Dzień za dniem

Futerkowe wieści #2/2016 (3)

Posted on Updated on

Czyżby blog stawał się blogiem kocim?

Takie pytanie zaświtało mi w przestrzeni moich myśli. Chcę napisać, że nie, że nie jest to tylko blog o kotach, bo nie jest, a może jest. W ogóle to mam problem bo:

http://www.darmor.wordpress.com

www.czytodajnia.wordpress.com

i po prostu nie mam pojęcia jak zreorganizować swoje aktywności. Pewnie nie zorganizuję, a po prostu zacznę systematyczniej coś w nich pisać, umieszczać itd. To jedyny klucz do rozwoju obu tych projektów. Pomysł zepnięcia ich w jedną stronę to niepotrzebne przenosiny. Zasady pisania wpisów z punktu widzenia pozycjonowania są jasne i chyba nie warto. To nie są blogi o nie wiadomo jakich statystykach by to robić, a może właśnie jednak scalić… No bo ten blog ma szansę na oglądalność, ma swój potencjał i jakąś już historię. Dlatego coś jednak ulegnie zmianie. Promowanie treści przez google powoduje, że wstawianie krótkich wiadomości mija się prawie z celem, a więc umieszczenia w ramach jednego bloga wpisu i jedynie na drugim krótkiej wiadomości chyba to nie tak jak powinienem robić. Zatem czytodajnia.wordpress.com będzie miejscem, gdzie będą publikowane wyłącznie utwory. Procesy myślowe przebiegają różnie.

Ale dziś znów jednak o kotach w domu, moim, naszym domu. Czas przedstawić aktualnych kocich aktorów.

Maciejka

Maciejka, rodzona siostra, a nawet może i bliźniaczka Maćka. Może już ma z rok życia za sobą. Najpierw bardzo wycofana i taka nieśmiała. No bo ja bym Ciebie bucknęła albo miznęła o nogę ale nie, nie, nie, jeszcze nie, sama nie wiem i w ogóle. Specjalistka kradzieży jedzenia. Póki co trudno ją obsłużyć z czyszczeniem noska, czy obcięciem pazurków 😦

kot maciej

Opiekun stada, gadający non stop przy człowieku, miziak rewelacyjny, pogodny i zadowolony z życia ale… łobuz nad łobuzy, choć kochany. Niezliczona liczba szklanek, kubków, czajniczków, doniczek, chyba 2, jednego naczynia żaroodpornego do piekarnika oraz 2 garnki, 2 miseczki na wodę…

2016_koty_011

Bezik jest takim obywatelem Rzymu, w przeciwieństwie do Maćka z plemion barbarzyńców. Widać jego spokój nawet w jedzeniu, kiedy to delektuje się każdym chrupkiem lub kęsem mokrego, chyba rozważając możliwości eksperymentowania z przyprawami. Bardzo miły, nienarzucający się, spokojne futerko. Pierwszy kot u nas, który doprasza się bycia kotem naręcznym. Trochę w tym kierunku mobinguje, ale co tam 😉

kot apsik

Najstarszy nasz rezydent na kociej emeryturze. Prawdziwy smakosz i wielbiciel spokoju. Zwany Apskiem, vel Pudzianek, vel Pan Krówka, vel Kruszynka co wyśmienicie oddaje jego charakter. Po latach tułaczki ma dom i prawie spokój. Nie trawi Maćka, lubi Bezika 🙂

Julia promieniuje pomysłami.Julia oraz Kacper to nasze czarne rodzeństwo, które nie przepada za sobą, ale oboje nie cierpią pozostałych, co powoduje, że mieszkają w oddzielnej części domu.

Generalnie nie jest aż tak śmiesznie jak na to wygląda. Zgranie tego wszystkiego, znaczy UDRK (Układ Dom Rodzina Koty) nie jest taki prosty. Liczba kotów w naszym domu osiągnęła maksimum naszej tolerancji dla futerek. Nigdy nie było tak, że chcieliśmy tyle, ale tak wyszło. Pomijam koszty pokarmów, regularnych i tych niezaplanowanych wizyt u naszych wetek.

Dodatkowo są różne behawioralne problemy, w tym nietolerowanie się wzajemne kocicurów i swoiste wynikające z tego podziały geopolityczne.

Nie wspominam o byciu kuwetowym i codziennych obchodach 5 kuwet rozstawionych w różnych miejscach naszego domu.

Z jednej strony fantastyczna możliwość obserwowania kocich zachowań, umizgów oraz kociego mobingu. To są ciekawe aspekty, ale już nie jeden raz mamy dosyć. Nie chodzi nawet o kwestie super porządku. Nigdy nie byłem zwolennikiem sterylnego porządku i raczej nie będę ale nie lubię sytuacji skrajnie przeciwnej, a nawet nie wyobrażam sobie tego. W zasadzie wszystkie futerka dostarczają nam co jakiś czas argumentów na nie posiadanie kota, ale potem zrobią te swoje oczy, przymiziają się i udają, że sprawy nie było.

Przy czym stres u kota wyraża się różnie, ale często trzeba sprzątać choć kuweta w akceptowanym miejscu nie ruszona, znaczy powierzchnia żwirku niemal jak w ogrodzie zen, nie wzruszona, prawie tafla.

Nie wszyscy domownicy ostatecznie akceptują taki stan rzeczy co również nieco komplikuje UDRK, a w konsekwencji czasem stany nieco niemiłe. Wiadomo, futerek się nie pozbędę, jakbym mógł nawet tak pomyśleć… mógłbym 😛 ale nie zrobię tego. Jedynie kwestie zdrowotne i konieczność nie bycia kotów ze względów medycznych mogłoby spowodować decyzję o przymusowym przesiedleniu, ale póki co nie ma wyraźnych zwiastunów takiej sytuacji.

Z czego wynika nietolerowanie się czarnych i reszty?

Przede wszystkim z faktu, iż czarne Julia i Kacperek zostały uratowane z kociego kataru i jednocześnie nie miały możliwości życia w kocim stadku. Pozostałe żyły w kocich stadkach i wykształciły sobie jakieś tam społecznościowe cechy. Julia i Kacper nie miały takiej możliwości i są totalnymi indywidualistami. Podejrzewam, że nawet najlepiej by im było gdyby były totalnie singlami w swoich domach. Niestety są razem i w ogóle.

Kacperek w strefie pracy twórczej.
Kacperek w strefie pracy twórczej.

Kacperek taki jakiś niedorajda z pechem wpisanym w papierach. To akurat kot wychodzący, choć rzadko, ale… ropień na szczęce, na ogonie, na boku, zwichnięty ogon itd. Jest nieco dziwny, ani miziasty ani wredny, ale często niemiły.

To cała nasza menażeria i o niej od czasu do czasu coś tu napiszę. Trzeba uruchamiać kolejne projekty, w tym i na nowo rozruszać ten blog.

 

Śnieg i uśmiech

Posted on

W dniu w zasadzie wczorajszym, a dokładnie wczoraj wieczorem zaskoczyły nas, mnie, żonę, syna i koty niespodziewane, lecz zapowiadane bez przekonania opady śniegu :). Czekałem na śnieg, bo lubię zimę, bo lubię kiedy biały śnieg we dnie kiedy wieczór trwa od rana do nocy dają taką swoistą jasność, aż się serce bardziej raduje.

Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014 Pierwszy śnieg w Warszawie - 25.XII.2014

Życzenia Bożonarodzeniowe

Posted on

Betlejemski żłobek Chsrytusa

Wszyscy moi, nasi (ja, Żona, syn, nasze pięć kotów) Przyjaciele, a także Rodzino, Znajomi, Czytelnicy tego bloga składamy Wam życzenia, jakże radosne, jakże obiecujące, bo Bożonarodzeniowe. Dla mnie osobiście za każdym razem to radość, że na nowo, z Nowym Rokiem, ale i kolejnym dniem mogę pracować nad sobą, stawać się, czy lepszy, to już inni ocenią, ale dążyć ku temu by być lepszym. Wam życzę by Święta Bożego Narodzenia przeminęły w ich duchu, Rodzinnie, z najbliższymi, by były źródłem energii na dalszy czas.

 

Współpasażerowie

Posted on

Komunikacja publiczna zbliża ludzi, choć przeważnie trzymamy się silnie tego, iż wokół siebie roztaczamy swoją strefę wpływów, choćby milimetrową ale jednak, a wtargnięcie do której traktujemy niemal jak wypowiedzenie wojny. Niedawno miałem okazję, bo przyjemnością bym tego nie nazwał. Wykończony siedzeniem nad pewnym projektem po nocy z lubością dorwałem miejsce i niemal natychmiast zapadłem w drzemkę. Jadę prawie z jednego krańca na drugi metrem. Względnie ustawiam się w miejscu takim by nie stać przy drzwiach. Mniejsza jakby z tym.

Rano w pobliżu mnie zadekowało się 2 mężczyzn, którzy na oko 18 lat mieli już istotnie za sobą, ale byli młodsi raczej ode mnie. Jeden z nich z oddali wyglądał na fana rapu albo techno, nie rozróżniam perfekcyjnie, więc mogłem się pomylić. To jednak był rap, gdyż cały wagon słuchał puszczanych kawałków. Były one tłem dla nieco donośnego głosu delikwenta, który opowiadał drugiemu swoje podboje nad innym przedstawicielami ludzi. Włączał w to bogatą mimikę, choreografię pomimo porannego szczytu w metrze. Prezentowane zasób słów, jak łatwo się domyślić niezwykle ubogi dopełniał całości. Byłem w rozterce, bo nie wiedziałem czy zainterweniować, czy jednak warto się narażać dla innych. Czy w ogóle można wygenerować jakikolwiek przekaz zrozumiały dla adresata wypowiedzi? Jasne, że warto ale Ci inni w większości zastosowali odcięcie się podłączając się do własnego świata muzyki przez słuchawki ze smartfonów. Odpuściłem sobie i tak popadając w przerywaną drzemkę dałem radę do końca przebywania we wspólnej przestrzeni. Wysiedli stację przed moją.

Zaszyłem się w pokoju, zweryfikowałem nieco przygotowanie do wykładu i pomny swojego stanu postanowiłem się zdrzemnąć. Niestety dzielna ekipa hydrauliczno-budowlana podjęła o 7:30 wyzwanie kucia otworu poprzez ścianę w szachcie do jednej łazienek. Tak zmotywowany ruszyłem do pracowni by coś zrobić jeszcze przed wykładem.

Tego samego dnia wieczorny powrót do domu również okazał się szansą do obcowania, tym razem, z 4 indywiduami. W odróżnieniu od porannych Ci wieczorni, każdy z osobna, prezentował się wstępnie jako „gość z którym można spróbować ustalić fakty bez sięgania po noże”. Tym razem głośność całej czwórki była większa, zasób słów nieco większy, ba a nawet były próby udawania mówienia po angielsku, niemiecku i rosyjsku. Wręcz poligloci. Właśnie w przypadku tej grupy dało się zauważyć jakże ciekawą kwestię. Odniosłem wrażenie, że każdy z osobna był w porządku, sprawiał wrażenie osoby odpowiedzialnej, kulturalnej. Jednak to co zaprezentowali w wagonie wulgaryzmy, picie alkoholu, poziom rozmowy, stosunek do klobiet – jednym słowem „żenua”, dramat kulturowy. Nietrudno było się zorientować, że chłopaki jadą po towar do wciągania. Znaczy postanowili osiągnąć wyższy stopień mentackiego stanu świadomości. Jednak w porównaniu do nich mentaci odgrywali znaczącą rolę. Ponieważ stan co poniektórych wskazywał już na poluzowanie hamulca ręcznego własnego sumienia i tym razem postanowiłem nic nie robić. Może powinienem, ale czy jakby chłopcy postanowili inaczej porozmawiać czy mógłbym oczekiwać wspracia od innych współpasażerów? To pytanie retoryczne. Tym razem ja wyszedłem wcześniej od tej ekipy.

Kolejny dzień, rano, mój stan świadomości zbliżony do tego sprzed doby, a nawet pogłębiony, powolne reakcje myślowe, ale wykład względnie w głowie ułożony. Wsiadam do wagonu metra i ustalam swoja pozycję przy końcu wagonu, tak by nikomu nie wadzić, bo przecież wychodzę za wiele stacji. W pewnym momencie Pani siedząca za moimi plecami rozpoczęła konwersację przez komórkę. Skończyła stację przede mną. Ja staram się nie rozmawiać przez telefon zbyt długo, jakoś ani chcę by inni słuchali co u mnie lub tak u kogoś, ani chcę przeszkadzać komuś. Głos Pani był, przy najmniej, dla mnie idealnie wpadający mi w uszy, lekko irytujący i naprawdę co mnie obchodzi półtoragodzinne męczenie się nad w czym wyjść, a i sam dialog przypominał mi pewien skecz kabaretowy. Moje wymowne spojrzenie na Panią nie odniosło żadnego efektu. Znów dałem radę.

Trochę mam za złe samemu sobie, że choćby nie zwróciłem spokojnie uwagi. Może doświadczenie sprzed kilku tygodni kiedy najpierw spokojnie zwróciłem uwagę trójce młodych ludzi, w tym jednemu chłopakowi, że siedzą niemalże rozwaleni na siedziskach w autobusie, a Pani z zakupami musi stać. Dziewczyny stwierdziły, że nie słyszą, być może w ogóle nie kumają po polsku. Chłopak wygenerował opór. Sama Pani, którą znam i wiedziałem, że jedzie dalej, tam gdzie ja, będzie tak stała jakieś 15-20 minut. Chłopak próbował być szarmancki i ustąpić miejsca kolejnemu dziatkowi, znaczy przesunąć się na miejscu typu 1,5 siedziska by ktoś usiadł, samemu jednocześnie zajmując 3/4 siedziska. Taki mały gbur, cham, tak wychowany, że ma prawo. Generalnie siedział aż wysiadł ale nie generował w paśmie słyszalnym komunikatów werbalnych pod moim adresem. W każdym bądź razie zirytowała mnie sama Pani, która powiedziała, że nie musi siedzieć, więc niejako w sposób najgorszy wsparła moje działanie. gdyby choć zaznaczyła, że choć postoi to jednak ja mam rację. Tak to jest…

Wybory samorządowe

Posted on Updated on

jablko

Czasem czuję się jakby politycy żonglowali jabłkami z drzewa obietnic przedwyborczych.

To już za chwilę kiedy pójdę, rodzinnie pójdziemy zagłosować w wyborach samorządowych. Nie jest to przejaw zaślepienia jakąkolwiek opcją czy poglądami politycznymi jakiegoś ugrupowania. Osobiście uważam, że na wszelkie wybory należy chodzić to mój obowiązek jako mieszkańca naszej Polski, Polaka. Jednocześnie uważam obowiązującą w Polsce ordynację wyborczą za złą i niejasną. Dla mnie frekwencja wyborcza na poziomie poniżej 50%, nie legitymizuje jakiejkolwiek władzy, to farsa i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony uważam, że gdyby 90% było nieważnych przy frekwencji 95% to byłby to znacząco istotniejszy sygnał od wyborców, a tak jest jak jest.

Od lat dostrzegam taką dziwną zależność na poziomie samorządowym, iż nie tak mało kandydatów na radnych dzielnicy, czy gminy startuje z list partyjnych bo samodzielnie nie mają szans, albo tak uważają, albo dają się przekonać. Osobiście przedwyborcze obietnice, szczególnie w ujęciu poszczególnych partii są słowami i niczym więcej, a już na pewno nie mam do nich zaufania. Od 1989 roku twierdzę, że pełnienie przez polityków służby w kontekście Polski jest nieprawdziwym stwierdzeniem. Nie lubię wypowiadać się w tematach politycznych bo z jednej strony każdy ma prawo do własnego zdania, poglądów, postaw i zachowań, o ile z założenia swojego nie są krzywdzące innych. Wracając do meritum to mam zgryz wewnętrzny, gdyż znam niektórych kandydatów osobiście i jestem do ich działań, postaw i zachowań pozytywnie nastawiony, co najmniej. Jednak, ale, jest to ziarnko piasku w bucie. Niby iść się da ale uwiera coraz bardziej. Tym czymś wzbudzającym u mnie wątpliwości decyzyjne jest fakt, iż osoby te kandydują z list partyjnych, w dodatku partii, z którymi ja się nie utożsamiam. Co robić? Pytanie retoryczne, które rozstrzygnę do wyborów. Logika podpowiada mi, że powinienem na nich zagłosować. Znam ich, rozmawiam z nimi, wiem co myślą, a więc niejako mam większą nadzieję, że realnie przysłużą się miejscu, w którym mieszkam i żyję.

Inną kwestią są już dla mnie wybory prezydenta miasta, w zasadzie o tyle lepsze gdyż bezpośrednie, w przeciwieństwie do burmistrzów dzielnic. Dzięki temu mamy od kilku ładnych lat wędrówkę burmistrzów z jednej do drugiej dzielnicy, a więc piastują tę funkcje osoby, które nie są z danej dzielnicy. Według mnie to nie jest dobre rozwiązanie, a burmistrzów należy wybierać w wyborach bezpośrednich.

Mnie jako mieszkańca Wólki Węglowej w Warszawie, części Bielan drażni, delikatnie ujmując, to niesystem gospodarowania odpadami. Pamiętam jak w 2008 roku podejmowałem po wyborach pracę w naszym samorządzie lokalnym były przeprowadzane szerokie konsultacje w tym zakresie. Już wówczas można było powiedzieć, że problem był podnoszony, zgłaszano uwagi i… co z tego? Ano dopóki nie zmieniła się ustawa, pewna pani prezydent uparcie nie podejmowała tej kwestii ze skutkiem pozytywnym. Niby oczywiście rozbudowuje się infrastrukturę kanalizacyjną związaną z oczyszczalnią ścieków. Jednak kanalizowanie regionów Warszawy, które kanalizacji nie mają to już zagadnienia, których nawet superbohaterowie nie byliby w stanie doprowadzić do końca. Jedynym inwestorem w Warszawie w zakresie wodociągowym i kanalizacyjnym jest MPWiK. Nikt inny,  żaden inny podmiot, a co najwyżej można zostać podwykonawcą. Taką wiedzę mam po spotkaniach z przedstawicielami władz, MPWiK, miasta, mediów. Takie rozwiązanie systemowe nazwałbym patologicznym, gdyż zapewnia funkcjonowanie MPWiK bez względu na realne koszty inwestycji. Jeżeli tak jest, to tak być nie powinno.

Kanalizacja to jedno, a odpady bytowe, segregowalne, zielone? Kiedyś wiedziałem, iż śmieci bytowe odbierają ode mnie co drugą srodę, a segregowalne raz w miesiącu. Dziś obsługuje nas MPO i harmonogram odbiorów to jak efekt działania generatora liczb losowych. Trudno się w nim zorientować, a więc czasem się nie udaje, gdyż pojemniki mamy wystawiać przed posesję. Kiedyś Panowie brali je i odstawiali tam gdzie stoją u mnie na posesji i nigdy nie było z tym problemu. Ja to ja, mam syna, a co mają począć osoby starsze, mieszkające samotnie? Znów pytanie retoryczne. W każdym bądź razie niedaleko mnie jest sławna w kraju kompostowania śmieci. Wątpliwej jakości aromaterapia doprowadza ludzi do obłędu. Cuchnie, śmierdzi, trudno inaczej to określić. Znów, ja, moja rodzina to jeszcze, ale ludzie mieszkają zdecydowanie bliżej od nas. Oczywiście wiedzieli gdzie kupują dom, ale wówczas to coś, co jest górą śmieci, to coś co jest kompostownią miało być pozamykane. Jednak MPO wygrało przetarg, odbiera śmieci i coś z nimi musi zrobić. Moim zdaniem MPO nie było, nie jest i nie wiem czy kiedyś będzie w stanie sprostać wyzwaniu jakiego się podjęło. Przypomnę, że nie wygrała, żadna inna firma w Warszawie, posiadająca profesjonalną sortownię odpadów (np. BYŚ, też się mieści niedaleko nas). Kompostowanie zbiera śmieci, nie jest w stanie raczej przeprowadzić właściwego sortowania by kompost wytwarzać z odpadów do tego nadających się. Wiele lat temu słyszałem opowieść, o tym, iż kompost z tej kompostowni to się nie nadaje do niczego, gdyż zawiera m.in. szklane odłamki. Gdyby jeszcze ten kompost powstawał ze starannie wyselekcjonowanych odpadów zielonych, ale tak nie jest.

Dlaczego o tym piszę, bo nie mało kandydatów na radnych, na prezydenta Warszawy podejmuję to zagadnienie w swoich wystąpieniach i obietnicach przedwyborczych. Poczekam, uwierzą jak zobaczę. Tu pewny jestem tylko jednej kandydującej osoby, może dwóch, gdyż problem kompostowni dotyczy ich osobiście.

czyste_radiowo

 

Kiedy odchodzą najbliżsi

Posted on Updated on

Kiedy odchodzą najbliżsi, nagle czy niby pozornie jest czas by się pożegnać to jednak myślę, że nie można być przygotowanym na to, na odejście kogoś bliskiego. Dziś moja mama Lidia Morek z domu Pawłowska, siostra mistrza szabli Jerzego Pawłowskiego, również uprawiająca szermierkę, skończyłaby 76 lat. Odeszła nagle 1 października 2014 roku, 2 dni temu, nagle, nie bez walki ale jej już nie ma tu na Ziemi, nie ma jej duszy. Czy byłem przygotowany? Nie byłem. W sytuacjach kryzysowych jestem niejako z automatu zmobilizowany i działam. Pogotowie, czekanie na karetkę. To były moje ostatnie chwile z moją Mamą. Potrzymałem ją za rękę, trzymając jednocześnie kroplówkę. Pomogłem przenieść na nosze do karetki. Potem, potem zebrałem potrzebne rzeczy dla Mamy do szpitala, część jej dokumentacji medycznej, dokumenty i pojechałem.

W czerwonej strefie SORu Szpitala Bielańskiego widziałem ją jeszcze siedzącą z maską tlenową. Odebrałem jej rzeczy, chciałem do niej podejść. Gdyby nie nowy pacjent pozwolili by mnie. Potem widziałem ją po raz ostatni, śpiącą, zaintubowaną, pod respiratorem. Serduszko jej biło jak należy. Powiedziano mi, że mam zadzwonić za 2 godziny. Pojechałem do domu. Nie było lęku, nie było informacji, że jest bardzo źle. Kiedy zadzwoniłem o 1 w nocy, jak miałem, dowiedziałem się, że Mama jest na R kardiologicznej na oddziale i spokojnie mam się zgłosić po 11, po obchodzie. 10 minut później telefon z prośbą o kontakt z oddziałem. Moja mama nie żyła, zmarła, jak się później okazałao po godzinnej reanimacji, uprzednich próbach stymulowania jej serduszka elektrycznie. Nie udało się. Co czułem? Nie wiem, działałem jakby z rozpędu, realizowałem konieczne zadania. Podziękowałem pani doktor z oddziału, za jej sposób rozmowy. Rozumiem co przeżywają kiedy mówią, że ktoś zmarł. To nie jest łatwe. Powoli z czasem przychodzi odczuwanie, przeżywanie, nie da się tego uniknąć.

Żałuję, że nie było mnie przy mamie do końca, ale i tak nie mógłbym być przy niej ze względu na czynności lekarzy. Udało mnie się przespać i rozpocząć działania formalne. Jestem bardzo wdzięczny lekarzom, w tym ordynatorowi oddziału za godne podejście. Nie czułem się jak intruz, wręcz przeciwnie. Pielęgniarki, lekarze byli bardzo pomocni. Bardzo im za to dziękuję. Rozmawiałem z ordynatorem, podjąłem działania administracyjne. Spokojnie bez nadzwyczajnych emocji. Dzwoniłem do Rodziny, do jej przyjaciół i znajomych. To nie łatwe działanie. Na początku odpowiadałem na pytania jak, kiedy, dlaczego, czy, a może… potem w miarę upływu czasu odmawiałem, choć rozumiałem fakt potrzeby wiedzy, lecz coraz trudniej było i jest mi o tym mówić. To po trosze jakby nierealny film, sen, który silnie odczuwany wydaje się jawą, a nie sennym przeżyciem. Niestety to prawda, realna, namacalna. Namacalna bo połowa domu straciła swojego mieszkańca, swoją Panią, moją Mamę. Zrobiło się tam pusto. Niedojedzona zupa, nie dokończone kanapki i herbata. Rozstawiona deska do prasowania. Jakby moja Mama na chwilę wyszła, zaraz wróci. Dopiero po pewnym upływie czasu odkrywam, że już nie będzie całej masy drobnych rzeczy związanych z moją Mamą. Tego drapania po plecach, tylko Ona tak umiała. Tej szarlotki jej roboty, niepowtarzalnego smaku, wspólnego oglądania śmiesznych filmów i zdjęć ze zwierzętami, pracy jej rąk jako krawcowej, obsztorcowania, uśmiechu, bycia. Jej życie tu na Ziemi przeminęło, teraz to już sprawa Chrystusa. Teraz tylko dopilnowuję jej godnego pożegnania tu na Ziemi. Była dla mnie jednym z fundamentów życia, a więc reperkusje jej braku w mym ziemskich żywocie będą jeszcze odczuwalne. Słowo, które przychodzi na myśl to „pustka”. Tym bardziej bolesna, że powstała nagle, z zaskoczenia.

Żałuję, że nie wywierałem na mojej Mamie presji, że wręcz nie namawiałem skutecznie by w końcu udać się do kardiologa, by rozpoznać jej problemy. To poczucie winy syna, który przyjmuje, że za mało poświęcał swojej Mamie czasu, za mało rozmów, za mało szczerych rozmów. Teraz już za późno, absolutnie i nie odwracalnie. Żyliśmy obok siebie w domu, każde w swojej części. Mój syn, jej wnuczek, bardzo przeżywa jej odejście. Była jakby zawsze od kiedy pamiętał, zawsze mógł na nią liczyć. Wczoraj odwracając myśli serfowałem po internecie i w oko wpadł smieszny filmik z psem w wodzie. Moja mama kochała psiaki. Pomyślałem, trzeba zawołać Mamę, ucieszy się. Po chwili ten błysk świadomości, ale jej nie ma, nie powiesz jej już nic, nie obejrzysz z nią i nie pośmiejesz się wspólnie. Odrętwienie, smutek, pustka. Pamiętam swoje słowa sprzed kilku dni „Jeszcze zajrzę”. Chciałem nawet porozmawiać, ale nie zajrzałem, coś mnie pochłonęło i nie zajrzałem. Teraz już nie mam tej możliwości. Mogę zejść do pustych pokoi, gdzie jeszcze unosi się jej ślad, ślad pracy jej dłoni, jej myśli, jej pomysłów, jej trosk i radości.

Jak niewielu wie, że wiele lat temu, kiedy była młoda, młodsza niż ja jej syn teraz, była sportowcem, nie byle jakim, choć żyjącym w cieniu swojego brata Jerzego Pawłowskiego. Ten zegarek na jej ręku. Pamiętam go…

moreklidia_01

+1

Posted on

Dokładnie jakiś czas temu, tydzień niecały do lat życia dodałem kolejny rok. Czas płynie, raz szybciej, raz wolniej, bez kontroli z mojej strony. Jakakolwiek próba jego kontroli jest naiwnym myśleniem, że jest to w ogóle możliwe. Możemy być lub starać się być punktualni, trafnie szacować potrzebny czas na wykonanie jakiegoś działania, ale nie mamy kontroli nad upływającym czasem.