Miesiąc: Listopad 2014

Wybory samorządowe

Posted on Updated on

jablko

Czasem czuję się jakby politycy żonglowali jabłkami z drzewa obietnic przedwyborczych.

To już za chwilę kiedy pójdę, rodzinnie pójdziemy zagłosować w wyborach samorządowych. Nie jest to przejaw zaślepienia jakąkolwiek opcją czy poglądami politycznymi jakiegoś ugrupowania. Osobiście uważam, że na wszelkie wybory należy chodzić to mój obowiązek jako mieszkańca naszej Polski, Polaka. Jednocześnie uważam obowiązującą w Polsce ordynację wyborczą za złą i niejasną. Dla mnie frekwencja wyborcza na poziomie poniżej 50%, nie legitymizuje jakiejkolwiek władzy, to farsa i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony uważam, że gdyby 90% było nieważnych przy frekwencji 95% to byłby to znacząco istotniejszy sygnał od wyborców, a tak jest jak jest.

Od lat dostrzegam taką dziwną zależność na poziomie samorządowym, iż nie tak mało kandydatów na radnych dzielnicy, czy gminy startuje z list partyjnych bo samodzielnie nie mają szans, albo tak uważają, albo dają się przekonać. Osobiście przedwyborcze obietnice, szczególnie w ujęciu poszczególnych partii są słowami i niczym więcej, a już na pewno nie mam do nich zaufania. Od 1989 roku twierdzę, że pełnienie przez polityków służby w kontekście Polski jest nieprawdziwym stwierdzeniem. Nie lubię wypowiadać się w tematach politycznych bo z jednej strony każdy ma prawo do własnego zdania, poglądów, postaw i zachowań, o ile z założenia swojego nie są krzywdzące innych. Wracając do meritum to mam zgryz wewnętrzny, gdyż znam niektórych kandydatów osobiście i jestem do ich działań, postaw i zachowań pozytywnie nastawiony, co najmniej. Jednak, ale, jest to ziarnko piasku w bucie. Niby iść się da ale uwiera coraz bardziej. Tym czymś wzbudzającym u mnie wątpliwości decyzyjne jest fakt, iż osoby te kandydują z list partyjnych, w dodatku partii, z którymi ja się nie utożsamiam. Co robić? Pytanie retoryczne, które rozstrzygnę do wyborów. Logika podpowiada mi, że powinienem na nich zagłosować. Znam ich, rozmawiam z nimi, wiem co myślą, a więc niejako mam większą nadzieję, że realnie przysłużą się miejscu, w którym mieszkam i żyję.

Inną kwestią są już dla mnie wybory prezydenta miasta, w zasadzie o tyle lepsze gdyż bezpośrednie, w przeciwieństwie do burmistrzów dzielnic. Dzięki temu mamy od kilku ładnych lat wędrówkę burmistrzów z jednej do drugiej dzielnicy, a więc piastują tę funkcje osoby, które nie są z danej dzielnicy. Według mnie to nie jest dobre rozwiązanie, a burmistrzów należy wybierać w wyborach bezpośrednich.

Mnie jako mieszkańca Wólki Węglowej w Warszawie, części Bielan drażni, delikatnie ujmując, to niesystem gospodarowania odpadami. Pamiętam jak w 2008 roku podejmowałem po wyborach pracę w naszym samorządzie lokalnym były przeprowadzane szerokie konsultacje w tym zakresie. Już wówczas można było powiedzieć, że problem był podnoszony, zgłaszano uwagi i… co z tego? Ano dopóki nie zmieniła się ustawa, pewna pani prezydent uparcie nie podejmowała tej kwestii ze skutkiem pozytywnym. Niby oczywiście rozbudowuje się infrastrukturę kanalizacyjną związaną z oczyszczalnią ścieków. Jednak kanalizowanie regionów Warszawy, które kanalizacji nie mają to już zagadnienia, których nawet superbohaterowie nie byliby w stanie doprowadzić do końca. Jedynym inwestorem w Warszawie w zakresie wodociągowym i kanalizacyjnym jest MPWiK. Nikt inny,  żaden inny podmiot, a co najwyżej można zostać podwykonawcą. Taką wiedzę mam po spotkaniach z przedstawicielami władz, MPWiK, miasta, mediów. Takie rozwiązanie systemowe nazwałbym patologicznym, gdyż zapewnia funkcjonowanie MPWiK bez względu na realne koszty inwestycji. Jeżeli tak jest, to tak być nie powinno.

Kanalizacja to jedno, a odpady bytowe, segregowalne, zielone? Kiedyś wiedziałem, iż śmieci bytowe odbierają ode mnie co drugą srodę, a segregowalne raz w miesiącu. Dziś obsługuje nas MPO i harmonogram odbiorów to jak efekt działania generatora liczb losowych. Trudno się w nim zorientować, a więc czasem się nie udaje, gdyż pojemniki mamy wystawiać przed posesję. Kiedyś Panowie brali je i odstawiali tam gdzie stoją u mnie na posesji i nigdy nie było z tym problemu. Ja to ja, mam syna, a co mają począć osoby starsze, mieszkające samotnie? Znów pytanie retoryczne. W każdym bądź razie niedaleko mnie jest sławna w kraju kompostowania śmieci. Wątpliwej jakości aromaterapia doprowadza ludzi do obłędu. Cuchnie, śmierdzi, trudno inaczej to określić. Znów, ja, moja rodzina to jeszcze, ale ludzie mieszkają zdecydowanie bliżej od nas. Oczywiście wiedzieli gdzie kupują dom, ale wówczas to coś, co jest górą śmieci, to coś co jest kompostownią miało być pozamykane. Jednak MPO wygrało przetarg, odbiera śmieci i coś z nimi musi zrobić. Moim zdaniem MPO nie było, nie jest i nie wiem czy kiedyś będzie w stanie sprostać wyzwaniu jakiego się podjęło. Przypomnę, że nie wygrała, żadna inna firma w Warszawie, posiadająca profesjonalną sortownię odpadów (np. BYŚ, też się mieści niedaleko nas). Kompostowanie zbiera śmieci, nie jest w stanie raczej przeprowadzić właściwego sortowania by kompost wytwarzać z odpadów do tego nadających się. Wiele lat temu słyszałem opowieść, o tym, iż kompost z tej kompostowni to się nie nadaje do niczego, gdyż zawiera m.in. szklane odłamki. Gdyby jeszcze ten kompost powstawał ze starannie wyselekcjonowanych odpadów zielonych, ale tak nie jest.

Dlaczego o tym piszę, bo nie mało kandydatów na radnych, na prezydenta Warszawy podejmuję to zagadnienie w swoich wystąpieniach i obietnicach przedwyborczych. Poczekam, uwierzą jak zobaczę. Tu pewny jestem tylko jednej kandydującej osoby, może dwóch, gdyż problem kompostowni dotyczy ich osobiście.

czyste_radiowo

 

Wilki Dwa

Posted on

wilkidwa

Gdy zobaczyłem tę książkę nie mogłem przejść obojętnie, wręcz od razu wzbudziła się chęć by ja mieć, ją czytać, czerpać z niej siły do pracy nad sobą. Robert „Litza” Friedrich oraz Adam Szostak OP stworzyli monologi w formie dialogu jako rekolekcje adwentowe w internecie w 2013 roku. Trafiły do mnie jakże silnie, jakże dogłębnie, bardzo mnie wsparły. Nie odkryłem ich tak do końca sam, lecz dzięki przyjacielowi Krzysztofowi dałem się porwać tym rekolekcjom, nie ja, lecz mój umysł.

Oczekiwałem z niecierpliwością kolejnego odcinka tych rekolekcji. Każdy z nich, każdy z poruszanych tematów w mniejszym lub większym stopniu dotyczył mnie, tego co się we mnie działo, co ze mną się działo. Proste słowa, proste opowieści, choć trudne tematy, zagadnienia, dobro i zło. Dla mnie nie w tych rekolekcjach błahości, miałkości, czego można się spodziewać, określając je „prostymi słowami”. Prostymi bo zrozumiałymi, w mig przeszywającymi moje wątpliwości, czy kruszącymi pychę, pychę zbudowaną we mnie dzięki temu złemu wilkowi.

Wierzę, czasem wątpię. Nie wstydzę się tego, że wierzę w Boga. Mam wolną wolę i mogę wybierać, tak wybrałem. Inni mogą wybrać inną drogę, to ich wybory. Długie lata byłem gościem w miejscu zwanym kościołem, a moje ścieżki w życiu nie były ścieżkami w wierze. Lepiej mi jednak na ścieżkach wiary, lecz co to znaczy lepiej? Po prostu ja czuję się lepiej, odczuwam większy spokój, rodzinne życie toczy się lepiej. Wyzwania, choć nieraz trudne, obciążające podejmuje, bo wiem, że nie jestem sam, przenigdy nie jestem sam. Nawet kiedy w życiu mym wydaje mnie się, że muszę sam się zmagać z problemami to w rzeczywistości nie jestem sam. Rozpoznawanie dobra i zła dzięki wartościom, które wyznaje może nie jest łatwiejsze, czy trudniejsze, ale odczuwam to inaczej, doświadczam osobiście tego zmagania się we mnie dwóch wilków. Wartości są tu dla mnie kluczowe, ale nie zamykam oczu, nie zakrywam uszu. Proszę i wierzę, że zdrowy rozsądek również jest niezwykle istotny w mym życiu, w życiu każdego z nas. Zadaję wiele pytań, wątpię, poszukuję odpowiedzi, bo tak trzeba. Jednak czuję, iż moja wiara, moje życie teraz jest inne, czuję większe oparcie w wartościach. Tak mam ja, takie jest moje doświadczenie, moje świadectwo.

Przyznam się, że niezwykle trudno mi szło pisanie powyższego akapitu i cały czas czuję jak jego słowa są jak piasek między zębami. Myślę, że jest tak dlatego, iż próbowałem pisać o odczuwaniu, przeżywaniu, uczuciach, a o tym trudno jest pisać, tylko czasem udaje się ubrać w słowa, coś co jest tym czymś, do czego zmierzamy.

Gdy zobaczyłem tę książkę, przypomniały mi się obrazy, odczucia, pozytywne z tamtego czasu oczekiwania na kolejny odcinek i przeżywanie tych rekolekcji w sobie. Nie mogłem sobie odmówić i nabyłem ją drogą kupna i czytam. Nie spieszę się. Jakbym ponownie mógł przeżyć te rekolekcje, a może dlatego tak mnie zainteresowała wersja książkowa, gdyż jest nieco poszerzona, uzupełnia to co było wcześniej. Polecam tym, którzy poszukują czegoś co ich poruszy w konkretnym kierunku, a tym innym polecam by po prostu przeczytać, może coś się wyniesie dla samego siebie. Ja czytam, uważam, że warto 🙂

Interstellar – czy warto?

Posted on

interstellar

Zanim poszedłem przeczytałem recenzję na jaką natrafiłem w internecie, napisaną przez Małgorzatę Steciak. Autorka wyraziła swoje zdanie, że Nolan nie osiągnął swojego właściwego kunsztu tym filmem, że nie dorasta ten film do jego poprzednich, jak choćby „Incepcji”. Spodobała mnie się ta recenzja. Nie było w niej pretensjonalności, może nieco na początku. Ciekawy tekst i dobrze mnie się go czytało. Zadałem sobie pytanie, czy ma rację? By jednak na to sobie samemu odpowiedzieć, sam musiałem film obejrzeć i tak też dzisiaj zrobiłem. Niejako oprócz niego dziś też obejrzałem „Fury”, ale właśnie „Interstellar” odcisnął mocniej swoje piętno na moich uczuciach.

Nie chodzę na film by go obejrzeć, lecz by go przeżyć, odczuć, poczuć. Czasami film nie daje mi tych szans, a czasami zaskakuje. Ja mimo wszystko dostrzegłem Nolana w tym filmie, to coś co wskazuje na niego. Faktycznie pierwsza połowa, tu w pełni zgodzę się z autorką, jest lepsza, lecz co to oznacza? Dla mnie tyle, że inaczej ją przeżywałem, niż kolejną połowę. Była bliższa mnie, nam, działa się tu na ziemi, właśnie po raz pierwszy, dla mnie tak udanie, oddająca umierający nasz świat, ginący, lecz nie zniszczony dokumentnie jeszcze. Ludzie pomimo tego co dzieje się wokół nich, nadal żyją. Większość to farmerzy, nawet byli inżynierowie, kosmonauci, piloci. Deszcz jest czymś mitycznym, prawie nikt się nie doskonali w niczym poza zwykłym przeżyciem, zwykłym, przeciętnym graniem w bejsbol. Nawet loty na Księżyć przedstawiono jako propagandowy miraż minionego wieku. Ludzi ograniczyli się do przeżycia w świecie, który umierał. Ziemia jak natura, w której przyszło ludzkości żyć bezpowrotnie umierała. Nie było szans. W takich warunkach podróże kosmiczne wydawały się całkowitą stratą czasu i funduszy. Dziś jakże dla nas naturalne, przy najmniej dla mojego pokolenia, dążenie ku gwiazdom, odkryciom, eksplorowanie w świecie Nolana zostaje zredukowane do codzienności bez marzeń o odkryciach. Dlatego, że to coś z czym mogę się ja niejako szybciej mentalnie skojarzyć bardziej trafia do mnie, do umysłu, do uczuć.

Czy jednak druga część filmu jest beznadziejna? Czy sięganie po wzorce z innych filmów jest w tym przypadku złe? Czy sztampowe wzorce scenariuszowe są tu także złe? Czy bohaterowie grają według kiepskiego scenariusza? Dialogi to „suchary” pełne banałów? Prawda, którą zawsze trudno dostrzec zapewne jest gdzieś w czasoprzestrzeni, poza horyzontem zdarzeń, poza zdolnościami nas by móc ją dostrzec, wyraźnie i w całości. Naukowcy, czołowe umysły swoich czasów i nauk, wyjaśniający sobie oczywistości nie są czymś niezwykłym. Nasze umysły żyją stereotypami, a nawet nasz wzrok nie widzi wszystkiego wokół nas, a mózg musi dobudować resztę wizji. Sam jestem naukowcem, a dziś każdy naukowiec siedzi w wąskim kanionie swojego obszaru. Czasem oczywistości przesłaniają inne kwestie, a czasem trzeba porozmawiać o tych oczywistościach. Takie rozmowy nie są dla mnie czymś dziwnym. Dzięki temu widz, który nie ma nawet zbliżonej wiedzy do możliwości pojęcia kwestii naukowych może poznać zagadnienie, by nie rozpraszał się na szczególe, lecz mógł obejrzeć film.

Czy „międzygalaktyczna siła miłości” może istnieć? Powoli zmierzam ku temu czym ten film dla jest. Na pierwszy rzut oka można nawet zgodzić się, że to … ale czy na pewno? W tym filmie nie Boga, Bogów, jest człowiek, a bohaterowie nie odbywają podróży do innych światów bo coś naukowcy odkryli, lecz dlatego, że Oni, byty wielowymiarowe, na to pozwoliły, umożliwiły. Może to właśnie one zastąpiły Boga? To jednak z punktu widzenia tego do czego zmierzam nie jest kluczowe w tym filmie. Można przystać na to, iż w filmie są uproszczenia, a czasem rozwiązania sytuacji i problemów dzieją się jakby tak od pstryknięcia palcami, ale czy właśnie to nie jest najlepszym wyborem? To każdy widz niech oceni sam w sobie. Któż z nas nie podejmuje decyzji podłóg własnych uczuć, nie ulega im, nie kocha, nienawidzi? Zdolność podejmowania decyzji obiektywnie, bez własnych uczuć nie istnieje, jest nieprawdziwe. Każda decyzja to suma uczuć, podświadomości, która odgrywa w naszych życiu znacznie większą rolę, niż nam się powszechnie wydaje. Obiektywizm to ideał, do którego co prawda możemy dążyć, ale tylko próbować. Nawet robot, czy komputer nie są w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Programy tworzą ludzie, używając matematyki, a więc założeń, uproszczeń. Współczesne nam sztuczne inteligencje zaczynały swoją naukę pod kierunkiem człowieka, a gdyby istniała czysta sztuczna inteligencja, nie byłaby najprawdopodobniej w stanie podjąć decyzji obiektywnie. Czy tego chcemy czy nie, jako ludzie przede wszystkim podejmujemy decyzje na podstawie intuicji i podświadomości, a wiedza i mądrość mają swój udział, ale tylko udział. Może najbardziej ckliwe to to jak główny bohater powraca po ponad 100 latach dzięki Nim. Film tu pozostawia niedopowiedzenie, pokazuje zdolność dążenia człowieka do dalszego odkrywania, szukania tych osób, które są jemu bliskie.

Dla mnie to film o rodzinie, miłości w rodzinie, miłości do dzieci, miłości do rodzica, więzach między ludźmi, empatii, podejmowaniu odpowiedzialności za swoich bliskich jak i całą ludzkość, ale przede wszystkim w warstwie emocjonalnej. Niby bohaterowie ratują ludzkość, starają się, ale tak naprawdę podróżują wraz z własnymi miłościami, uczuciami lub ku nim, mniej lub bardziej świadomie. Cała otoczka świata Nolana, apokaliptycznego w pierwszej części i sf w drugiej to tylko nośnik dla rdzenia, dla więzów międzyludzkich. Tym ten film okazał się dla mnie. Pewnie będę wracał do niego wielokrotnie. To co okazało się dla mnie osobiście ważne to muzyka, która dla mnie jest jakże ważna, a w połączeniu z obrazem czyni cuda, lub może zniszczyć wszystko. Tu ewidentnie była na właściwym miejscu. Można w tym filmie z łatwością odkryć fragmenty „Odysei” Kubrick’a ale to wersja Nolana, bez zniekształceń, jakże dobrze dobrana w tym filmie.

Oczywiście McConaughey swoją rolą nadaje wartość temu filmowi, a niemal epizodyczna rola Matt’a Damon’a jest najgorsza, ale dla mnie też nie do końca. Jednak ten film jest dla mnie filmem dobrym, gdyż zaoferował odbiorcy coś co dziś spychane jest w niebyt, rodzinę, miłość, rodzicielstwo, nadzieję, zakończenie, które nie jest może super wygraną, ale nie jest przegraną, że warto, że trzeba… Może tylko ja tak go odebrałem, może dlatego, że jestem naukowcem, że jestem ojcem, mężem, może dlatego, że… to już tylko dla tych co mnie znają 😉 Może dlatego, że podświadomie potrzebowałem właśnie takiego filmu i nie dostrzegam ewidentnego kiczu? Może i wszystko gładko płynie, akcje czasem szybciej, czasem wolniej, a rozwiązania się znajdują. Efekt happy end’u? By on zaistniał fabuła musi do niego doprowadzić, a tym samym wpływa na film.

Życzę miłego seansu.