Miesiąc: Październik 2011

Jesienne foto-łowy #3

Posted on Updated on

Czasem nie biorę aparatu do lasu 🙂 Zdecydowanie częściej jednak mam…

Reklamy

Krzyż na swoim miejscu

Posted on

Tytuł może okazywać się prowokacyjny, lecz mnie osobiście zupełnie nie po drodze w takim jego pojmowaniu. Dlaczego? Ja ochrzczony, potem była pierwsza komunia, potem czas bez wiary, religii, czy kościoła w życiu. Potem mój przyjaciel chciał mnie wciągnąć na nowo, a wówczas katechezy były jeszcze w salach przykościelnych, domach na parafiach. Potem ponownie długo nic, aż… ślub kościelny, a nie było jeszcze konkordatu, a cywilny dopiero po miesiącu. Dzięki temu bierzmowanie… ale nadal nie stykałem, choć do dziś dzień (15 lat i troszkę już dni) nadal uważam, bez wątpliwości, że małżeństwo (miałem wówczas 23 lata), a szczególnie sakrament małżeństwa to jedna z najlepszych decyzji jaką w życiu podjąłem. Potem był czas „praktykowania”, ale dalej jakoś nie kontaktowałem. Musiałem przeżyć swoje, nie tylko jako wydarzenia, upadki, ale te chwile, okresy, niesamowitego odczuwania emocjonalnego. Nie umiem tego wyrazić, opisać inaczej niż jako znaku od Najwyższego. Mogę o tym rozmawiać, ale za każdym razem nieco inaczej opisuję swoje odczucia, we wnioskach takie same, ale czy wiarę można opisać, skodyfikować,… można tylko próbować… bo dla mnie to przede wszystkim odczuwanie…

W końcu dojrzałem i wierzę i mam wątpliwości. W końcu tylko jestem człowiekiem. Kiedyś mówiłem, że wiara to moja prywatna sprawa, ale dziś czuję, że wiara jest sprawą nas wszystkich. Wiodę dyspóty z wieloma znajomymi i przyjaciółmi, a są pośród nich Ci, którzy mówią, że nie wierzą, Ci którzy są buddystami, obojętni, zaangażowani, a fanatyków jakichkolwiek staram się unikać. Cały czas raczej umacniam swoją wiarę. Co mi daje katolicyzm? Kształtuje mi sumienie, ale jednocześnie jako naukowiec zadaję dużo pytań, dyskutuję w ciszy skupienia i nie tylko w ciszy. Sumienie jest tym czymś co pozwala nam albo iść ścieżką dobrego człowieka, albo nie. W pojmowaniu dobra i zła najpierw prowadzą nas nasi Rodzice, więc to oni osobowe kształtują mnie, moje sumienie na początku, a potem ja sam zdobywam swoje doświadczenie. Ale skąd Rodzice czerpali swoje ukształtowanie… od swoich Rodziców. Tak wędrować możemy całe tysiąclecia wstecz…

To co dziś nazywamy Polską, narodem polskim, czy innym państwem oraz narodem powstało w ludzkim pojmowaniu dopiero w okresie chrześcijaństwa. Po upadku Rzymu, właśnie chrześcijaństwo pozwoliło na zarządzanie mieszkańcami Europy, kształtowanie ich postaw, zachowań, aż po formowanie się świadomości państwowości i narodowości. Dzisiejsza Europa wywodzi swoje korzenie z chrześcijaństwa. Tego nie da się pominąć, usunąć, lekceważyć, tak jest, to jest fakt. Oczywiście nie przekreśla on sam w sobie dyskusyjnego charakteru wielu problemów z jakimi spotykamy się współcześnie.

Czy należy zdjąć krzyż z sejmowej sali??? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że państwo moje, moja Polska, jest państwem suwerennym i istnieje rozdzielność między państwem a religiami. Podkreślam „religiami” bo w Polsce nie mieszkają tylko wyznawcy chrześcijaństwa, katolicy. Czym dla mnie jest krzyż z Jezusem Chrystusem? Nie jest tylko symbolem mojej wiary, lecz przede wszystkim wskazuje na istnienie pewnych zasad, które w ogólnym zarysie wskazują mi drogę w życiu. Moje sumienie wskazuje mi na dobre myśli, słowa i uczynki. Nie łudźmy się, nie ma ludzi nie wierzących, są co najwyżej tylko tacy, którzy tak mówią. Obecnie pojmowane zasady dobra i zła, czy te wywodzące się z religii, czy tzw. humanistyczne w pojęciu „dobrego człowieka” są zbieżne i silnie splecione. Zaryzykuję, lecz uważam, że humanistyczne pojmowanie dobra i zła wywodzi się w kręgu kultury europejskiej właśnie z chrześcijaństwa, lecz pewnie historycy, etnografowie, kulturoznawcy wykazali by istnienie wielu wpływów, choćby ze świata starożytnego. Wpływy istniały, istnieją i istnieć będą.

Czy dążenie do wolności „absolutnej” jest dobre? Czy możliwość robienia bez głębszej refleksji tego co się chce jest dobre? Kto lub co ma stanowić jakąkolwiek moralne wsparcie naszego rozwoju i kształtowania nas ludzi? My sami? Polska i sami Polacy – My sami – wiemy do czego doprowadziły nadmierne swobody i przywileje szlacheckie… Czy zatem religia, w moim przypadku katolicyzm, kościół katolicki, Papież nie mają pełnić właśnie takiej roli? Wskazywać, czasem napominać, czasem weryfikować własne zasady… Ja mam szczęście, bo przez całe moje życie pośród duchownych osobiście spotykałem i spotykam naprawdę wspaniałych ludzi, z którymi obcowanie wnosi wiele do mojego życia. Oczywiście, choć nie osobiście, lecz dzięki współczesnym środkom przekazu „spotykam” duchownych, którzy być może nigdy nie powinni nimi zostać. To tylko ludzie. Czy osobowe problemy duchownego mają przekładać się na negowanie kościoła? Sam nie raz mówiłem, że kościół jako instytucja potrafi skutecznie zniechęcić do wiary. Dziś twierdzę, że żaden problem personalny, bo to ludzie tworzą wszelkie instytucje, a zatem żaden ksiądz, brat czy siostra zakonna nie zachwieje mojej wiary tylko dlatego, że reprezentuje kościół. Pismo Święte, spisane tyle wieków temu, przez ludzi żyjących w zupełnie innych od dzisiejszych uwarunkowaniach społecznych, socjologicznych, materialnych, stanu wiedzy, nauki, umiejętności, możliwości postrzegania świata stworzyli Pismo, które pomimo upływu czasu nadal można uniwersalnie interpretować. Zatem, czy konkretny duchowny, może mnie zrazić do wiary, jeżeli żyje wręcz mgnienie w kontinuum czasowym choćby trwania samego Pisma Świętego. Oczywiście, a co z traktatami, ewangeliami, których nie zamieszczono w Biblii – to już są odrębne studia i pole do dyskusji, niesamowicie bardzo interesujących. Czy jedna osoba, duchowna, może przekreślić cały sens swoistego autorytetu moralnego. Czy kościół katolicki jako instytucja popełnił błędy, ależ bez wątpliwości tak, ale czy znamy kogokolwiek kto ich nie popełnił. Można uznać to za płytkie uzasadnienie, ale kościół pomimo wszystkiego istnieje dzięki ludziom, co do których a i owszem osobiście stawiam wysoko oczekiwania co do moralności i osobistego przykładu.

Czytam wiele wpisów, szczególnie w internecie, antykościelnych – szkoda tylko, że nie są one podpisane imiennie z adresem, numerem telefonu – bo poziom większości, choćby tylko pod kątem umiejętności wyrażania poglądów pozostawia wiele do życzenia, a zaprezentowana przez wielu kultura osobista wydaje się co najmniej żenująca. Jednak to nie jest tak, że pośród tych głosów nie ma konkretnych pytań, wątpliwości, czasem osobistych tragedii. Wiele głoszonych racji ma swoje uzasadnienie – lecz w takich przypadkach można dyskutować, a zachowanie szacunku jest interpersonalne. Nie mogę kogoś przestać szanować tylko dlatego, że wyznaje inną religię, czy ma inne opinie. Umiejętność słuchania jest tu kluczowa. Nie muszę rozumieć uzasadnień wielu osób, co nie oznacza, że odrzucam ich racje. Zapewne wielu określi mój ten wpis jako ten, który ich obraża, ale jak – mogę się zapytać? Mam swoje zdanie i swoje racje. Problem może być tylko wówczas kiedy osoba deklarująca się jako niewierząca ten fakt podtrzymuje, a jest on wewnętrznie sprzeczny i nieprawdziwy. Osoba nie wierząca w Boga, czy Jezusa Chrystusa, wierzy, lecz cechą jej wiary jest odrzucanie istnienia Boga. Wierzy w niewiarę. Pokrętne, ale tylko z pozoru i tylko przy powierzchownym zgłębianiu natury takiego stanu. Przyjmując już samo istnienie dobra i zła wierzymy.

Jeżeli jako ludzie popełniający błędy, mający problemy z rozpoznaniem dobra i zła, ulegający emocjom, potrafiący kreować spiskowe teorie dziejów, mający problemy ze wzajemnym zaufaniem możemy istnieć bez wiary? Osobiście uważam, że nie. Istnienie religii, daje nam szansę na kreowanie pewnej grupy ludzi, którzy mimo wszystko w ogólnym ujęciu mają lepsze predyspozycje do pojmowania, rozumienia dobra i zła, a także do kształtowania postaw i zachowań w duchu dobra. Nie da się przy tym wierzyć w istnienie tylko dobra. Wszystko na świecie ma swoje opozycje. Zło istnieje równolegle i jak często nie udaje nam się go rozpoznać. Dlatego uważam, że jeżeli ktokolwiek ma swój własny problem z wiarą, czy konkretną osobą duchowną to tak łatwe przenoszenie tego na ogół, kościół i innych wyznawców, jest co najmniej krzywdzące i jako takie wręcz naganne. Tak jest łatwo, przede wszystkim łatwo tak uzasadniać swoje postępowanie, własne słowa i czyny.

Jednocześnie absolutnie jestem świadomy, że problemy nie powstają same. Wiele działań osób duchownych można uznać za naganne, a co najmniej dyskusyjne. Nie jeden z aspektów działania całego kościoła można określić tak samo. Czy jednak daje to z automatu prawo do negowania całej wiary, religii, kościoła, czy w końcu osób wierzących? Nie, nie daje. Pomijam tu objawy fanatycznego zaślepienia poglądem własnej osobistej nieomylności.

Kończąc… nie jedne badania psychologiczne, społeczne, socjologiczne pokazują, że nam ludziom potrzebne są zasady życiowe, że zbyt duża wolność wręcz deprawuje. Gdyby w naszej Polsce etos porządnej pracy miał się tylko ciut lepiej, a zło, szczególnie to realizowane w imię dobra kraju i Polaków, było przez nas samych deprecjonowane, a ci, którzy się tego dopuszczają automatycznie marginalizowani jak inaczej byłoby w Polsce. Jednak czy zawsze rozpoznajemy zło?

Być może w sejmie, czy parlamencie powinny oprócz krzyża zawisnąć inne symbole, innych religii? Czy jeżeli ich obecność komuś przeszkadza, a nawet mówi się, że sama obecność symboli religijnych można odbierać jako narzucanie „światopoglądu” to czy działania mające doprowadzić do ich usunięcia to jest to coś innego niż „narzucanie” kolejnego światopoglądu. Ograniczania nawet noszenia symboli religijnych bo ich widoczność może kogoś urazić są według mnie absurdalne.   Zatem wiara nie jest już sprawą prywatną, a zatem jest sprawą ogólnospołeczną.

Powiadam często, że wierzę, że przeżywam pozytywnie swoją wiarę, a potem że wierzę także w logikę, zdrowy rozsądek, wzajemny szacunek, porządność roboty, od parzenia porannej herbaty, poprzez pracę, po odpoczynek 😀

Jednocześnie, pomimo mojej swoistej otwartości, uważam, że odchodzenie od wartości chrześcijańskich, w tym od siły rodziny, nie wyjdzie na dobre Europie, ale to już temat na inny wpis i dyskusję…

30 lat minęło…

Posted on Updated on

W zasadzie już 40, ale dyskusje w gronie znajomych i przyjaciół wykazały poprzez dedukcję i subiektywną analizę, iż 40 lat nie jest taką granicą jak lat 30. Faktycznie i dla mnie granica trzeciej dziesiątki życia okazała się dużo bardziej znamienna od tej czwartej. Poza tym brakuje mi jeszcze paru latek do czterdziestki. Zatem jak to będzie… zobaczę 🙂 w końcu sam, mam nadzieję. Z planami przecież różnie bywa.

Gdy minęło 30 lat nie zwalniałem, dzielnie parłem naprzód, a nawet mały roczek później obroniłem doktoracik. Gdy opadły emocje, materiał poddał się odprężeniu po intelektualnym wysiłku, a i fizycznego mi nie brakowało to pojawiły się pierwsze zgrzyty. Choć robienie doktoratu miało dostarczyć niezapomnianych pozytywnych doznań, raczej porównuję tę drogę do jazdy bez trzymanki nad urwiskiem po kocich łbach. Fakt, przeżycie, którego raczej nie zapomnę. Było, minęło, przyszło i zostało… nigdy na poważnie nie podchodzę do tytułów, raczej staram się patrzeć na efekty, a potencjalne tytuły sugerują, mi przy najmniej, czego mogę się spodziewać 😀

Powoli przestałem móc przeć naprzód, zwalniałem, ale jakoś człowieczek wmawia sobie, że co tam, młody jestem, młody… będę, a tu jednak gwarancja się kończyła, aż się skończyła. Żywienie, choć myślałem, że nie najgorsze, okazało się „toksyczne” – czyli tłusto, słono, słodko, mięsisto… Waga rosła, choć niby się ruszałem, pojawiło się nadciśnienie, pomijam stany zapalne górnych dróg oddechowych, grypy. Zaczęło brakować mi mocy. Zanim się zorientowałem, a spychane problemy z przeszłości wywalały bezpieczniki spokojności. Nie powiem, rodzinę mam super, w tym jestem szczęśliwy. Praca, dom, działalność społeczna, a gdzieś w tym wszystkim nie miałem czasu dla siebie, na medytacje, na delektowanie się spokojem, modlitwą… Człowiek długo potrafi sobie samemu odowadniać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale to działa tylko do pewnego czasu… W końcu dopadło mnie moje choróbsko (ReA). Nie mogę już tak siedzieć po nocach i pracować jak w czasach studenckich. Nie ma co się łudzić, jako ludzie, jako byty zmieniamy się, starzejemy i nieuchronnie zmierzamy od początku do końca. Bliżej 40-ki ludzie stają się chyba bardziej sentymentalni, zaczynami się zastanawiać, co pozostało za nami, kim jesteśmy, co znaczymy, ile nam zostało czasu to na ziemi? To chyba wyróżnia tę 40-kę od 30-ki 😀

Mając 30 lat wydaje się, że można jeszcze wiele, że świat jest niemal tak samo otwarty jak wówczas gdy kończyło się 20 lat. Uważam, że 30-45 lat to najlepszy okres w życiu, gdy dba się o siebie.  Potem należy zaczynać spijać śmietankę i efekty swojej superaktywności.

Pomimo mojego choróbska, nadal działam, ale znajduję czas dla siebie, by móc delektować się małymi rzeczami i spokojem. Zbliżająca się 40-ka nie wydaje mi się tak ważną granicą jak ta tytułowa 30-ka, ale ciekawe co będę mówił o tej 40-ce jak skończę, jeżeli będzie mi dane, choćby 50 lat? Mogę tylko poczekać i samemu się przekonać.

Każdemu życzę, by życiowe drogi układały się w sposób dążący do spokojności i pewności co do samej drogi…

Jesienne foto-łowy #2

Posted on

Tydzień temu udało mi się odbyć poranny spacer w Puszczy Kampinoskiej i uwiecznić trochę na zdjęciach. Jednak nie same zdjęcia, lecz sam spacer, w ciszy i spokoju poza tłumami. Było naprawdę miło.

Oburzeni protestują…

Posted on

Trudno okrywać się przed takimi wydarzeniami, wręcz ogólnoświatowym protestem. Czy słusznym? Początkowo człowiek bagatelizuje tego typu doniesienia. Wzrusza ramionami wręcz delektując się swoim stanem posiadania pracy i możliwością miesięcznego domykania budżetu, choćby z trudnościami ale jednak.

Kiedyś mieliśmy społeczeństwo rolnicze, później przemysłowe, a dzisiejsze czasy nazywam erą „kreatywnej księgowości”, w których rozemocjonowany makler, może bez śniadania, może bez rodziny, może z problemami w związku, jeszcze dodatkowo z katarem może doprowadzić do zachwiania ekonomią całego państwa.  Kiedyś rządy państw stanowiły realną siłę, nie tylko na arenie międzynarodowej, ale jakkolwiek liczyły się dla własnych obywateli. Dziś mamy korporacje, które oprócz swoich zalet, mają się jak wszystko na świecie mieć chyba negatywny wpływ na nasze życie. Międzynarodowe korporacje nie mają domu, nie mają korzeni, a wydają się być wszędzie. Ich działania mają skalę globalną, od komputerów, ubrań po zaawansowane środki lecznicze. Czy to jest dobre, tak ma być i czy to jest zasadne? Jeszcze więcej pytań można zadać tu w tym kontekście. Odpowiedzi są chyba jasne… znowu oprócz niewątpliwych zalet są i cienie takie egzystującego tworu – rozmywająca się odpowiedzialność jest główną istotną wadą.

Czy „oburzeni świata” mają rację domagając się odpowiedzialności najbogatszych? W moim przekonaniu tak, o ile dążymy do pełnej współodpowiedzialności. Czy ja, czy większość społeczeństwa ma realny wpływ na sytuację ekonomiczną świata. Nie ulega wątpliwości, że istotną, choćby przez sam istnienia i liczebności. Jednak wydaje się, że najważniejsze decyzje podejmują możni tego świata, wręcz czasem jakby bez jakiegokolwiek zastanowienia się nad innymi. Trudno nie oprzeć się braku efektywności i odrzucić wręcz same narzucające się stwierdzenie, że Ci możni tego świata dbają tylko o siebie. Z jednej strony nigdy nie ujmowałem komukolwiek, a zwłaszcza tym, którzy odnieśli sukces, mają majątek, ale są jednocześnie odpowiedzialni i żyją w szacunku zgodnie z właściwymi zasadami współistnienie międzyludzkiego. W takim ujęciu „oburzeni świata” mają rację, mają prawo czuć się porzuceni, oszukani, pozostawieni sami sobie. Nie są nie winni, gdyż nie rzadko sami wędrowali za dobrobytem.

Od dawna mówię, że świat, w którym wszystkie wskaźniki muszą wskazywać do góry, wszystkie muszą być zielone jest światem nienormalnym. To świat, w którym nie liczy się życie, odczucia, jakość jego przeżycia. Dominuje „materializm” i chęć, ciągle wymuszona i kreowana.  Czy nie da się funkcjonować bez sztucznie wymuszanego wzrostu, niezliczonych nadgodzin? Oczywiście, że się da i tu większość tego świata uczestniczy w życiowym przedstawieniu podtrzymując ostatecznie nienormalność tego świata. „Oburzamy” się kiedy świat, który jednak akceptowaliśmy, pozwalał nam egzystować.

Protesty oburzonych świata wydają się zatem właściwe. Jednak wynikające zamieszki, prowokowane nie przez oburzonych, lecz przez tych, którzy nie są już w stanie odnaleźć w żadnym z możliwych światów w konsekwencji niszczą to co oburzeni świata mogą osiągnąć, a ciągle jeszcze mogą…

Z cyklu „małych rzeczy”

Posted on Updated on

O tych małych rzeczach piszę często i równie często mówię. Spacer po leśnych ścieżkach, dobra lektura, szum kropel deszczu o szybę, wiatr w koronach drzew, wylegiwanie się na kanapie przed kominkiem, dobra muzyka, rowerowanie, górskie wędrówki… i jeszcze więcej małych rzeczy wokół nas, a niemal każdą z nich można jeszcze podzielić na mniejsze. Ich odczuwanie, a przede wszystkim ich dostrzeganie i pojmowanie daje mi ten spokój, którego od wielu lat pragnę. Teraz on nadchodzi, a ja się cieszę z jego przyjścia.

Niemal zawsze mam przy sobie aparat fotograficzny by móc uwieczniać te ciekawe rzeczy, wydarzenia, przyrodę. Jednak bardzo często przeżywam coś, co chciałbym sfotografować by zatrzymać zaklęte chwile w kadrze dla innych, ale nie jest mi to dane. Mgnienie chwili, zupełnie jak dziś w drodze do pracy – opadłe liście jesiennej pory, zawiane wiaterkiem, grzecznie w grupie przechodziły przez przejście dla pieszych, w dodatku w dobrym czasie, między samochodami. Gdybym podniósł wzrok nieco później nie zobaczyłbym tej scenki. Sięgnięcie po aparat odebrałoby mi tę przemiłą w sumie chwilę. Znów, bo tak mam nie po raz pierwszy, nie zrobiłem zdjęcia. Natomiast miałem przyjemność przeżycia tej chwili i to okazało się dla mnie ostatecznie ważniejsze.

Kiedyś podczas obozu wędrownego, który prowadziłem w Austrii w 1999 by móc obserwować całkowite zaćmienie Słońca razem z moją drużyną udaliśmy się w tym celu w góry. W pobliżu jednego ze schronisk rozsiedliśmy się, a ja rozstawiłem swój teleskop astronomiczny i podłączyłem aparat do niego. Widziałem Słońce, nasuwającą się tarczę Księżyca, koronę, diament. W zasadzie dzieląc okular z innymi od czasu do czasu patrzyłem głównie przez teleskop. W rzeczywistości to inni, w tym moi przyjaciele, żona, harcerki i harcerze z mojej drużyny „bardziej” uczestniczyli i przeżyli to wydarzenie. Dlaczego? Nie ograniczyli się tak bardzo jak ja do obrazów z tego teleskopu…

W podróży… nie tylko dieta

Posted on Updated on

Moje choróbsko (ReA) odcisnęło się piętnem na mojej codzienności. Zmiana diety okazała się mniej kłopotliwa mentalnie niż „technicznie”. Wyjazdy były ograniczone do jednego, maksimum 2 dni. Z reguły jeżeli już w ogóle wyjeżdżałem to zabierałem ze sobą cały „wagon” własnego jedzenia, półproduktów. Teraz po raz pierwszy wyjechałem w ramach nowej mojej zawodowej przyszłości poza moje rodzinne miasto, poza miejsca gdzie wiem co mogę kupić, gdzie mogę odszukać półprodukty mojej diety. Jednak można sobie poradzić.

Można sobie poradzić chyba również dlatego, że w życiu (moim 🙂 ) coraz częściej i coraz dłużej panuje ta swoista spokojność ducha, która daje nam radość z „małych rzeczy”. Spacer, rześkie powietrze o poranku, dobra muzyka w radiu, kilka stron dobrej lektury, szum kropel deszczu o szybę, czy wiatr wokół mnie w górach… Dzięki spokojowi nie przejmuję się już tak wieloma sprawami. W końcu zawsze można odszukać sklep, względnie jakiś olbrzym z jakiejś sieci dużych marketów, te w końcu same wpadają w pole widzenia. Dieta pomimo silnie wegetariańskiego nurtu, potrzeb zdrowych i ekologicznych płodów rolnych nie wymusza kupowania tylko w specjalistycznych sklepach ze zdrową żywnością. Można sobie poradzić i radzę sobie. Ten obecny mój wyjazd właśnie oprócz podjęcia swoistej nowej życiowej drogi jest dla mnie takim malutkim sprawdzianikiem. Moje śniadanie udało mi się przygotować, wcześniej zakupić składniki.

Podróże, które kocham może nadal będą dla mnie stanowić pewien rodzaj wyzwania, ale także mają przez to swój własny smaczek i przyczyniają się do smakowania kolejnych ciekawych potraw, tych bardzo zdrowych 😀

Nie tylko dieta… tytuł mnie miał nie zamykać tylko w tym co jem, choć ponoć jesteśmy tym co jemy 😉 Podróż, to zmiana miejsca, ludzi, krajobrazu, przeżycie samo w sobie. Tym razem droga z rodzinnego miasta do Sosnowca. Kilkaset kilometrów, prawie nieprzespana noc, wyjazd bardzo wcześnie rano, z przyjacielem i samochodem. Droga jak droga we współczesnej Polsce, w remoncie, ale za to nie wydającym się powierzchniowym, lecz z gatunku tych porządniejszych. Jak będzie to okaże się po jego zakończeniu. Samochód mnie jednak jakoś ogranicza. Na szczęście pomimo zmęczenia i niewyspania po raz pierwszy od wielu lat nie usnąłem jako pasażer, co zdarza mi się niemal zawsze kiedy wsiadam do samochodu, nawet w domu, jako pasażer oczywiście 🙂 Dlaczego? Rozmowy były fantastyczne, super i w ogóle.

W pociągu czuję się trochę jak ryba w wodzie. Za każdym razem poznawałem ciekawych ludzi, wiodłem ciekawe dyskusje… dla mnie jest to coś niezapomnianego, wartego przeżycia za każdym razem, czego życzę także innym…