Miesiąc: Październik 2014

Kiedy odchodzą najbliżsi

Posted on Updated on

Kiedy odchodzą najbliżsi, nagle czy niby pozornie jest czas by się pożegnać to jednak myślę, że nie można być przygotowanym na to, na odejście kogoś bliskiego. Dziś moja mama Lidia Morek z domu Pawłowska, siostra mistrza szabli Jerzego Pawłowskiego, również uprawiająca szermierkę, skończyłaby 76 lat. Odeszła nagle 1 października 2014 roku, 2 dni temu, nagle, nie bez walki ale jej już nie ma tu na Ziemi, nie ma jej duszy. Czy byłem przygotowany? Nie byłem. W sytuacjach kryzysowych jestem niejako z automatu zmobilizowany i działam. Pogotowie, czekanie na karetkę. To były moje ostatnie chwile z moją Mamą. Potrzymałem ją za rękę, trzymając jednocześnie kroplówkę. Pomogłem przenieść na nosze do karetki. Potem, potem zebrałem potrzebne rzeczy dla Mamy do szpitala, część jej dokumentacji medycznej, dokumenty i pojechałem.

W czerwonej strefie SORu Szpitala Bielańskiego widziałem ją jeszcze siedzącą z maską tlenową. Odebrałem jej rzeczy, chciałem do niej podejść. Gdyby nie nowy pacjent pozwolili by mnie. Potem widziałem ją po raz ostatni, śpiącą, zaintubowaną, pod respiratorem. Serduszko jej biło jak należy. Powiedziano mi, że mam zadzwonić za 2 godziny. Pojechałem do domu. Nie było lęku, nie było informacji, że jest bardzo źle. Kiedy zadzwoniłem o 1 w nocy, jak miałem, dowiedziałem się, że Mama jest na R kardiologicznej na oddziale i spokojnie mam się zgłosić po 11, po obchodzie. 10 minut później telefon z prośbą o kontakt z oddziałem. Moja mama nie żyła, zmarła, jak się później okazałao po godzinnej reanimacji, uprzednich próbach stymulowania jej serduszka elektrycznie. Nie udało się. Co czułem? Nie wiem, działałem jakby z rozpędu, realizowałem konieczne zadania. Podziękowałem pani doktor z oddziału, za jej sposób rozmowy. Rozumiem co przeżywają kiedy mówią, że ktoś zmarł. To nie jest łatwe. Powoli z czasem przychodzi odczuwanie, przeżywanie, nie da się tego uniknąć.

Żałuję, że nie było mnie przy mamie do końca, ale i tak nie mógłbym być przy niej ze względu na czynności lekarzy. Udało mnie się przespać i rozpocząć działania formalne. Jestem bardzo wdzięczny lekarzom, w tym ordynatorowi oddziału za godne podejście. Nie czułem się jak intruz, wręcz przeciwnie. Pielęgniarki, lekarze byli bardzo pomocni. Bardzo im za to dziękuję. Rozmawiałem z ordynatorem, podjąłem działania administracyjne. Spokojnie bez nadzwyczajnych emocji. Dzwoniłem do Rodziny, do jej przyjaciół i znajomych. To nie łatwe działanie. Na początku odpowiadałem na pytania jak, kiedy, dlaczego, czy, a może… potem w miarę upływu czasu odmawiałem, choć rozumiałem fakt potrzeby wiedzy, lecz coraz trudniej było i jest mi o tym mówić. To po trosze jakby nierealny film, sen, który silnie odczuwany wydaje się jawą, a nie sennym przeżyciem. Niestety to prawda, realna, namacalna. Namacalna bo połowa domu straciła swojego mieszkańca, swoją Panią, moją Mamę. Zrobiło się tam pusto. Niedojedzona zupa, nie dokończone kanapki i herbata. Rozstawiona deska do prasowania. Jakby moja Mama na chwilę wyszła, zaraz wróci. Dopiero po pewnym upływie czasu odkrywam, że już nie będzie całej masy drobnych rzeczy związanych z moją Mamą. Tego drapania po plecach, tylko Ona tak umiała. Tej szarlotki jej roboty, niepowtarzalnego smaku, wspólnego oglądania śmiesznych filmów i zdjęć ze zwierzętami, pracy jej rąk jako krawcowej, obsztorcowania, uśmiechu, bycia. Jej życie tu na Ziemi przeminęło, teraz to już sprawa Chrystusa. Teraz tylko dopilnowuję jej godnego pożegnania tu na Ziemi. Była dla mnie jednym z fundamentów życia, a więc reperkusje jej braku w mym ziemskich żywocie będą jeszcze odczuwalne. Słowo, które przychodzi na myśl to „pustka”. Tym bardziej bolesna, że powstała nagle, z zaskoczenia.

Żałuję, że nie wywierałem na mojej Mamie presji, że wręcz nie namawiałem skutecznie by w końcu udać się do kardiologa, by rozpoznać jej problemy. To poczucie winy syna, który przyjmuje, że za mało poświęcał swojej Mamie czasu, za mało rozmów, za mało szczerych rozmów. Teraz już za późno, absolutnie i nie odwracalnie. Żyliśmy obok siebie w domu, każde w swojej części. Mój syn, jej wnuczek, bardzo przeżywa jej odejście. Była jakby zawsze od kiedy pamiętał, zawsze mógł na nią liczyć. Wczoraj odwracając myśli serfowałem po internecie i w oko wpadł smieszny filmik z psem w wodzie. Moja mama kochała psiaki. Pomyślałem, trzeba zawołać Mamę, ucieszy się. Po chwili ten błysk świadomości, ale jej nie ma, nie powiesz jej już nic, nie obejrzysz z nią i nie pośmiejesz się wspólnie. Odrętwienie, smutek, pustka. Pamiętam swoje słowa sprzed kilku dni „Jeszcze zajrzę”. Chciałem nawet porozmawiać, ale nie zajrzałem, coś mnie pochłonęło i nie zajrzałem. Teraz już nie mam tej możliwości. Mogę zejść do pustych pokoi, gdzie jeszcze unosi się jej ślad, ślad pracy jej dłoni, jej myśli, jej pomysłów, jej trosk i radości.

Jak niewielu wie, że wiele lat temu, kiedy była młoda, młodsza niż ja jej syn teraz, była sportowcem, nie byle jakim, choć żyjącym w cieniu swojego brata Jerzego Pawłowskiego. Ten zegarek na jej ręku. Pamiętam go…

moreklidia_01

Reklamy