Miesiąc: Kwiecień 2012

Katedra Praska – nocne fotołowy

Posted on

Nic tamtego dnia nie zapowiadało, że te zdjęcia zrobię, lecz potrzeby wizyty na ostrym dyżurze w szpitalu obok i czekanie doprowadziły do tej możliwości. Na szczęście zdrowotnie wszystko kończy się dobrze 🙂

Reklamy

SF – kosmiczne kopalnie

Posted on

Science Fiction – to jeden z moich ulubionych gatunków literackich i filmowych. Choć dziś już nie tak często sięgam na półki mojej biblioteczki, czy w księgarni po taką lekturę to nie mogę ani powiedzieć, ani napisać, że jest to już dla mnie obojętne.

Ogromną ciekawość wzbudziła we mnie informacja o przyszłych kopalniach w kosmosie. James Cameron, Larry Page, Eric Schmidt, wielcy świata technologii, informatyki, rozrywki połączyli siły by doprowadzić do uruchomienia działalności kosmicznych kopalni.  Czy to nie brzmi niewiarygodnie? Interesujący się wiedzą, że z takim scenariuszem można spotkać się od wielu lat w opowiadaniach, powieściach, filmach i grach komputerowych rodem z SF. Dziś jednak te nieosiągalne kiedyś wyobrażenia stają się coraz bardziej realne. Nie od razu takie przedsięwzięcie uda się uruchomić na dużą skalę. Jednak początki przeważnie są skromne.

Mnie jednak, bardziej niż technologiczne aspekty, a jestem technologiem :), zainteresował innym aspekt takiego przedsięwzięcia. W zasadzie scenariusze z literatury, czy też filmowe albo i gier komputerowych nawiązywały do korporacyjności eksploracji kosmosu. Coraz mniej jest wyidealizowanych wizji, w których główną rolę, wręcz zasadniczą odgrywa przygoda, nauka, narodowe, czy międzynarodowe agencje. Dziś mamy przede wszystkim biznes, wszędzie i w każdym aspekcie.

Z jednej strony podziwiam wizjonerów i wytyczane przez nich cele. Bez wątpienia są potrzebne i twórcze. Z drugiej zaś strony można zaryzykować tezę, że czas państwowości ustępuje korporacyjności. Chyba wolę państwowość z całym bagażem zalet i wad niż korporacyjność, która w sumie jest jakby naturalnym rozwoju świata biznesu. Można dyskutować nad ich możliwościami i efektami działania, czy wpływami społecznymi, lecz korporacje już są i raczej nie znikną.

Jednak za każdym razem kiedy spoglądam na rozgwieżdżone niebo to marzę o gwiezdnych podróżach… 🙂

O absolwentach studiów i nie tylko

Posted on

Nie mogłem przejść spokojnie obok gazety z opinią Prezesa PZU, ani obojętnie słuchać radiowych męczarni jakiegoś rektora. Moim zdaniem, bardzo skromnym, lecz podpartym doświadczeniem tak ostre słowa wobec absolwentów polskich uczelni, już tylko z nazwy „wyższych” są jak najbardziej słuszne. Jednak dzisiejszy realny rynek pracy, korporacje, przemysł, MŚP to mieszanka osób, które otrzymały solidne wykształcenie na studiach oraz już tych, którzy przeżyli współczesny system wyższego wykształcenia. Głos Prezesa PZU traktują jako głos człowieka, który otrzymał nie tylko solidna wiedzą, ale zapewne i przetrwał porządne, wymagające, niełatwe zajęcia praktyczne. Dzięki czemu stanowił realną wartość na rynku pracy, był kimś już po studiach. Dziś mój znajomy z firmy produkcyjnej już nie sili się na to by kierunek studiów świeżego absolwenta traktować jako jakikolwiek wyznacznik umiejętności i wiedzy. Zatrudnia tekiego, który wykazuje chęci i zaangażowanie w dalszym doskonaleniu się. Wówczas potrzebuje do 3 lat by taki absolwent stawał się wartościowy z punktu widzenia jego firmy.

Słuchając w radiu wypowiedzi przedstawiciela uczelni wyższej po prostu targały mną emocje, bardzo silne emocje. Nawet jeżeli przyjmiemy, że są lepsze i grosze wydziały, czy całe uczelnie to trend zniżkowy w jakości nauczania jest wszędzie, no może prawie wszędzie opadający. Niestety to prawie wszędzie nie jest wstanie powstrzymać ogólnej i całościowej degradacji polskich uczelni „wyższych”. Okrajanie godzin laboratoryjnych, ćwiczeniowych, czy projektowych ze względu na oszczędności jak nie trudno przewidzieć wpływa na kształtowanie i doskonalenie umiejętności w stopniu katastrofalnym. Nie trzeba obcinać godzin – wystarczy zmienić wymagane minimalne liczby studentów i zwiększyc tak, że trudno takie zajęcia traktować jako sensowne.

Do tego dochodzą typowo polskie (polactwo) zachowania, czyli wyrywanie sobie nawzajem przez poszczególne zespoły całych przedmiotów. Celem nie jest jakość i efekt procesu nauczania, a studenci wydają się niemalże złem koniecznym. Liczą się przede wszystkim partykularne interesy poszczególnych grup, czy stajni profesorskich. Dziś, teoretycznie, dużo łatwiej zwolnić „złego” pracownika naukowo-dydaktycznego, lecz tylko teoretycznie. Samodzielny pracownik naukowy (od dr hab. w zwyż) odgrywa znaczącą rolę w tzw. minimum kadrowym dla kierunku nauczania. Trudno uznać by był szeroki wybór specjalistów na wysokim poziomie w takim kontekście. W konsekwencji większość, szczególnie kadry profesorskiej, czuje się absolutnie bezpiecznie. Od wielu lat powtarzam, że moim zdaniem jedynie ukontrakowienie i ustanowienie wyłącznie stanowiska profesora z jednoczesnym zniesieniem jego tytularności to droga, która może przynieść korzyści. Oczywiście nie jest wolna od wad, lecz w moim przekonaniu znacząco lepsza od obecnego systemu, w którym jak mnie się wydaje jedynie garstka profesorów wie co to oznacza nim być, jaka to odpowiedzialność, jaka rola.

Takie kwestie jak niskie przygotowanie aboslwentów szkół średnich jest oczywiście znaczącym czynnikiem, lecz to właśnie studia wyższe mają stać na straży wysokich kompetencji i umiejętności. Studiowanie nie jest dla każdego i nie może mieć charakteru masowego, jak dzisiaj. Wyższe wykształcenie to nie tylko umiejętności, wiedza ale także kultura obycia, zachowania, wypowiedzi i to bardzo szeroko pojmowana. Zatem obecna matura nie zdaje z punktu widzenia celu studiów wyższych swojej roli i wręcz konieczne wydaje się przywrócenie egzaminów wstepnych i wdrożenie obowiązkowych rozmów z kandydatami.

Dodatkowo nikt nie pomaga młodym ludziom w wyborze studiów. Maturzyści pozbawieni są wsparcia i nie umieją nawet kierować się własnym interesem, czy próbować przewidywać przyszłości i opracowywać dla siebie życiowe plany. W konsekwencji większość nie kieruje się logicznym i zdroworozsądkowym podejściem do wyboru studiów, czy innej ścieżki życiowej, lecz poddaje się trendom, modzie, czy niekompetentnym informacjom z mediów. Jednym słowem „dramat”.

Masowość współczesnego studiowania automatycznie wręcz powoduje, że studia nie zapewniają pracy i w opinii, nie tylko mojej, nie są wręcz w stanie.

Absurdalność „bezpłatnego” studiowania rodzi całkowicie patologiczne efekty. Gdyby studia były skuteczne to specjaliści wyjeżdżają z kraju i Polska nic z tego może nie mieć… Uczelnia jest firmą, która musi zarobić na budynki, laboratoria, zaplecze dydaktyczne i naukowe, pracowników, naukowych, dydaktycznych, administracyjnych i jeszcze zapewnić rozwój. Bazowanie wyłącznie na subwencji państwowej w przypadku uczelni państwowych jest patologią. Jeżeli student musiałby choć dopłacić różnicę między subwencją a realnymi kosztami danej uczelni to uruchamiane są dwie zasady funkcjonowania:

1. Płacę to wymagam.
2. Jak płacę to jednak się wezmę za robotę.

Dziś czywiście tragiczna postawa roszczeniowo żądaniowa obecnych studentów wywodzi w prostej linii ze szkół, które dzięki wielu rządom pozbawiono narzędzi dyscyplinujących, a relacje uczeń-nauczyciel-rodzic zostały zdewaulowane i niemalże zniszczone. Czy zatem można oczekiwać innych postaw i zachowań? Można natomiast wymagać.

Od pewnej książeczki do wymiany drzwi w samochodzie

Posted on

Byłe jeden z ostatnich czwartków. W pracy czekało mnie wystąpienie w ramach jednego z projektów. Obudziłem się nieco wcześniej by dobudzić syna, który przed wyruszeniem do szkoły miał pobrać inhalację. Pełen spokój, odprężenie, jak nie ja. Jakoś wszystko nam się układało jak należy, bez pośpiechu, wpadek, pośpiechu. Zjedliśmy swoje śniadania, posprzątaliśmy po sobie, umyli się, znaczy zęby 😀 i bez tchnienia czasu nad nami ubraliśmy. Jak gdyby nigdy nic wyszliśmy z domu, wyszliśmy za furtkę, przeszli boczną uliczkę i dostrzegam ten charakterystyczny wyraz na twarzy mojego syna – „zapomniałem czegoś”. Ja spokojnie, że wracamy, nawet podbiegliśmy. Syn szuka owej wspomnianej książeczki, jak to on w całym swoim pokoju. Powoli dostrzegam w jego oczach desperację. Mnie coś tknęło i znalazłem książeczkę w miejscu innym niż powinna być, ale to zupełnie inne historia.

W między czasie dostrzegam przez okno mknący autobus, nasz autobus, który odjeżdża punktualnie – jak nigdy o tej porze. Choć to dopiero 3, czy 4 przystanek od pętli to w korkach i zawsze jest spóźniony, nierzadko i z 7 minut. Jak nie ja w pełnym spokoju, także wewnętrznym mówię do syna, że już podwiozę go samochodem. Oczywiście tłumaczę, że ja dziś nie planowałem w ogóle jechać samochodem, że szkoda stać w korku, że szkoda wytracać paliwo itd., itp. Jakoś udało nam się wpasować w ruch na naszej ulicy i toczyliśmy się powoli w rytm korka.

Po chwili powiedziałem synowi, że nie będę wjeżdżał na teren szkoły tylko i tak będę stał na światłach to on wysiądzie i przejdzie przez przejście dla pieszych. Westchnął, a ja spokojnie już nic nie odpowiadając, postanowiłem jednak wjechać pod szkołę. Z wyjazdem są problemy, bo to w lewo, w korek tak od razu i w ogóle. Wjeżdżając zobaczyłem, że plac jest pusty i podobnie jak za autobusem – takie dziwy pod szkołą o tej porze się nie zdarzają. Syn wysiadł, ja wykręciłem, żadnych problemów. Tocząc się powoli wyjechałem za mur szkoły, minąłem go lusterkami. Z naprzeciwka wjeżdża inny Rodzic z pociechą do szkoły. Ja w ramach życzliwości spokojnie odbiłem w prawo. Usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk giętej blachy i jakiś trzask. Zatrzymałem się wysiadłem, obszedłem samochód od tyłu, co było błędem i stwierdziłem, że tylko zderzak zahaczył o mur-  jednym słowem „pikuś”. Wsiadłem ponownie do kokpitu, włączyłem silniki i coś mnie zastanowiło. Ponownie się zatrzymałem i wysiadłem. No obraz zniszczeń błyszczał swoja skalą – całe boczne drzwi do wymiany, tylni błotnik do wy… i może być.

Gdyby syn spakował się dokładniej wieczór wcześniej, a ktoś inny (nie ja 😀 ) nie pożyczył i nie odłożył na miejsce owej wspomnianej książeczki, a autobus nie przyjechał punktualnie to ja bym nie jechał samochodem i nie miał tych urokliwych prac przed sobą.

Po powrocie do domu z pracy kiedy syn powrócił do domu po szkole pokazałem mu szkody w efekcie mojego gapiostwa. Syn na to odparł:

„Wiesz co Tato ta książeczka jak się okazało nie była potrzebna…” 😀

Klisze… mijający czar…

Posted on

Mam taką torbę, a w niej to co moje, a związane z fotografią… aparaty Canon’a na klisze. Nawet na nie nie spojrzałem, lecz jak sięgnąłem pamięcią, jeszcze w zeszłym roku robiłem nimi zdjęcia. Teraz tylko są w torbie. Nie pamiętam nawet czy mają włożone klisze… Przez chwilę wpis ten był jedynie szkicem. Zastanawiałem się dlaczego ten temat wpełzł do jaźni i poruszył moje szare komórki. Już wiem 🙂 Mniej więcej rok temu w Lany Poniedziałek byliśmy na spacerze całą rodziną w Lasku Bielańskim i zrobiliśmy niemało zdjęć, właśnie kliszówkami. Minął rok, w zasadzie dziś okrągły, przy najmniej Świątecznie.

Przypominają mi się poprzednie aparaty na klisze, wywoływanie czarno-białych odbitek w improwizowanej ciemni w moim pokoju w bloku. Pamiętam tę radość z udanych efektów nocnych prac. Nadal mam powiększalnik wyprodukowany w ZSRR w 1949!!! Wówczas działał, potem działał, czy działa nadal… musiałbym go zdjąć z pawlacza 🙂 . Nadal mam suszarkę, ramki do kadrowania własnej roboty i roboty mojego Ojca. Pamiętam jak przez nie uwagę wylałem całe wiadro zimnej wody do płukania, która jak to woda, wlazła wszędzie, w klepkę, pod regał. Ile to wydarzeń z tym związanych, ile radości.

Odczuwam ogromny sentyment do kliszy, do jej wymagań, do tego jak ćwiczyła mnie w wyborze ujęć, pomyśleniu i zastanowieniu się nad kadrem, a czasem jak himalaista tuż przed szczytem rezygnowałem z ujęcia bo akurat szkoda było kliszy, bo ujęcie nie miało w sobie tego „czegoś” co powoduje, że kompozycyjnie i tematycznie jest ciekawe albo co najmniej wartościowe. Potem te chwile oczekiwania na wywołanie, odbitki.

Dziś korzystam ze zdobyczy fotografii cyfrowej bo wychodzi po prostu taniej, znacząco taniej, na tyle taniej i szybciej, że kliszówki nie mają już szans. Może z tym szybciej to przesada. Ujęcie nadal szanuję i staram się nie trzaskać nie wiadomo ilu zdjęć. Kiedyś potrafiłem na jedno ujęcie przeznaczyć całą kliszę z haczykiem.  To szybciej jest względne. Zakładając, że ustawienia aparatu, w tym balans bieli są dobre, przyłożę się do pracy to mam dobry materiał do dalszej pracy. Nie lubię retuszować i poprawiać zdjęć, choć tego nie unikam. Opracowanie wielu zdjęć to godziny pracy, pracy, którą należy wykonać z należytym skupieniem. Jeden niewielki błąd, niedopatrzenie i zdjęcie ostatecznie nie takie…

Jednak nadal z sentymentem myślę o kliszówkach i tak sobie myślę, że jeszcze nie jeden raz je wykorzystam…

Jak mrówka

Posted on

Okres pracy, mrówczej, konsekwentnej, ciężkiej. Wysiłek pracy fizycznej jest zbawienny, gdyż daje mi porównanie do okresu przeważającej dla mnie pracy z komputerem, tworzeniu skryptów, opracowywaniu artykułów. Żadna praca nie hańbi.

Dziś po Liturgii Wielkiej Soboty w końcu, na chwileczkę spojrzałem za siebie i… ile to czasu minęło od poprzedniego wpisu, a wydawało się, że to było wczoraj.  Czas nieubłaganie płynie, wędruje, czasem szybciej, czasem wolniej, jak na zakręcie górskiego potoku, a jednak pokonuje ten sam zakręt…

Dosłownie pędzę starając się odszukać chwile na małe rzeczy, które odczuwalnie mijam każdego dnia. Minął ponad tydzień, aż w końcu nastało Triduum Paschalne. Wielkanoc to przede wszystkim dla mnie zmaganie się z samym sobą, ze swoimi ułomnościami, niedoskonałościami, spośród których są i takie, których gdyby nie było, byłoby lepiej dla mnie, lecz są. Każdy z nas ma swoje blaski, które cieszą go i innych oraz swoje własne ułomności, skrywane w czeluściach cieni dni i nocy. Każdy z nas zmaga się z takimi ułomnościami. Czasem jesteśmy ich świadomi, a czasem nie. W końcu czasem nie mamy takich ułomności, ale ludzka natura dąży by je odnaleźć. Wielkanoc to ostatecznie czas radosny, lecz dla mnie jest to okres wzmożonego szukania własnych ścieżek w życiu. Ciągle nie wiem kim chcę być, co osiągnąć i zawsze dochodzę do wniosku, że taki jest właśnie mój własny Chrystusowy krzyż… Mimo tego działam, określam cele, dążę do ich osiągnięcia, umiem się cieszyć, lecz…

Łatwo też się pogubić co jest złe, a co dobre, co należy konsekwentną postawą, zachowaniami prostować, rugować ze swojej jaźni, a co wręcz przeciwnie, podtrzymywać i doskonalić. Łatwo błądzimy, szczególnie w dzisiejszych czasach.

Brakuje mi czasu na odetchnięcie i ukojenie myślami innymi niż związanymi z pracą, kolejnym przeziębieniem syna. Mam wrażenie, że świat zaczyna mi umykać…