Bezrobotni absolwenci uczelni


Styczność ze studentami mam każdego dnia, nierzadko także w soboty i niedziele. Artykuł w piątkowej „Gazecie wyborczej” pt. „Przyjmą każdą pracę” oraz przeczytane w sobotę komentarze portalów onet.pl oraz wp.pl przyczyniły się do wyrażenia mojego skromnego poglądu.

Na wstępie wyrażę pogląd, że chciałbym by m.in. Szanowani przedstawiciele polityków nie doprawiali sytuacji opiniami, które wydają się czasem niezbyt trafione (jak choćby relacjowany przez ww. portale J. Kaczyński). Sądzę, że to nie tylko ten rząd przyczynił się do zaistniałej sytuacji.  Omawiany problem narastał przez czas wszystkich ekip rządzących od 1989, a swój udział w tym mają również same uczelnie, ale także sami maturzyści, jednym słowem „wszyscy”. Odnoszę wrażenie, a chciałbym się mylić, że w tym przypadku, wiele przekazywanych treści przypomina propagandową papkę, która służyć chyba może tylko politycznym celom. Mogę się mylić, daleko mi do stanu wszechwiedzy i mam nadzieję, że nigdy takiego nie dostąpię.

Zacznijmy jednak od początku. Kończąc szkołę średnią, zdając maturę młody człowiek dostaje swoisty paszport na uczelnię. Tu jednak jest obszerny dokument napisany bardzo małym druczkiem. Szkoły każdego poziomu, począwszy od podstawowej, przez gimnazjum do szczebla średniego włącznie zostały pozbawione narzędzi dyscyplinująco-wychowawczych. Bo szkoła poprzez wychowanie może co najwyżej kształtować zachowania społeczne i przygotowywać do życia w grupie, znaczy społeczeństwie. Całą resztę wynosi się z domu lub ma się szczęście. System kształcenia uniemożliwia radzenie sobie z trudnymi uczniami, których absolutnie nie można pozostawiać samych sobie. I tu przydałyby się szkoły „dla dzieci o wybujałej fantazji” i trudnym charakterze, w której pracowałaby armia pedagogów i psychologów. Bo każdy młody człowiek jest wart tego by o niego walczyć i mu pomóc. Jednak system powinien wyraźnie akcentować odpowiedzialność i konsekwencje swoich czynów, prawionych przez uczniów. Konkludując absolwenci opuszczający mury szkolne nie są najlepiej przygotowani do bycia studentami (wiedza i umiejętności). Po drugie w przeważającej większości reprezentują, lub bliżej im do postawy roszczeniowo-żądaniowej. Po trzecie pozbawieni są skutecznego wsparcia w wyborze studiów. Po czwarte wg amerykańskich badań (staram się do nich dotrzeć i potwierdzić) jedynie od 6% do 8% absolwentów szkół średnich ma predyspozycje do studiowania. U nas w wyniku zochydzania szacunku do zawodów wszelakich pęd ku studiom jest przeogromny. A jak mawiam – kopać rowy to też trzeba umieć. Wystarczy spróbować samemu.

W ramach jednego z przedmiotów zaplanowano sprawdzenie umiejętności opracowywania prezentacji multimedialnej. Z ciekawości zadałem temat pt. „dlaczego wybrałem lub wybrałam ten kierunek studiów”. Strona techniczna większości prezentacji była dopuszczalna, zaledwie kilka było przygotowanych naprawdę wyśmienicie. Jednak ciekawsza była ich strona merytoryczna… przede wszystkim, wręcz dominujące absolutnie, okazały się frazesy i przekonania żywcem i BEZKRYTYCZNIE zaczerpnięte od polityków i mediów. Taki wniosek jedynie utwierdził mnie w konieczności pomocy maturzystom, w ogóle uczniom szkół średnich w wyborze studiów.

Niebagatelną rolę odgrywają programy nauczania. Jeżeli w tym zakresie opuści się poziom, przyjmie się jedynie słuszne kryterium, czyli „cenę” to skutkiem tego licencjusze i inżynierowie nie mogą być wysoko cenieni, w tym przez rynek pracy. Wiedzy przybywa, a nie ubywa. Jeżeli dla przykładu na tradycyjnie pojmowanym kierunku technologicznym (a pamiętajmy, że przecież brakuje nam inżynierów) zmniejszać się będzie udział przedmiotów technologicznych to efekt będzie taki, że obecny student może mieć nawet co najmniej 5x mniej godzin niż 15 lat temu. Przypomnę, że wiedzy przybywa. Dodatkowo niekonsekwencja w planach przedmiotów i efektem końcowym jest inżynier, którego należy douczyć. Na rynku pracy trudno mówić o wysokim cenieniu takich absolwentów. Logicznym wydaje się, że dla każdego rocznika należy opracowywać są analizy rynku pracy. Student rozpoczynając studia powinien wiedzieć jakie specjalności na wybranym kierunku będą. Niestety wielu studentów ma właściwości zbliżone do wody, czyli płynie tam gdzie łatwiej. W moim głębokim przekonaniu studia nie mają służyć „produkcji ludzi legitymujących się wyższym wykształceniem”. Produkcji bo dla wielu studentów chodzi o papier, a i tak pracują w wielu przypadkach nie w zawodzie. Legitymujących się bo w studiowaniu nie chodzi tylko wiedzę i umiejętności, ale także o kulturę bycia, wypowiedzi, wyrażania uczuć. Dziś trudno mówić choćby o wyższej kulturze języka, czy reprezentowanych postawach. Czasami ja i moi koledzu odczuwamy, że zaledwie przesuwamy tych młodych ludzi o kilka lat do statystyk bezrobocia. W studiowaniu chodzi o umożliwienie studentowi zapoznanie się z wiedzą i umiejętnościami, ciężką pracą i podkreślenie szacunku do niej. Chodzi o kreowanie elit a nie o masowość zjawiska.

Podobno (trzeba zweryfikować) Polska ma więcej uczelni wyższych niż USA. Czyli kuriozum bo wpływa to na rozdział studentów. Kadry dydaktycznej i naukowej na uczelniach raczej od 1989 roku nie przybyło lawinowo, a i ta co jest, uwzględniając tzw. czynnik ludzki, również nie jest doskonała. W wielu przypadkach, chyba w ramach oszczędności, pracownicy naukowo-dydaktyczni zajmują się tyloma czynnościami administracyjnymi, że z trudem znajdują czas na badania, naukę, pisanie artykułów, przygotowywanie i prowadzenie zajęć. Dla podkreślenia, nierzadko by przygotować 45 minut wykładu trzeba poświęcić na przygotowanie nawet i 3 godziny, a czasem i więcej. System wynagradzania jest skansenem, nieelastyczny i niewłaściwy w swoich kwotach. Tak, uważam, że nauczyciele i akademicy powinni zarabiać nie mało, lecz każde wynagrodzenie powinno być uzależnione od efektów pracy. I nie chodzi tu o wskaźniki liczebności dyplomantów i olimpyjczyków. To tylko składowe, a studia nie powinni mieć nic wspólnego z masowością liczb. Tu chodzi przede wszystkim o jakość. System pozbawiony nadzoru i kontroli, systemu nagradzania nie może funkcjonować prawidłowo.

Finansowanie uczelni również jest dalekie od doskonałości. „Darmowość” uczelni państwowych teoretycznie daje szansę studiowania większej liczbie studentów. Czy jednak takie podejście jest właściwe? Czy chodzi o masowość czy kompromis z jakością? Uczelnia musi utrzymać pomieszczenia, kadrę, aparaturę. Musi na to mieć środki. Osobiście uważam, że przy aksjomatycznym istnieniu logicznego i skutecznego systemu stypendiów student powinien ponosić jakieś koszty kształcenia. Bo gdy się płaci za coś, na czym zależy to się wymaga, a i samemu zupełnie inaczej przykłada się do zagadnienia. Niech absolwent po zakończeniu studiów i przez 20 lat spłaca takie stypendium, czy kredyt. Nie ma znaczenia przy tym, gdzie w rzeczywistości pracuje i mieszka.

Jak czytam o finansowanych stażach studentów z budżetu państwa, czy progach bezrobocia to… się denerwuję. Przede wszystkim jakość nauczania, praktyka, co niezaprzeczalnie łączy się z ogromnym wysiłkiem i ciężką pracą dla studentów. Jeżeli wszystko będzie dawane to nie ma co liczyć na sukces. Pracodawcy nie interesuje, kto płaci za praktykę studenta. Celem moim zdaniem powinno być kreowanie ludzi z wyższym wykształceniem o wysokim poziomie wiedzy i umiejętnościach w taki sposób by realnie i w powszechnym przekonaniu pracodawcy jak czytają inżynier, licencjat świadomie mówili – tak, to samo w sobie jest wartością. Dziś tak nie jest. Na pewno nie całkowicie, czy absolutnie, ale w każdym bądź razie nie jest to powszechne. Dziś nierzadko okazuje się, że student piątkowy w realu przegrywa z trójkowym. Przegrywa w dodatku na polu merytorycznym. Zatem nierzadko system dydaktyczny nie zdaje sam egzaminu.

Od wielu lat w Polsce wykształcenie jest dewaulowane bo tak naprawdę kiedy człowiek się rozgląda wokół siebie nie widzi realnego i uczciwego znaczenia wykształcenia, nie tylko wyższego. Ranga nauczycieli spada. Pozbawieni narzędzi i środków nie mogą czynić zbyt wiele. Przy czym nie chodzi tu o możliwości prawne tylko jednoczesne prawne i realne.

Oczywiście jest wielu fantastycznych młodych ludzi, niebywale uzdolnionych lub bardzo pracowitych, którzy reprezentują wysoki poziom. Są jednak najczęściej pogrzebani przez szarą masę.

Wiadomo, nie od dziś, że występuje takie zjawisko jak nasycenie specjalistami w danym obszarze zawodowym. Wiadomo, że niektóre obszary badawcze, aplikacyjne są obszarami wiedzowo niszowymi, bez specjalnych perspektyw rozwoju. Co nie oznacza, że nie należy kształcić np. 3 specjalistów na 2 lata. Owszem istnieją „teoretyczne” rozwiązania legislacyjne umożliwiające „indywidualny tok studiów”. Niestety realność warunków studiowania, całego otoczenia, w tym finansowania raczej nie umożliwia właściwe ilościowo stosowanie takich ścieżek studiów. Tu uwaga, dla wielu nieprzyjemna, ale co już pisałem, studia nie powinny być darmowe, bezpłatne. Nie chcę tu namawiać do prywatyzacji uczelni, choć pewnie w wielu przypadkach mogłoby to stanowić panaceum, ale i w wielu być fatalną pomyłką. Uczelnia, szpital to firmy. Muszą utrzymać budynki, sprzęt, personel, kupić materiały. Z punktu widzenia jakości nauczania, czy leczenia, nie ma znaczenia kto wnosi odpłatność. Czy środki pochodzą z budżetu, od darczyńców, czy jako opłata za usługę, nie ma to znaczenia. Bezpłatność studiów w Polsce to mydlenie oczu pozbawione skuteczności. Oczywiście zawsze tu podkreślam, wszystko ma swoje blaski i cienie. Systemy stypendiów czy  środki na leczenie czegoś więcej niż zwykłego zapalenia gardła muszą funkcjonować równolegle. Gdzieś w tym wszystkim inwestycja w człowieka, bezzwrotna też musi istnieć, ale musi też trafiać do realnie tego potrzebujących. To nie są łatwe i nieskomplikowane zagadnienia, w dodatku pełne uczuć.

Chciałbym dożyć czasów kiedy w Polsce jej obywatel będzie podmiotem, ale świadomym i gotowym na ponoszenie konsekwencji swoich czynów. Zdecydowanie wolę te pozytywne konsekwencje, jak choćby radość z rodziny, pójścia do kina czy teatru, rowerowej wyprawy, czy zwykłego wylegiwania się. Czasem tą konsekwencją jest więzienie za przestępstwa. Nikt nie może jedynie żądać od życia i otoczenia. Wszyscy musimy i dawać od siebie i dostawać, również uczciwe wynagrodzenie za uczciwą pracę. Nie może być tak, że ktoś kto pracuje nie może siebie, czy i rodziny utrzymać.

Zawsze młodzi to przyszłość, ale przyszłość bez ich udziału, ich zaangażowania nie będzie dobra. Tak trzeba pomagać młodym ludziom, ale nie tylko dawać, lecz umożliwiać. Oni nie są instrumentami, czy bezwolnymi jednostkami, należy im się pełen szacunek, lecz jednocześnie trzeba od nich wymagać, jak od każdego.

Problem bezrobocia absolwentów polskich uczelni to zjawisko wieloczynnikowe, począwszy od stanu szkolnictwa, przez kadry, system finansowania, wyposażenie, wskaźniki ilościowe, stan gospodarki, teraźniejszość i przyszłość rynków pracy… i pewnie nie jeden można jeszcze wymienić.

Nadchodząca znowelizowana ustawa o szkolnictwie wyższym najpewniej przyczyni się dodatkowo do wstrząsów na polskich uczelniach. Chciałbym móc powiedzieć, że wiele zmieni się na lepsze. Obawiam się jednak, że pozytywnych efektów nie będzie wiele i raczej nie nastąpi jakościowa poprawa. Zbyt wiele aspektów ma tu znaczenie by jedna nowelizacja, choćby i tak gruntowna, mogła dokonać rewolucyjnych i skutecznych zmian…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: