Film

Nowy rok akademicki 2017/18

Film Posted on

Studiowanie to przede wszystkim praca samodzielna. W optymalnych dla studiowania warunkach uczelnia wyższa stwarza studentowi możliwości do nabywania umiejętności oraz wiedzy i to w tej kolejności. Pomimo realnych uwarunkowań jest możliwe choć częściowe zrealizowanie takich warunków. Wiele zależy zarówno od studentów jak i od prowadzących zajęcia.

Czas studiów to nie jest czas łatwy to przede wszystkim praca, która ma sens wyłącznie wówczas kiedy to najbardziej zainteresowany student wie dokąd zmierza. Niestety z tym jest jak jest i to delikatne określenie stanu faktycznego.

Kilka lat studiów to czas, który poświęcony na studiowanie nie powoduje, że działać można skutecznie w innym obszarach. Nie powinno się tracić tego czasu, lecz świadomie w pełni go wykorzystać. Według mnie absolwenci szkół średnich, jeszcze jako uczniowie tychże szkół powinni mieć jak największe wsparcie w wyborze dalszego ścieżki własnego rozwoju. Dlaczego nie napisałem wprost, że studiów?

Według mnie każdy powinien dążyć do tego by realizować się w jakimś działaniu i być w stanie się utrzymać. Na rynku pracy bez wątpliwości liczą się dyplomy ale przede wszystkim liczą się realne umiejętności podparte wiedzą, a do tego studia nie są konieczne. Ze względu na liczby studiujących absolwentów szkół średnich studia nie stanowią gwarancji pracy po ich zakończeniu. Trudno też mówić o progresie poziomu nauczania.

Nierzadko kierunek studiowania nie ma wiele wspólnego, o ile ma cokolwiek, z pracą danego studenta albo co gorsza z jego realnymi zainteresowaniami. Co więcej, student nie zamierza zmieniać niczego. Zatem studia na danym kierunku służą w zasadzie tylko dla papierka, a i sam student nawet pomimo predyspozycji do studiowania nie przykłada się do samego procesu studiowania. Nie należy się dziwić.

Proces studiowania również jest obszarem, który wymaga wielu zmian. Podobnie warunki finansowania uczelni wyższych. Nasycenie rynku pracy tysiącami absolwentów szkół wyższych jednocześnie dewaluuje znaczenie samych studiów. Tak jak w każdym aspekcie życia potrzebna jest równowaga.

Życzę wszystkim studentom by podjęte przez nich wybory były zgodne z ich zainteresowaniami i potrzebami, by doświadczyli ciekawych i zaangażowanych wykładowców, a przede wszystkim jak jeszcze nie wiedzą by poznali dokąd zmierzają.

 

Reklamy

Star Wars VII Przebudzenie Mocy

Posted on Updated on

Rey - Star Wars (TM) VII Przebudzenie Mocy

Żadnego spojleru tu nie znajdziesz!

Pełen obaw wkroczyłem na kinową salę. Generalnie wyprawa kinowa była ważna nie tylko bo to VII część Gwiezdnych Wojen (Star Wars (TM)) ale także dlatego, że seans obejrzałem wraz z synem. Za każdym razem inaczej odbierałem kolejne filmy związane z uniwersum Gwiezdnych Wojen.

Pamiętam, jako flashback, kiedy byłem po raz pierwszy z pierwszych razów na Gwiezdnych Wojen, części IV, Nowa Nadzieja. Byłem wówczas dzieciakiem co do kina chodził z rodzicami :). Ofiarą wówczas padł mój ojciec. Jednak kiedy to było… sądząc, że ludzie siedzieli na podłodze, schodach na sali kinowej może to był 1979, ale wówczas miałem 6 lat, a więc zakładam późniejsze lata kiedy to grano (do 1982 roku). W każdym bądź razie pamiętam absolutnie wypełnioną salę w nieistniejącym już kinie Relax w Warszawie.

Te emocje, aż nie można było usiedzieć w spokoju na fotelu. Efekty specjalne albo z tego fotela wysadzały, albo wciskały. Zasiane ziarno uniwersum Gwiezdnych Wojen zostało podówczas zasiane i kiełkuje do tej pory, no może w tej chwili nieco jesieni w tym rozroście.

Kolejne, poprzedzające części I, II i III niejako przyjąłem w sposób bez jakichś nadmiernych emocji, a z czasem przyjąłem je jako naturalne i będące w porządku.

VII część, Przebudzenie Mocy, wywarły na mnie jak najlepsze wrażenia, zbliżone do mojego pierwszego seansu w życiu. Dałem się na nowo porwać Gwiezdnym Wojnom i pomimo pozorów, pomimo pewnych nieścisłości film wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwierdził mnie, iż jest to świat, w którym mógłbym żyć. Oczywiście nie zabrakło swoistej nostalgii, która doprowadziła do rozmyślań nad tym jak ja sam zmieniałem się przez całe te dziesięciolecia, od tego pierwszego razu, przez kolejne, aż do dziś.

Warto, warto, warto, niezależnie od pewnych kwestii warto i ja jestem ukontentowany.

Interstellar – czy warto?

Posted on

interstellar

Zanim poszedłem przeczytałem recenzję na jaką natrafiłem w internecie, napisaną przez Małgorzatę Steciak. Autorka wyraziła swoje zdanie, że Nolan nie osiągnął swojego właściwego kunsztu tym filmem, że nie dorasta ten film do jego poprzednich, jak choćby „Incepcji”. Spodobała mnie się ta recenzja. Nie było w niej pretensjonalności, może nieco na początku. Ciekawy tekst i dobrze mnie się go czytało. Zadałem sobie pytanie, czy ma rację? By jednak na to sobie samemu odpowiedzieć, sam musiałem film obejrzeć i tak też dzisiaj zrobiłem. Niejako oprócz niego dziś też obejrzałem „Fury”, ale właśnie „Interstellar” odcisnął mocniej swoje piętno na moich uczuciach.

Nie chodzę na film by go obejrzeć, lecz by go przeżyć, odczuć, poczuć. Czasami film nie daje mi tych szans, a czasami zaskakuje. Ja mimo wszystko dostrzegłem Nolana w tym filmie, to coś co wskazuje na niego. Faktycznie pierwsza połowa, tu w pełni zgodzę się z autorką, jest lepsza, lecz co to oznacza? Dla mnie tyle, że inaczej ją przeżywałem, niż kolejną połowę. Była bliższa mnie, nam, działa się tu na ziemi, właśnie po raz pierwszy, dla mnie tak udanie, oddająca umierający nasz świat, ginący, lecz nie zniszczony dokumentnie jeszcze. Ludzie pomimo tego co dzieje się wokół nich, nadal żyją. Większość to farmerzy, nawet byli inżynierowie, kosmonauci, piloci. Deszcz jest czymś mitycznym, prawie nikt się nie doskonali w niczym poza zwykłym przeżyciem, zwykłym, przeciętnym graniem w bejsbol. Nawet loty na Księżyć przedstawiono jako propagandowy miraż minionego wieku. Ludzi ograniczyli się do przeżycia w świecie, który umierał. Ziemia jak natura, w której przyszło ludzkości żyć bezpowrotnie umierała. Nie było szans. W takich warunkach podróże kosmiczne wydawały się całkowitą stratą czasu i funduszy. Dziś jakże dla nas naturalne, przy najmniej dla mojego pokolenia, dążenie ku gwiazdom, odkryciom, eksplorowanie w świecie Nolana zostaje zredukowane do codzienności bez marzeń o odkryciach. Dlatego, że to coś z czym mogę się ja niejako szybciej mentalnie skojarzyć bardziej trafia do mnie, do umysłu, do uczuć.

Czy jednak druga część filmu jest beznadziejna? Czy sięganie po wzorce z innych filmów jest w tym przypadku złe? Czy sztampowe wzorce scenariuszowe są tu także złe? Czy bohaterowie grają według kiepskiego scenariusza? Dialogi to „suchary” pełne banałów? Prawda, którą zawsze trudno dostrzec zapewne jest gdzieś w czasoprzestrzeni, poza horyzontem zdarzeń, poza zdolnościami nas by móc ją dostrzec, wyraźnie i w całości. Naukowcy, czołowe umysły swoich czasów i nauk, wyjaśniający sobie oczywistości nie są czymś niezwykłym. Nasze umysły żyją stereotypami, a nawet nasz wzrok nie widzi wszystkiego wokół nas, a mózg musi dobudować resztę wizji. Sam jestem naukowcem, a dziś każdy naukowiec siedzi w wąskim kanionie swojego obszaru. Czasem oczywistości przesłaniają inne kwestie, a czasem trzeba porozmawiać o tych oczywistościach. Takie rozmowy nie są dla mnie czymś dziwnym. Dzięki temu widz, który nie ma nawet zbliżonej wiedzy do możliwości pojęcia kwestii naukowych może poznać zagadnienie, by nie rozpraszał się na szczególe, lecz mógł obejrzeć film.

Czy „międzygalaktyczna siła miłości” może istnieć? Powoli zmierzam ku temu czym ten film dla jest. Na pierwszy rzut oka można nawet zgodzić się, że to … ale czy na pewno? W tym filmie nie Boga, Bogów, jest człowiek, a bohaterowie nie odbywają podróży do innych światów bo coś naukowcy odkryli, lecz dlatego, że Oni, byty wielowymiarowe, na to pozwoliły, umożliwiły. Może to właśnie one zastąpiły Boga? To jednak z punktu widzenia tego do czego zmierzam nie jest kluczowe w tym filmie. Można przystać na to, iż w filmie są uproszczenia, a czasem rozwiązania sytuacji i problemów dzieją się jakby tak od pstryknięcia palcami, ale czy właśnie to nie jest najlepszym wyborem? To każdy widz niech oceni sam w sobie. Któż z nas nie podejmuje decyzji podłóg własnych uczuć, nie ulega im, nie kocha, nienawidzi? Zdolność podejmowania decyzji obiektywnie, bez własnych uczuć nie istnieje, jest nieprawdziwe. Każda decyzja to suma uczuć, podświadomości, która odgrywa w naszych życiu znacznie większą rolę, niż nam się powszechnie wydaje. Obiektywizm to ideał, do którego co prawda możemy dążyć, ale tylko próbować. Nawet robot, czy komputer nie są w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Programy tworzą ludzie, używając matematyki, a więc założeń, uproszczeń. Współczesne nam sztuczne inteligencje zaczynały swoją naukę pod kierunkiem człowieka, a gdyby istniała czysta sztuczna inteligencja, nie byłaby najprawdopodobniej w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Czy tego chcemy czy nie, jako ludzie przede wszystkim podejmujemy decyzje na podstawie intuicji i podświadomości, a wiedza i mądrość mają swój udział, ale tylko udział. Może najbardziej ckliwe to to jak główny bohater powraca po ponad 100 latach dzięki Nim. Film tu pozostawia niedopowiedzenie, pokazuje zdolność dążenia człowieka do dalszego odkrywania, szukania tych osób, które są jemu bliskie.

Dla mnie to film o rodzinie, miłości w rodzinie, miłości do dzieci, miłości do rodzica, więzach między ludźmi, empatii, podejmowaniu odpowiedzialności za swoich bliskich jak i całą ludzkość, ale przede wszystkim w warstwie emocjonalnej. Niby bohaterowie ratują ludzkość, starają się, ale tak naprawdę podróżują wraz z własnymi miłościami, uczuciami lub ku nim, mniej lub bardziej świadomie. Cała otoczka świata Nolana, apokaliptycznego w pierwszej części i sf w drugiej to tylko nośnik dla rdzenia, dla więzów międzyludzkich. Tym ten film okazał się dla mnie. Pewnie będę wracał do niego wielokrotnie. To co okazało się dla mnie osobiście ważne to muzyka, która dla mnie jest jakże ważna, a w połączeniu z obrazem czyni cuda, lub może zniszczyć wszystko. Tu ewidentnie była na właściwym miejscu. Można w tym filmie z łatwością odkryć fragmenty „Odysei” Kubrick’a ale to wersja Nolana, bez zniekształceń, jakże dobrze dobrana w tym filmie.

Oczywiście McConaughey swoją rolą nadaje wartość temu filmowi, a niemal epizodyczna rola Matt’a Damon’a jest najgorsza, ale dla mnie też nie do końca. Jednak ten film jest dla mnie filmem dobrym, gdyż zaoferował odbiorcy coś co dziś spychane jest w niebyt, rodzinę, miłość, rodzicielstwo, nadzieję, zakończenie, które nie jest może super wygraną, ale nie jest przegraną, że warto, że trzeba… Może tylko ja tak go odebrałem, może dlatego, że jestem naukowcem, że jestem ojcem, mężem, może dlatego, że… to już tylko dla tych co mnie znają 😉 Może dlatego, że podświadomie potrzebowałem właśnie takiego filmu i nie dostrzegam ewidentnego kiczu? Może i wszystko gładko płynie, akcje czasem szybciej, czasem wolniej, a rozwiązania się znajdują. Efekt happy end’u? By on zaistniał fabuła musi do niego doprowadzić, a tym samym wpływa na film.

Życzę miłego seansu.

Jack Strong

Posted on

JS black BLACK

Byliśmy całą rodziną i nie żałujemy. Dobre kino, dobra gra aktorów. Pomimo oczywistości w niemożliwości absolutnego odtworzenia tamtych czasów w scenografii i tak udało się nieźle. Nie znałem i nie znam de facto do tej pory szczegółowo historii płk. Ryszarda Kuklińskiego. Czy film w pełnej zgodzie odtwarza wydarzenia, rozmowy tego nie wiemy. Jednak ma dla mnie wartość historyczną i dlatego zależało mi na tym by obejrzał go mój syn, który przecież nie miał szans nawet dotknąć tamtych czasów. Ja wówczas byłem dzieckiem i nie rozumiałem wiele z otaczającego mnie świata.

Bardzo w filmie spodobało mnie się to iż obsada jest międzynarodowa i kiedy trzeba mówią po rosyjsku i angielsku. Dla mnie to oznaka dbałości o realia i świadczy o poświęceniu na ten cel nie mało energii. Może tylko Breżniew wyszedł najmniej „zgodnie” ale w końcu miał tylko rolę epizodyczną. Generał Jaruzelski w sumie podobny, ale też przecież nie najważniejszy w całym filmie.  Również lokacje w USA, czy Niemczech też odebrałem jako dbałość o jak najwierniejsze odtworzenie tamtych czasów. Można się oczywiście czegoś czepnąć, choćby tego jakiego radiotelefonu użył Gendara nakazując zatrzymanie samochodu. Jeżeli dobrze zauważyłem było to CB Alan 28 ale nie dam sobie za to uciąć ręki.

Fabuła i akcja filmu dobrze budują napięcie, można spokojnie utożsamiać się z głównym bohaterem, starać się wyczuć jego emocje, jego swoistą samotność. Uważam, że Marcin Dorociński stworzył dobrą kreację. Maja Ostaszewska dobrze zagrała żonę pułkownika, a każda rola w tym filmie, choćby drugoplanowa była istotna, żadna nie mogła być zagrana nie tak. Trudno mi powiedzieć, że ktokolwiek źle zagrał w tym filmie. Co ważne dla mnie, to że film udało się nakręcić bez nachalnej ilości „k..w” co jest dla mnie istotne.

Obejrzałem film od deski do deski, przeżyłem go, a nie tylko zobaczyłem. Wart był poświęconego mu czasu. Polecam.

 

Energia dla życia

Posted on

energia_zyciowa

Co powoduje, że mamy taki czas, że jesteśmy w stanie podnieść ciężary, wspiąć się na szczyt, przeżyć wyzwanie na granicach własnych możliwościach? Co nas napędza, co daje tej energii dla życia. Mogę jedynie starać się odpowiedzieć co napędza mnie, a przynajmniej tak mnie się wydaje.

Czasem złość popycha nas do działania. Pokażę na co mnie stać, na złość przeciwnościom. Kiedy zamiast przygnębienia, zamartwiania się, poczucia żałości, umartwiania się, poczucia krzywdy wypełnia mnie złość to wówczas działam. Nie zawsze na złość komuś, raczej w moim przypadku na złość sytuacji. Kiedy kolejne opcje życiowe walą się jak zamki z kart to albo można poddać się depresji, przestać sobie radzić i tak często się dzieje. Można jednak wykorzystać ten wewnętrzny gniew i złość, a to daje energię do działania, do poradzenia sobie z tym co mnie spotyka. Jednak złość to także droga na ciemną stronę, a wówczas łatwo przekroczyć granicę i zacząć krzywdzić innych. Zatem trzeba uważać, kontrolować swoje działania bo kiedy gniew zamieni się w szał nic już poradzić się nie da. Mnie rzadko kiedy do działania popycha złość czy gniew choć zdarzało się i tak.

Zdecydowanie wolę działać bo mam dla kogo, dla mojej żony, dla mojego syna, dla mojej rodziny, Oni mnie potrzebują. Zwątpienie w bycie ważnym dla najbliższych jest czymś co i mnie dopadło, a to dojmujące uczucie bycia zbędnym i niewartościowym. Jestem osobą wierzącą i nie mam wątpliwości, że w takiej sytuacji jaka przytrafiła się mnie byłem w stanie dzięki wsparciu Jego i mojego anioła stróża poprosić o pomoc. Otrzymałem ją i powróciło poczucie radości z tego co się ma, poczucie bycia potrzebnym. Wówczas ja dostaję tej energii dla życia, do działania, do zdobywania szczytów, działania na granicach swoich możliwości, do pomagania innym, szczególnie tym którzy tej pomocy potrzebują. Kiedy dopada mnie ciemność, zwątpienie podejmuję modlitwę i mrok rozprasza się na tyle, że wierzę, iż mogę stawić mu czoła. Tak mam 🙂

Bliżej moim ziemskim zmysłom jest muzyka, która daje mi niezmiernie dużo, ładuje moje akumulatory. Melodia, a także i słowa piosenek działają jak żywa energia, która potrafi mnie długo utrzymywać na fali 😉 Sam chodzę na lekcje wokalu i gry na flecie poprzecznym i śpiewam już dużo lepiej 😀 z całym szacunkiem dla słuchaczy. Kiedy mogę puszczam swoje ulubione utwory, zamykam oczy i daję się ponieść nutom. Bardzo wówczas się odprężam i nabieram sił do pokonania kolejnych życiowych wyzwań. Często potrafię wysłuchiwać w kółko jednego utworu. Muzyka, która szczególnie trafi mi do uczuć pozwala mi na pisanie wierszy, czy choćby tego wpisu 😉

Właśnie ta muzyka, którą pierwszy raz usłyszałem na końcu filmu „Hobbit. Pustkowie Smauga” – „I see fire”.

 

Bez telewizora

Posted on Updated on

Czy można żyć bez telewizora? Pytanie stereotypowo ma jedną odpowiedź, a mianowicie, że się nie da. W rzeczywistości zależy to od stanu psyche zainteresowanego. W grudniu 2012 roku nasz stary telewizor osiągnął stan braku chęci współpracy z właścicielami. Posunął się nawet do tego, że nie dało się oglądać nawet filmów DVD. W konsekwencji ponad rok żyłem, moja rodzina także, w abstynencji od telewizora co… w zadziwiający sposób poprawiło relacje domowe, a ile to człowiek nagle miał czasu na inne do tej pory zapominane lub spychane w otchłań niebytu działania.

Po kilku miesiącach minął syndrom odstawienia 🙂 i życie płynęło sobie w lepszym stylu dalej. Kiedy od czasu do czasu miałem okazję załapać się na szklany ekran u rodziny, czy znajomych narastało we mnie ogromne przekonanie o cudownym wymiarze faktu nie posiadania telewizora. Poziom jakościowy, merytoryczny chyba zdecydowanie spadł. Jak raz obejrzałem jedną z cyklicznych produkcji informacyjnych to nie wiedziałem, czy to już dno, czy można to schrzanić jeszcze bardziej. Widocznie większościowa grupa oglądających wymaga takiego obniżenia lotów jakościowych. Nie wspomnę o obrzydzeniu innymi produkcjami rozrywkowymi, które zobaczyły moje oczy, a mózg starał się poradzić z tym emocjonalnie. Nie żałuję, że nie mam telewizji, tak teraz już tylko telewizji, bo telewizor dostaliśmy. Dzięki czemu możemy zanurzyć się doznaniach filmów z DVD, bez bloków reklamowych, tych, których chcemy, a nie tytułów, które się serwuje w powszechnie dostępnych kanałach.

Oczywiście nie każdy program, nie każdy kanał, nie każda stacja to dno, lecz trudno mi jednak dojrzeć trend zwyżkowy w ogólnie pojmowanej jakości produkcji emitowanych w telewizji. Trudno mi także odnaleźć jakieś ciekawe pozycje w kinie. Czasem mam wrażenie, że film z akcją pędzi szybciej niż mój mózg jest w stanie to ogarnąć. Fakt procesor nie najnowszy 😉 ale software’owo upgrade’owany stale do nowszych wersji. Jednak wspomaganie sprzętowe jest z zeszłego wieku. Może to znak czasu, może jednak wolę czasem posłuchać nieco bardziej rozbudowanych dialogów z sensem. Może to moja fanaberia.

Wracając jednak do telewizora… ten, który posiadamy rodzinnie nie posiada MPEG4, a więc nie odbiera platformy 😀 i całe szczęście. Dekoder kosztuje niewiele, ale i tak nie jest wpisywany na żadną listę potencjalnych zakupów. Życie bez telewizji jest dla mnie osobiście lepsze. Niby coś tracę ale zyskuję czas dla najbliższych, na lekturę, na muzykę. Tak jest lepiej, a jak chcę obejrzeć film, to mam własną kolekcję i swoje ulubione tytuły. Czasem coś się dokupi.

Miesiąc i „Stażyści”

Posted on Updated on

Tak, minął miesiąc od poprzedniego wpisu, a ja co każdy zryw mówię, zupełnie szczerze, że minimum jeden wpis w tygodniu to minimum i tak już będzie. Jak jest, wiadomo, a ostatni miesiąc to jeden z najbardziej zapracowanych w moim życiu miesięcy. Przemęczenie niejako dodane jako długopis reklamowy. Ostatnie miesiące mojej pracy na uczelni. Z jednej strony radość ze zmian, z drugiej jednak kilkunastoletni okres pewnego rozwoju zawodowego zmierza ku końcowi. Emocjonalny remis z nieco zamazanym obrazem klinicznym. To jednak temat na osobny wpis… Ogromne przemęczenie i rozregulowane istnienie w dobie ludzkiego życia. Nie tak, nie wtedy kiedy trzeba itd. Czy narzekam?!? Sam się zastanawiam. Sytuacja jest taka, że nie jadę w góry, ja nie jadę w góry… nigdy tak się nie zdarzyło…

W minioną niedzielę rodzinnie obejrzeliśmy w kinie film „Stażyści” („The Intership”), znaczy komedię. Pół godziny reklam przed filmem zasadniczym faktycznie dokonywało niemalże masowej eksterminacji moich komórek w mózgu. Pytałem się niemo i retorycznie kto wymyśla takie reklamy… czyżby widmo budżetu?!? Pomijam zwiastuny filmów, one przy najmniej są na poziomie.

The-Intership

Niejednokrotnie dowcip jest płytki, beznadziejny, ale ten film ma swoją wartość i to nie byle jaką. Wobec dzisiejszego masowego pędu młodych ludzi do posiadania dokumentu potwierdzającego, zdewaluowany już znaczeniowo, fakt ukończenia uczelni wyższej ten film niejako niebezpośrednio, ale jednak, wynosi na piedestał pracę zespołową, zaangażowanie, współpracę, umiejętności, przyjaźń. Ja w tym filmie zobaczyłem także swoiste potwierdzenie, że kluczem byli, są i będą porządni ludzie wywiązujący się ze swoich obowiązków z rzetelnością. Ważne jet to, że każdy może mieć swoje miejsce, także ten, kto nie jest mistrzem obycia społecznego. Może to utonąć w wielu informacji, lecz we współczesnych czasach na świat przychodzi coraz więcej dzieci mających problemy ze społecznym funkcjonowaniem (przedszkole, szkoła, praca, najbliższi rówieśnicy.

Wiedza nie zawsze idzie w parze z umiejętnościami, a to one właśnie dziś są najważniejsze. Film, komedia, momentami także śmieszna jest jednak, dla mnie, filmem pozytywnym, wartym obejrzenia, a nawet polecam go swoim studentom. Może czuję pewien związek z głównymi bohaterami… wiek, hmmm,… czas leci