkoda, że tak potoczyły sie losy.

Lwów to żywa historia, gdzie niemal każdy zaułek mógłby się doczekać odrebnej wielotomowej udokumentowanej historii. Tę historię się widzi, czuje. Przepływa ona przez człowieka jakby mimochodem. Jakże inna jest wędrówka po warszawskiej starówce.

W górach, w które wyruszyłem przede wszystkim doświadczyłem zaś tego czego w naszych polskich już prawie się nie da. Po pierwsze brak turystów, znaczy tłumu turystów. W góry ruszam dla oczyszczenia, odreagowania, oderwania od codziennych, wielkomiejskich, rodzinnych problemów i problemików. Wschód, czy zachód Słońca, piękno nieba, cisza bezwietrznych godzin i szum wiatru wokół mnie. Wizualna uczta na połoninach. Czyste piękno, radość, szczęście…

Jak w żagle złapać spokój… w górach

Posted on Updated on

… a pojechać sobie w góry. 11 listopada wysiadłem z pociągu w Katowicach. Jesień z lekkim wiaterkiem omiatała mnie lekkim chłodkiem. Przede mną były 4 godziny czekania na przyjaciela i dalsza podróż. Święto Narodowe, jak ważne dla nas w Polsce, a jednocześnie ciekawy czas na obserwacje. Przechadzając się ulicami i uliczkami Katowic wędrowałem z niewidoczną ciszą i pustką. Ulice, które podejrzewam o gwar mnóstwa ludzi, tego dnia były wyludnione i opustoszałe, sklepy i inne miejsca uciech naszych portfeli zamknięte. Nie wszystkie i nie całkowicie, lecz wiele z nich tak wyglądało. To ciekawe doświadczenie.

Pod wieczór zajechaliśmy do schroniska Andrzejówki, gdzie już byli inni moi znajomi z pewnego górskiego forum. Wieczorne biesiadowanie, rozmowy, opowieści, wrażenia,… w końcu sen. Ta cisza, brak kocich futerek wpadających o 4:30 na mnie i wybudzających ze snu. Górskie wędrówki i spacery w spokoju i bez pośpiechu, tym razem zupełnie na spokojnie dały mi ten czas odprężenia. Szczególnie czułem się wyjątkowo kiedy w ciszy, pośród pożółkłych jesiennych traw siedzieliśmy w czwórkę na stoku i patrzyli na odległe pagórki pogrążone we mgle, oświetlonej zachodzącym Słońcem. Było cudnie… W ogóle pogoda był przecudna – błękitne niebo przez cały czas, prawie zero wiatru i chmur na niebie, gorące Słońce roztaczające ciepełko wokół nas. Jedynie to, że tym razem na naszym forumowym zlocie byłem sam bez rodziny był elemencikiem braku czegoś, ale i tak było fantastycznie. W dniu powrotu z przyjaciółmi wpadliśmy w Góry Sowie i podziwialiśmy widoki z wieży widokowej na Wielkiej Sowie.

To był ten czas odpoczynku, rozmów, bycia sobą w cudownym miejscu (Góry Kamienne i Sowie), a przede wszystkim bycia z ludźmi, tymi dobrymi, ze swoją bracią. Wówczas był czas na wszystko, jakże odmienny od tego, tu i teraz, pełnego pośpiechu, braku chwili spokoju i ciągłego pędzenia gdzieś. Kocham ten spokój i ciszę.

Kocham także samo podróżowanie… szczególnie to podróżowanie pociągiem, kiedy nie wiadomo kto będzie siedział obok. Tym razem w jedną stronę rozmawiałem z osobą zajmującą się planami wieloletnimi, a w drugą z nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Obie rozmowy były bardzo ciekawe, a pani nauczycielka ma koty, a więc polubiliśmy się od pierwszego zdania. Jak dobrze pamiętać takie rozmowy, pełne wzajemnego szacunku, zrozumienia, z nutą ciekawości. Choć sam przebieg i ich treści zanikają z upływem czasu to jednak to wrażenie, ta pamięć tamtych odczuć, tak pozytywnych, pozostają dłużej ciesząc mnie. To były dobre podróże…

Właśnie, a jak sobie poradziłem z moją dietą – no cóż w plecaku była rozmrożona mrożonka miksu wieloowocowego, mleko sojowe, banany, susz warzywny, a także mikser i szpinak w liściach. Z kuchni schroniska pożyczyłem garnek do przygotowywania sobie moich śniadań. Poprosiłem o ugotowanie mojej zupki z moich składników i też nie było problemu. Schronisko Andrzejówka serwuję poza tym i tak dobre, wręcz wyśmienite dania, sądząc co widziałem i co usłyszałem od spożywających przyjaciół i innych gości. Nadal muszę, a przede wszystkim chcę, doskonalić swoje wyjazdowe menu i kuchnię, ale widzę coraz w żywszych barwach inne moje wyjazdy…

Mnóstwo pozytywnej energii

Posted on

Lubię takie chwile, oby trwały jak najdłużej, kiedy człowiek czuje się jak bateria pozytywnej energii

Tak się chwilkę zastanowiłem, dlaczego,…, zastanawianie troszkę trwało, wiadomo tzw. faceci są z reguły jednowątkowi, więc albo odczuwam szczęście albo się nad nim zastanawiam. Błogi stań odprężenia nie może trwać w nieskończoność bo utraci na swojej mocy. Zatem po kilku minutach „szczęścia” pomyślałem… no ale… bo poczytałem sobie o górach w takim czasopiśmie, które co miesiąc skrzętnie nabywam 😀 Jak mi się dobrze wręcz zrobiło.

Zatem dziś podtrzymuję moc baterii jak długo się da i wszystkim życzę uśmiechniętego dnia na jego koniec.