Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.2


Wyjechaliśmy, znaczy Ja, żona, Przyjaciel z żoną, czyli taki dwurodzinny wyjazd przyjaciół. Podróż zaczęła się pod wieczór w niedzielę a celem były Brzegi Dolne gdzie mieliśmy pozostawić samochód w umówionym miejscu. Dotarliśmy na miejsce późno w nocy, zgodnie z przewidywaniami i nie chcąc przeszkadzać naszemu dorodziejowi przespaliśmy się w samochodzie, prawie wszyscy. Przyjaciel wybrał karimatę, śpiwór i kurtkę między samochodem a ogrodzeniam kościoła.

Po przebudzeniu, rozprostowaniu kości wszelakich ruszylismy do Ustrzyk Dolnych w celu wymiany środków płatniczych na chrywny i zorganizowania transportu przez granicę. Wyjazd był troszeczkę niedogotowany i ani nie miałem zielonej karty ani mety po stronie ukraińskiej do pozostawienia swego pojazdu. Udało się. Dzięki uprzejmości poznanych ludzi dogoniliśmy marszrutkę do Starego Sambora. Kto nie jechał marszrutką i lokalnymy ukraińskimi drogami to wybaczcie ale to trzeba przeżyć. Słowa, zdjęcia, a nawet filmy tu nie wystarczą.

Stary Sambor był tylko miejscem przesiadkowym na naszej trasie. Kolej na Ukrainie w przeciwieństwie do naszego PKP i tworów pokrewnych jeździ gdzie tylko może i pociągiem dotarliśmy do wsi Sianki, skąd z buta ruszyliśmy do Libuchory. Deszcz, deszcz, deszcz,…, deszcz przez 48 godzin non stop, z przerwą na mrzawkę. Moje buty zdzierżyły, pozostałych już nie. Dzięki skutecznej osłonie plecaków byliśmy prawie nie mokrzy, pomijając nieco kurtki, spodnie, buty, czapki, siebie samych.

Jedną noc, przed Libuchorą spędziliśmy u życzliwego gospodarza w jednej z jego izb. Skojarzenie: sucho i ciepło. Pierwsze spotkanie ze sławojką, nie w życiu, ale jednak. Konstrukcyjnie wiadomo rytu jeszcze rzymskiego. Legiony rzymskie też takie miały. Co jeszcze przez pierwsze 2 dni zwróciło moją uwagę – krowy, wszędzie. Nawet ukuliśmy powiedzenie, że wędrujemy krowim szlakiem. Kolejnego dnia w deszczu, przez krzaki, bo droga jakoś nie ta i nie do końca jak z mapy wynikało dotarliśmy do Libuchory. Wieś długa na „wiele” kilometrów. Mając do przejścia jeszcze 7 km pod koniec dnia do tutejszego schroniska skorzystaliśmy z podwózki takim starym, typowym lokalnym medycznym środkiem transportu, nie, zdecydowanie nie radzę próbować nawet próbować wyobrażać sobie w miejsce tego czegoś naszej karetki. Tak ten pojazd, półciężarówka się nazywała. Oprócz noszy i naszej czwórki była jeszcze co najmniej szóstka podróżnych plus nowa pralka, której pilnowaliśmy.

Schronisko, hmmm…, pamiętacie jeszcze harcerskie schronisko w Suchych Rzekach w Bieszczadach? Coś w tym stylu, lecz znacznie mniejsze. Po rozmowie z kierownikiem schroniska (dochodzącym) i jego ofercie podwózki po 48 godzinach w deszczu postanowiliśmy zmodyfikować nasze plany i przez Stryj pojechaliśmy do Lwowa.

Tu mieszkaliśmy u przyjaciela. Lwów, każdy kamień to historia. Jakże inne to miasto, jakże przepełnione historią. Jakże ciekawe. Pomimo swojego uroku jeszcze długa droga zanim osiągnie choćby lekki blask świetności. Cmentarz Łyczakowski, Cmenatarz Orląt, rynek, Wysoki Zamek z kopcem upamiętniającym Unię Lubelską, kościoły, stare kamienice. Tam historia jest żywa, obecna niemal wszędzie. Zamierzam jeszcze nie jeden raz powrócić do tego pięknego miasta.

Po dwóch dniach we Lwowie w obliczu poprawy pogody wyruszamy ponownie w góry. Tym razem planujemy Pikuja zdobyć od wsi Biłasowice. Pierwszy nocleg pod namiotem, pierwsze gotowanie w garowni na ognisku. Kolejnego dnia, jeszcze w chmurze wchodzimy na Pikuja, a potem połoniną, a pogoda poprawiała się z każdą minutą. Oj Słońce dopiekło nam. Kolejne 3 noce pod namiotami. Do tego potwierdzenie źródła wody, od pół godziny do godziny. Potem doniesienie jej na miejsce. Rozpalenie ogniska, gotowanie i posiłek profilkiem z jednego kociołka. Eksperymentalne dania z ryżem, kaszą gryczaną, jaglaną, suszem warzywnym, soczewicą i innymi składnikami stanowiły danie główne.

Wędrowanie połoniną to delektowanie się widokami. Cisza nocy w górach jest kojącą moje codzienne problemy miksturą. Zachód Słońca, czy jego wschód, warte czekania w ciszy. Piękno tego świata jest dla mnie w górach lub na pokładzie żaglowca. Jednak powracam w góry, nie dla ich wysokości, nie dla szczytów tylko dla ich przeżywania w wędrówce, w trudach, w skwarze i zimnie.

W związku z tym, że nasi przyjaciele kontynuowali swoje wędrownia w Gorcach na część zdjęć i ja czekam z pewną niecierpliwością. W końcu na jakichś będę. Mój aparat wyczerpał kartę, a że mi jeszcze upadł na ekran LCD (SONY NEX) bez dodatkowego wizjera niczym nie mogłem zarządzać, o przeglądaniu zdjęć nie mówiąc. Część zdjęć była robiona na czuja z kompletną niewiedzą jak wyjdzie.

Powrót nastąpił pociągiem z Sianek do Starego Sambora i marszrutką pod przejście w Krościenku. Tu parę godzin zajęło nam łapanie stopa i dzięki, jedynie, uprzejmości pewnego małżeństwa z Polski udało nam się powrócić do kraju.

Tylko cienka granica między dwoma państwami, a tak różne światy. Cieszę, że pomimo wielu problemów żyję w Polsce.

Będą kolejne części, kolejne zdjęcia i coś jeszcze…

Reklamy

2 myśli na temat “Ukraina, Lwów, Pikuj, połoniny cz.2

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: