Miesiąc: Październik 2012

Góry… X Zlot Forumowiczów npm

Posted on

Zlot forumowiczów npm to dla mnie okazja przede wszystkim do spotkania TYCH ludzi. Z jednymi rozmawiam więcej, z innymi ledow zdążymy uścisnąć sobie dłonie. Jedni dla mnie są guru w górach, inni podobnie jak ja człapią sobie w swoim tempie. Pełen przekrój osobowości. Chyba jednak jedno nas łączy. Nie zawsze umiemy to opisać, czy zrobić zdjęcie, nie napomykając o uczuciach, ale wszyscy w górach odnajdujemy to coś, każdy z nas ma swoje własne coś co wzbudza te motylki gdzieś tam w naszych trzewiach. Połączenie góry i TYCH ludzi po prostu jest bezcenne…

Dzień wyjazdu jak zwykle w pośpiechu. Wyjeżdżając wiem, że czegoś zapomniałem, choć nie wiem czego konkretnie. Statystyka, ona zawsze ma rację. W drodze, na miejscu okazuje się oczywiście czego nie wziąłem. Tym razem 3, może 4 rzeczy, ale pamiętam tylko, że pewnego leku na moje stawy. Pierwsze wyzwanie to odebrać żonę z centrum Warszawy. Na szczęście godziny jeszcze przedkorkowe, ale za to wyjazd z Warszawy daje nam pierwsze straty w harmonogramie. Poza tym samochodzik nasz kochany to nie rakieta, nie lubi nadprędkości. Toczymy się do przodu, aż do Częstochowy gdzie korek nas zatrzymuje na ponad pół godziny, a może nawet godzinę. W ciemnościach około 22 dojeżdżamy do Ujsoł. Samochodzik ma wolne i zostaje na plebani miejscowej parafii. Z resztą jak dla mnie to nie jedyne spotkanie z wiarą podczas tego zlotu. O 23:00 wchodzimy na żółty szlak z Glinki na Krawców.

Dostajemy pierwszy prezent osładzający strome podejście. Niebo pełne gwiazd, ale jakich, jak soczystych, klarownych, jasnych. Taki gwiezdny wianek nad głowami. Trudno oprzeć się pokusie poleżenia pod takim nieboskłonem. Krótka przerwa musi wystarczyć, choć Jowisz, Plejady, Orion, Perseusz i inne świecą cały czas nad nami dodając otuchy. W pewnym momencie światło czołówki pada na stalową tablicę. Przyglądam się baczniej, a to II stacja Drogi Krzyżowej. Ostatnia była już za schroniskiem, a więc szlak trudów, piękna, ale już o nieco swoistym innym odczuwaniu. Drałujemy w górę, a prześwity między drzewami na nocne niebo są cały czas tym bonusem. W ogóle lokalizacja ta daje bardzo ciekawe możliwości obserwacji astronomicznych. Żona w pewnym momencie przy kolejnej VI czy VII stacji Drogi Krzyżowej zadaje pytanie, czy przypadkiem nie kończy się przy schronisku. Politycznie nie odpowiadam. Sam nie wiem, a przecież została jeszcze mniej więcej połowa. Glina i błoto nadaje sens nazwie miejscowości – Glinka. Buty oblepione, spodnie utytłane, ale walimy cały czas do góry. Jaka odczuwam radochę. Dzięki telefonowi kontaktujemy się z Agnieszką Żero. Wiedzą, że „idziemy”. Około 2 w nocy wchodzimy do schroniska. Niemal 4 godziny od samochodu. Szukam kondycji, a żona udaje się spać tak szybko jak to tylko możliwe. Zbliżając się do schroniska błyski fleszy i odgłosy biesiady były
znakami, że to już, tuż za tymi świerkami, no prawie, ale wiadomo jak to dodaje sił.

Nie byłem w stanie zliczyć naszych, bo część już spała, ale według naocznych świadków było nas 30. Atmosfera wydawała się wspaniała, a jaka lektura, te opowieści, te znajome twarze, te historie. Szkoda, że tak późno dotarliśmy ale i
tak się cieszę, nadal, że nam się udało, że samo przejście do schroniska też było wartościowe samo w sobie. Spać…

Oczekiwanie na wrzątek o poranku było czasem rozmów, śniadania, które spożyliśmy na zewnątrz. Gospodarz jest nieco intrygujący, a jego nazwisko mówi wiele, ale generalnie jest OK! To czego żałuję, że nie zrobiłem uroczego zdjęcia naszych buciorów na półkach w przedsionku. Widok jakże uroczy i wielce wymowny. Stare, nie najmłodsze dechy półek, drewno wokół, utytłane buty. Taka swoista magia butów wędrowców. Poranne zdjęcie grupowe dopełniło porannych przygotowań i w drogę…

Pogoda przeczyła temu iż zlot jest jesienny. Krókie spodenki, t-shirt, a na niebie ani chmureczki, błękit nieba, Słońce. Dzień szykował się przedni i taki też się okazał. Wyruszyliśmy planowo do Lipowskiej, lecz większość noclegów była
zaklepana w Rysiance. Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego schroniska przed nami była droga do przejścia. Choć nasza grupa traciła zamek nie jeden raz to wędrowało się bardzo przyjemnie w doborowym towarzystwie. Przerwy w wędrówce na podziwianie widoków, czy przerwę były czasem rozmów. Bez biegu, w swoim żółwim tempie, niemalże stopa w stopę, powoli w górę. Czułem się jakby wyjęty z codzienności. Ta pogoda, czas, miejsce, a przede wszystkim ludzie. Dzięki temu człowiek może żyć dalej. Schronisko na Rysiance bardzo miło mnie zaskoczyło. Fajna, profesjonalna obsługa, bardzo dobre jedzenie, gleba z materacem. Cóż dodać, cóż ująć, było fajnie. Szybko podjęliśmy decyzję by nocować na Rysiance. W konsekwencji i przy takich a nie innych uwarunkowaniach Zlot przeniósł się do Rysianki. Zanim poszliśmy spać biesiadowaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, lektura, śpiewy, gitara, rozmowy. Oczywiście nie zabrakło kroniki dzięki Zielonej.

Noc na glebie w jadalni pełna wydarzeń 🙂 Pominę te niemiłe, a słowa „O Jezu”, gdy kucharka zapalała światło o 6 nad ranem i jej szybka riposta „Nie Jezus, ale do kuchni muszę się dostać” zapadną mi w pamięci na długo. Planowo mieliśmy
wystartować jak najszybciej, lecz wschód Słońca nas powstrzymał. Było cudnie, a potem było szybko. Powrót do domu, kolejne kilometry w drodze. Już mi tego górołażenia brakuje, no i przede wszystkim Was…

Reklamy

ReA nie daje o sobie zapomnieć

Posted on Updated on

Górołażenie na Pikuja i połoniny na Ukrainie. Plecak, namiot, wyposażenie, jedzenie, woda, garkuchnia. Jakże byłem mile zaskoczony brakiem reakcji ze strony moich stawów, szczególnie tych skokowych. To był cudowny czas. Koniec lata, początek jesieni, choć w tym roku to okres ciepły, nierzadko bardzo przyjemny to jednak pierwsze chłody, wilgoć deszczu dały powód moim stawom. Bolały jak nie pamiętam jak kiedyś, a jednocześnie nie miałem specjalnych ograniczeń motorycznych. Ostatnio kilka razy grałem już w piłkę nożną na sali, jako bramkarz oczywiście. Ta pozycja jest moim futbolowym przeznaczeniem. Uwielbiam stać na bramce. Nie łudziłem, że będzie to bezbolesne, ale nie mam już 17 lat 😀 Połączenie efektów gry w piłkę z aurą spowodowało bardzo wyraźny ból stawów skokowych. Przy czym klasyfikowałem to jako ból, choć mogłem motorycznie funkcjonować bez problemów, a nawet intensywniejsze ćwiczenia rehabilitacyjne już zdecydowanie umniejszały niemiłe odczuwanie stawów. Badania wskazały również na brak stanu zapalnego, lecz pamiętajmy, że cały czas zażywam leki, choć w dawkach, sukcesywnie zmniejszanych.

Pytanie: Czy mogę uprawiać taką aktywność jak grę w piłkę nożną? Przyznam się, że cały czas mam wątpliwości, które zamierzam potwierdzić lub w wersji bardziej pożądanej odrzucić na korzyść kopania w gałę.

Wniosek nasunął się sam z siebie „Chcesz coś robić, to rób tak byś właściwie się rehabilitował i dopasował się do potrzeb kuracji ReA. Nie ma co ukrywać, mamić siebie i innych, przy ReA nie możliwości innej niż dopasowanie siebie do uwarunkowań diety, trybu życia. Tylko wówczas, w moim skromnym osobistym przekonaniu, można liczyć na długie lata w radości.

Identyczność

Posted on

Słowo o znaczeniu tak jednoznacznym kryje w rzeczywistości intrygujący fakt. Ile razy używamy tego słowa, tak naprawdę nadużywając go w życiu codziennym. Identyczne poglądy, identyczne rzeczy, identyczni bliźniacy, identyczne… ale jeżeli spojrzymy przez moment choć z zadumą na to słowo szybko powinniśmy dojść do przekonania, że „identyczność” to idea, a czasem cel, w dodatku cel kompletnie nieosiągalny. Po prostu nic na świecie nie jest identyczna, a nawet jeżeli taki się wydaje, to ewentualnie takim jest w danej chwili, miejscu. Nawet poglądy ewoluują bez względu na zamierzenia ich autorów, czy posiadaczy. Pozorna identyczność może trafnie opisywać nawet kwestie, postawy i zachowania grupowe w nurcie istoty tychże zjawisk, lecz przy bliższym przyjrzeniu każdy z członków grupy wykazuje nieco odmienne postawy i zachowania, lecz przyjmując poprawkę (tolerancje) można swobodnie klasyfikować je jako identyczne, choć w rzeczywistości takimi nie są.

Takie same modele samochodu postawione obok siebie nie były, nie są i nie będą identyczne. Pomijam tu kwestie wyposażenia i opcji dodatkowych. Sama technologia wytwarzania cechuje się dokładnością wykonania, błędami obróbkowymi, pasowaniami, które możemy opisać, skodyfikować, ująć w teorię błędów i stosować aż kilkanaście klas dokładności. Każdy wymiar ma swoją tolerancję, a więc składając to wszystko nie niczego co ma identyczną długość.
Nie ma identycznych bliźniaków i każdy różni się jakoś od tego drugiego. Ewolucja, różnorodność DNA przy tej samej strukturze jego budowy, a także nawet Boskie prawa w przypadku identyczności nie mają znaczenia. Przyjmując, że Bóg stworzył świat, można zaryzykować tezę, że tak naprawdę stworzył perfekcyjnie niedoskonały mechanizm tego świata. W końcu Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo. Nawet kiedy przyjmiemy, że Boga nie ma to i tak właśnie różnorodność ludzi pozwala na ich rozwój i w ogóle na egzystencje. Rzeczywistość wszelkimi możliwościami udowadnia nam, że nie ma niczego identycznego, a używanie tego słowa wymaga przyjęcia sztucznych granic stosowalności w opozycji do jego przyjętego znaczenia.

Ciekawostka: tolerancja długości jednego z największych pasażerskich samolotów świata i nie chodzi mi o AirBus’a wynosi 1 metr, słownie jeden metr.

Dni tych małych rzeczy

Posted on

Uśmiech, ból, niepewność, radość… Jakże czasem monotonne i szare jest życie, lecz gdy się temu przyjrzymy to ze zdziwieniem pojmujemy oczywistość, o której niby nie wiemy. To co dla nas jest szare, dla innych może być czymś nader wyjątkowo radosnym.

W ostatnim czasie miałem kilka właśnie takich przygód. Oczywiście nie ja miałem taką radochę, ale byłem bardzo zadowolony, że ktoś innym dzięki mojemu zachowaniu miał przez chwilę uśmiech na twarzy i takie małe słoneczko pod chmurką codzienności.

Chyba najbardziej radosny uśmiech miała staruszka, z którą jakoś się zagadało na przystanku tramwajowym. Zaledwie kilkanaście sekund, ale ten uśmiech, że ktoś pogadał i rozpędził tę ciszę samotności w tłumie ludzi obok. To było bardzo miłe.